1968r. Nim koń zapłacze.Widzieliście płaczącego konia? Stanisław K.,miłośnik i hodowca tych zwierząt opowiada następującą historię: na rynku w Krzepicach starszy już rolnik sprzedawał liczącego chyba z dziesięć lat „kasztana". Gdy na znak, że interes ubity, plasnęła dłoń o dłoń, a kupujący sięgnął po portfel, koń z wyrzutem spojrzał na swego byłego gospodarza. Po chwili z oczu pociekły mu łzy...
Kontrahenci udali się do miejscowej restauracji wypić zwyczajną wódkę (inaczej koń by się znarowił), kasztan zaś stał ze spuszczoną głową. Ten sam hodowca wspomina o innym jeszcze wydarzeniu. Jeden z gospodarzy kupił konia, który od najmłodszych, niemal źrebięcych lat „chodził” w parze. U nowego właściciela, mimo starannej opieki i dobrego jedzenia ów rumak żył tylko trzy dni — „pękło” mu serce. Konie można pokochać. I na koniach można robić interesy. Jeszcze trzydzieści lat temu działały dobrze zorganizowane grupy koniokradów, przed którymi nie chroniły żadne zamki, żadne wrota. Doskonale kryli swą działalność przed stróżami prawa. Jeden z częstochowskich hodowców koni, od 66 lat mieszkający na Wieluńskim Rynku opowiada, ze gdy chciał odzyskać skradzionego deresza, wynajął złodzieja, który odnalazł konia i wyprowadził go z leśnego obozu koniokradów. Były związki końskich kupców, dobrze zorganizowane grupy faktorów. Dziś tych pierwszych spotkasz bardzo rzadko. Częściej na zwyczajowych, uświęconych wieloletnią tradycją końskich targach w Krzepicach lub w Siewierzu, niż w Częstochowie, i na Wieluńskim Rynku. Dziś większość spośród nich prowadzi handel „wiązany”: wożą siano lub słomę. Sprzedadzą konia i towar w Krzepicach lub w Częstochowie, kupią nowego rumaka, pojadą dalej — w Kieleckie lub Łódźkie. Znają terminy końskich targów w całym kraju. Podobno te podróże przynoszą niezłe zyski... Wygasa również zwyczaj faktorowania. Również w tym wypadku więcej faktorów spotyka się w Siewierzu lub Krzepicach, niż w Częstochowie. Dla naszych koniarzy faktorstwo jest już najczęściej dodatkiem do normalnej pracy. Pracują w zakładach przemysłowych, czasem w urzędach, prowadzą nawet warsztaty rzemieślnicze. Ale tak układają sobie pracę, by we wtorkowy poranek znaleźć się na Wieluńskim Rynku. Na pewno jakieś zyski im to przynosi (średnio od sprzedanego konia otrzymują po 100 złotych, nie licząc poczęstunku), ale już nie takie, jak kilkanaście i lat temu. Dla większości spośród nich jednak ważniejsza ' jest atmosfera rynku, poblis- : kiego baru, w którym wypija , się tradycyjne „litkupy”. Tylko w tym lokalu mogły dwa skłócone obozy furmanów sta nać do walki „na baty”, jak to wydarzyło się kilka lat temu. , , , Moi rozmówcy — faktorzy ciężko wzdychali: — Ubożeje tradycja. Nie ma już ciągnących się godzinami sporów, podbijania cen, coraz częściej są „sztywne”, niczym w państwowym handlu. Nie ma tu wielkich kupców dyktujących swe prawa. . . Zanikają tradycje, ubożeją końskie targi. W marcu i w lutym (nawet wówczas, gdy były zadymki) przyprowadzano na sprzedaż 60—100 rumaków. Kilkanaście lat temu było ich znacznie więcej: konie stały na całej północnej części rynku. Dziś na końskie targi starcza kąt w południowej części placu. Nie ma już rasowych rumaków, bardzo rzadko trafi się jakiś koń półkrwi lub mieszaniec z arabem. Sprzedaje się spracowane konie 9—10-latki. za które rolnicy biorą od 9 do 11 tysięcy złotych. Źrebaki „idą” po cenie od 4 do 6 tysięcy złotych. Najładniejsze konie spotyka się w Siewierzu lub w Krzepicach: tam bardziej dba się o zwierzęta niż w okolicach Częstochowy — powiadają faktorzy. Za to na Wieluńskim Rynku — o wiele częściej niż w Siewierzu lub w Krzepicach można się naciąć. Nie gorzej niż dziadek Szczupak z Zoranego Ugoru, który kupił „nadmuchanego" rumaka. Przyprowadza się konie, karmione w okresie poprzedzając;m sprzedaż wodą z wapnem (dzięki temu zyskują apetyt), upijane wódką (nabierają wigoru), starannie czyszczone, podkarmiane. Ale chłopi są przezorni. Nie tylko zabierają zaświadczenie tożsamości i nabytego konia, ale również spisują numer dowodu osobistego i dokładny adres swego kontrahenta. Końskie targi mają specyficzną atmosferę: pokątnych transakcji i ostrych kłótni. W wielu okolicach nazywa się je „chłopskimi odpustami”. Zjazd zaczyna się później niż na normalnym jarmarku — dopiero około godziny 8—9 rano. Niektóre wozy zamieniają się w małe restauracje: pije się wódkę kupioną w pobliskim sklepie, je kaszankę, spokojnie czeka na kontrahenta. Czasem zwłaszcza zimą, rolnicy przyjeżdżali „na wszelki wypadek”: sprzeda się, to dobrze, nie sprzeda — doskonale. ; Zawsze będzie z kim porozmawiać. A konie? Konie naprawdę nie lubią zmian właścicieli. Kiedyś u hodowcy mieszkającego przy Wieluńskim Rynku oficer kupił młodego źrebaka i postanowił na nim odjechać. Koń pozwolił założyć na siebie siodło, nie dał jednak zacisnąć popręgów. Musiał zostać na starym miejscu... Końskie targi ubożeją. Takie jest prawo i na to nie ma rady. W tej części rynku, gdzie ongiś sprzedawano i kupowano konie, dziś mieści się zakład naprawy samochodów i motocykli. Źródło: Gazeta Częstochowska, 1968, [R. 13], Nr 13

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz