Łączna liczba wyświetleń

środa, 13 maja 2026

1967r. ,Melodia' zdobywa rynki świata.

 1967r. ,Melodia' zdobywa rynki świata. Znana w kraju i za granicą Częstochowska Fabryka Artykułów Muzycznych „Melodia” rozpoczęła produkcję sześciu nowych typów instrumentów: harmonijek „Tosca" i „Melodia - Sopran", cymbałów „Miki”, harmonijek klawiszowych „Violina” oraz dwóch modeli harmonijek ręcznych. Są one przygotowywane z myślą o uczniach młodszych klas szkół podstawowych, którzy na lekcjach umuzykalniających poznają zasady gry na różnych instrumentach.


Ciekawie jest skonstruowana harmonijka klawiszowa „Violina”, mająca kolorowe klawisze, dzięki czemu dzieci ucząc się grać nie muszą znać „dorosłych” nut. Zapis nutowy zastąpiony jest przez odpowiednie kolorowe znaki, które ułatwiają naukę. „Melodia” nawiązała współpracę z Ministerstwem Oświaty i Wyższą Szkołą Muzyczną w Warszawie, przy pomocy których opracowywać się będzie nowe modele instrumentów przydatnych na lekcjach śpiewu. Także dla młodzieży opracowano zestaw perkusyjny składający się z 17 instrumentów. W bieżącym roku wyprodukuje się 15 tys. harmonijek z czego 7 tysięcy przeznaczono na eksport do Anglii, Turcji, Belgii i Stanów Zjednoczonych. Możliwości fabryki są o wiele większe, jednak przeszkodą jest szczupłość pomieszczeń. Nie można zastosować nowych metod produkcyjnych, są kłopoty z magazynowaniem gotowych wyrobów. Zatwierdzono założenia rozbudowy zakładu i Zjednoczenie Przemysłu Muzycznego powinno jak najszybciej postarać się o fun dusze. Według wstępnego kosztorysu, budowa nowego zakładu pochłonie 35 milionów złotych. Źródło: Gazeta Kłobucka, 1967, R. 12, Nr 25

1967r, Zapomniany zamek odkrył mgr. W. Błaszczyk.

 1967r, Zapomniany zamek odkrył mgr. W. Błaszczyk. Nowego, sensacyjnego odkrycia dokonał dyrektor częstochowskiego Muzeum mgr Włodzimierz Błaszczyk. W Prusicku koło Ważnych Młynów stwierdził on (kierując się informacjami radnego MRN, Jana Steckiego) istnienie śladów nieznanego, nigdzie nie notowanego zamku. Pozostałości tej budowli znaleziono na obszarze około 3 tysięcy metrów kwadratowych. Są tam przysypane ziemią, na której rosną drzewa, mury, stare fundamenty, fosa. Fundamenty wzniesione są z kamienia granitowego, pochodzącego z okresu polodowcowego.


Materiał dostarczony do częstochowskiego Muzeum pozwala stwierdzić, iż budowla wzniesiona została w okresie późnego średniowiecza, a wiec w XV wieku. Zamek miał prawdopodobnie zadanie strzec traktu handlowego Kraków — Poznań oraz pobliskiej przeprawy przez Wartę. Nowo odkryty obiekt wzbudził żywe zainteresowanie świata naukowego. Ponieważ obok resztek zamczyska, w Prusicku, rosną dęby, których wiek przyrodnicy określają na minimum 350 lat, częstochowskie Muzeum wystąpiło do odpowiednich władz z wnioskiem o uznanie tamtejszych terenów za rezerwat przyrodniczy. Ponadto zwrócone się do wojewódzkiego konserwatora zabytków w Łodzi (zamek znajduje się na terenie pow. pajeczańskiego) o przyznanie kredytów na zabezpieczenie obiektu oraz prowadzenia prac badawczych. Według podań miejscowej ludności, wśród zamkowych terenów znajdują się wejścia do lochów łączących Prusicko z Częstochową. Źródło: Gazeta Kłobucka, 1967, R. 12, Nr 33

wtorek, 12 maja 2026

1967r. Rewelacyjny kombajn górniczy już w próbach.

 1967r. Rewelacyjny kombajn górniczy już w próbach. Kopalnia „Wręczyca” osiągnęła już pełną, przewidzianą planami moc produkcyjną. Wydajność pracy wynosi tu 1.200 kg na dniówkę. Sukcesy produkcyjne to zasługa ofiarnej załogi, brygad Stanisława Kuleją, Mariana Kochela.


Spory udział w osiągnięciach ma kierownictwo, dbające o stałe podnoszenie kwalifikacji; co trzeci górnik „Wręczycy” ukończył zasadniczą szkołę zawodową. Wiele uwagi poświęca się sprawom mechanizacji. Dziewięćdziesiąt procent robót w chodnikach jest zmechanizowanych. Nieprzypadkowo w tej przodującej kopalni przedsiębiorstwo „Osiny” prowadzi próby z nowym rewelacyjnym kombajnem górniczym KKG-2 (Kombajn Kopalni Grodzisko — wersja druga). Został on opracowany przez zespół w składzie: dyrektor przedsiębiorstwa Wacław Głowa, mgr inż. Władysław Jurczak, inż. Edward Kaługa, technik Władysław Grzybowski. Wykonano urządzenie w warsztatach Wydziału Budowy Maszyn Politechniki Częstochowskiej. Kombajn ma napęd hydrauliczny. Dzięki jego zastosowaniu trzykrotnie wzrośnie wydajność pracy. Pracuje; na ścianie długości 150 metrów. Nowe urządzenie zdało w pełni egzamin. Kierownictwo przedsiębiorstwa chce w przyszłym roku wykonać i zastosować trzy takie kombajny. Źródło: Gazeta Kłobucka, 1967, R. 12, Nr 36

1967r. Saksońskie sceny w olsztyńskiej warowni « Hrabina Cosel» na planie.

 1967r. Saksońskie sceny w olsztyńskiej warowni « Hrabina Cosel» na planie. Stanisław Jasiukiewicz jeszcze pół godziny temu był Zaklitą — kondotierem na usługach saksońskiego króla. Teraz jest klientem olsztyńskiej gospody. Je wcale nieprotekcjonalną grochówkę. Spieszy się — za cztery godziny teatralny występ. Powróci tu jutro, aby znów wsiąść na konia, przywdziać osiemnastowieczny strój. W filmie „Hrabina Cosel" olsztyńskim terenom zamkowym przypada rola poczesna. Tutaj właśnie przed chwilą nakręcono scenę wstępną: Zaklita (Stanisław Jasiukiewicz) wiezie wiadomość o abdykacji Augusta Mocnego (Mariusz Dmochowski). Tutaj wkrótce powstaną fragmenty końcowe. Tytułowa bohaterka filmu (Jadwiga Barańska) dowie się, iż król Saksownii zwrócił jej wolność. I odpowie: Nie. Pozostanie w zamkowej baszcie. W Olsztynie kręcić się będzie pełne rozmachu sceny batalistyczne. Jeżeli dopisze pogoda ekipa filmowa pracować nad nimi będzie dziś, to jest we wtorek 19 bm. i w środę 20 września. Powstaną tu ujęcia z udziałem króla szwedzkiego (Daniel Olbrychski). Cały film trwać ma trzy godziny. W okolicach olsztyńskiego zamku nakręcone będą fragmenty oglądane na ekranie przez 50 minut. Mówiąc filmowym językiem, nakręci się tu 950 metrów taśmy. W Książu około Wałbrzycha kręcono zdjęcia w zamkowych wnętrzach, w Olsztynie narodzą się plenery. Myliłby się ktoś gdyby sądził, iż zareklamował olsztyński krajobraz „Pamiętnik znaleziony w Saragossie”. Reżyser „Hrabiny Cosel” — Jerzy Antczak — „Pamiętnika” w ogóle nie oglądał. Przyjechano tutaj przede wszystkim z dwóch względów. Poszukiwano zamku z charakterystycznym, ponurym wyrazem, który po odpowiednich zabiegach dekoratorskich łatwo będzie mógł zamienić się na saksoński Skolpen. Podobno olsztyńskie zamczysko nadaje się do tego jak żadne w kraju. W poszukiwaniu odpowiedniego obiektu spenetrowano dokładnie cały Dolny Śląsk. Drugą rzeczą, jaka ściągnęła tutaj filmowców jest zieleń. Kolorowa taśma („Hrabina Cosel” będzie czarno-biała i kolorowa) nie znosi pełnej, soczystej zieleni. Ta olsztyńska jest właśnie szara, taka, jakiej wymaga film. „Hrabina Cosel” będzie w trzech częściach: „Kamaryla”, „Władza” i „Upadek”; powstaje w dwóch wersjach: telewizyjnej (w tej będzie więcej zbliżeń) i filmowej; nakręcona zostanie na taśmie kolorowej i czarno-białej. O tym wszystkim donosiła już cała krajowa prasa. Teraz o innej stronie filmu.


Jerzy Antczak chce, by był to film pełen życia, „krwisty". Dlatego znajdzie się w nim wiele dramatycznych ujęć, galopad, Ale ten film równocześnie — mówi reżyser — będzie miał niejako drugą warstwę — psychologiczną. Będzie mówił o konfliktach towarzyszących ludzkości od zarania jej dziejów, o mechaniźmie władzy, o miłości. Jerzy Antczak nie chce nikogo odbrązowiać, chce pokazać Augusta Mocne go takim, jakim był — kobieciarza, pijaka. Nie chce również odbrązowiać kondotiera Zakłity, Chce pod dekoracjami z saskiej epoki-pokazać problemy współczesne.- Na ławeczce ustawionej pośrodku olsztyńskiego rynku kończymy rozmowę z Jerzym Antczakiem. Prosi o przekazanie serdecznych pozdrowień mieszkańcom miasta. — Czuje się głęboko związany z Częstochową. W niej spędziłem siedem lat swego dzieciństwa, przez trzy lata chodziłem do Liceum „Traugutta” (twórca „Hrabiny Cosel” kończył szkołę średnią w pobliskim Lublińcu — przyp. red.) Stanisław Jasiukiewicz odjechał przed kilkoma minutami. Olsztyn jest jak zazwyczaj spokojny, nieco senny. Jeszcze nie ogarnęła go filmowa gorączka. Pracownicy techniczni ekipy zbierają się na brydża, na którego umawiali się podczas obiadu. Dla reżysera, jego najbliższych współpracowników sjesty nie będzie, nawet w pierwszym dniu zdjęć. Za chwilę wyjadą szukać miejsc, gdzie będą mogli filmować galopadowe zbliżenia. Prawdopodobnie przeniosą się w tym celu do Rudnik. Źródło: Gazeta Kłobucka, 1967, R. 12, Nr 38

niedziela, 10 maja 2026

1987r. Stacja Poraj - proszę wsiadać.

 1987r. Stacja Poraj - proszę wsiadać. Każdego, kto po 18 lipca znalazł się na stacji PKP w Poraju musiał uderzyć dość niezwykły, jak na naszą kolejową rzeczywistość, widok. Tym widokiem był budynek dworca, którego : nie powstydziłyby się znacznie większe od pięciotysięcznej miejscowości miasta.


Obszerny, piętrowy, pachnący jeszcze farbą obiekt mieści w swym wnętrzu prócz kas i przestronnej, oszklonej poczekalni, świetlicę stworzoną z myślą o dojeżdżającej do szkół młodzieży oraz bufet..O zaopatrzenie tego ostatniego dba, traktując to jako swą wizytówkę, miejscowa Gminna Spółdzielnia. I trzeba przyznać, że czyni to jak na razie znakomicie. Na piętrze usytuowano komfortowe pomieszczenia' dla służb kolejowych... I pomyśleć, że jeszcze kilka miesięcy temu podróżnych „straszyła" postawiona przed blisko trzydziestoma laty — oczywiście jako prowizoryczna — obskurna buda, którą nawet na gminnej stacji PKP trudno nazwać było pomieszczeniem dworcowym. Zabiegi o budowę budynku dla pasażerów kolei rozpoczęły władze Poraja już w latach 60. Argumentów „za” było sporo. A to; że większość mieszkańców pracuje daleko poza rodzinną miejscowością — w Częstochowie, na Śląsku, a to że do szkól młodzież musi dojeżdżać koleją. W latach siedemdziesiątych dorzucono jeszcze jeden, przy okazji budowy zbiornika retencyjnego: turystyczny charakter miejscowości. Decydenci z argumentacją się zgadzali, a inwestycja przez lata „wypadała z planu”. Najbliżej szczęścia byli mieszkańcy Poraja w roku 1979. Pieniądze były, plany też zabrakło tylko... chętnych do podjęcia budowy. W 1981 roku naczelnikiem gminy został 29-letni, wówczas, Andrzej Pluta. W rok później idea stworzenia godziwych warunków na kolejowej stacji ,, Poraj” powróciła... Przygotowania do jej. realizacji rozpoczęto od oficjalnej wizyty partyjno-administracyjnych władz gminy w dyrekcji Śląskiej DOKP. Po kilku spotkaniach przekonano kolejarzy, że Porajowi stacja jest potrzebna. Przekonać dyrekcję pomogli, no może już nie tak oficjalnie, ludzie w kolejarskich mundurach— w „cywilu” żyjący w Poraju. Stworzyli oni swoiste lobby w Sląskiej DOKP i dopięli swego. Szefowie dali pieniądze i podpisali potrzebne dokumenty. Plac budowy mógł, się ożywić. Głównym wykonawcą inwestycji zostało Przedsiębiorstwo Budownictwa Rolniczego w Myszkowie. Naczelnik Pluta niemal każdego dnia, od chwili wmurowania kamienia węgielnego, a nastąpiło to 19 kwietnia 1985 roku znajdował choć chwilę by zajrzeć na stację kolejową. Jak twierdzi dzisiaj, co prawda do zadań administracji nie należy prowadzenie budów, ale... „pańskie oko konia tuczy”. Trzeba przyznać, że „tuczyło" wyśmienicie, gdyż 17 miesięcy później obiekt był gotowy do użytku. Oczywiście władze gminne w swych działaniach nie były osamotnione. Gmina ma to „szczęście”, że na jej terenie zlokalizowanych jest 12 różnorakich przedsiębiorstw. Ich szefowie tworzą Radę Dyrektorów, która działa na rzecz terenu i z myślą o mieszkańcach. .Tak było i przy budowie dworca. Główny wykonawca nieraz- miał kłopoty z uzyskaniem niezbędnych materiałów budowlanych. I nieraz w takich przypadkach pomagali dyrektorzy miejscowych firm. Zwłaszcza dyr. Jerzy JANAS z Przedsiębiorstwa Zaopatrzenia Budownictwa Hutniczego często spełniał rolę „pogotowia”. Ale też nic dziwnego, gdyż prócz dyrektorskiej Jerzy Janas pełni funkcję przewodniczącego Gminnej Rady PRON. A to już zobowiązuje. . Budowie bacznie przyglądała się miejscowa społeczność, gdy zbliżał się dzień uroczystego przecięcia wstęgi gremialnie chwycono za taczki, łopaty, miotły by własnoręcznie uporządkować przyległy do budynku teren i tym samym mieć swą „cegiełkę” w budowie. Osiemnasty dzień lipca był świętem dla Poraja, a tłum na stacji PKP zdziwił nawet przybyłych na otwarcie dworca przedstawicieli władz wojewódzkich. W tym dniu, w Poraju, mieszkańcy mówili „nareszcie doczekaliśmy się inwestycji na miarę czterdziestolecia”. Źródło: Gazeta Częstochowska, 1987, R. 32, nr 35

1967r. Pierwsze kino z prawdziwego zdarzenia,

 1967r. Pierwsze kino z prawdziwego zdarzenia, Zewnętrznie i od wewnątrz pierwsze rakowskie — nie tylko rakowskie — kino z prawdziwego zdarzenia prezentuje się okazale. Architektura wnętrz ciekawa, malowidło ścienne w poczekalni bardzo oryginalne, widownia zapewniająca dobre oglądanie filmów z każdego miejsca — z wyjątkiem ostatniego rzędu pod samą ścianą.


Choć budowano kino prawie 10 lat. choć zapewniano, ze na inaugurację wszystko działać będzie sprawnie, zawiodła jednak klimatyzacja, były przerwy w projekcji. Baczne oko dostrzec mogło wiele śladów brakoróbstwa, wiele niedociągnięć budowlanych i organizacyjnych. Dlaczego na przykład nie postarano się dostatecznie wcześnie o kurtynę, której brak zdecydowanie razi? Mimo jednak mankamentów kino jest ładne, i gdy tylko usterki zostaną usunięte, filmy powinno się tu oglądać z prawdziwą przyjemnością. Tym bardziej, że kierownictwo zapowiada doskonały tematycznie dobór obrazów. Źródło: Gazeta Kłobucka, 1967, R. 12, Nr 31

niedziela, 26 kwietnia 2026

1967r. Pożegnanie Poetki. Aut: Tadeusz Gierymski.

 1967r. Pożegnanie Poetki. Aut: Tadeusz Gierymski. Któregoś dnia, a było to bodajże pod koniec 1956 roku, do redakcji przybyła kobieta z kilkoma brulionami wierszy swej córki. Z niezdecydowaniem wziąłem je do ręki. Jak wiadomo, ci,, którzy starają się „upłynnić” tego rodzaju artykuł, nie przez każdą redakcję przyjmowani są z otwartymi ramionami. Był to zresztą czas owej erupcji poetyckiej, która do dzisiaj gnębi chyba pisma i, w większości wypadków, wypełnia.... redakcyjne kosze. Nic zgubniejszego bowiem nad przeświadczenie, że Ars Poética wymaga wyłącznie zastruganego ołówka (dziś — i długopisu) i kartki papieru. Coś podobnego myślałem przyjmując bruliony. Kobieta powiedziała mi nad to, że córka sama przyjść nie mogła z powodu choroby, jakiejś chronicznej niedomogi serca. Młoda dziewczyna, najczęściej przykuta do łóżka, nudzi się, ergo pisze wiersze. Jest jednak poważnie chora. W takich wypadkach ludzki odruch — to współczucie.


Zadecydowałem, jak to się mówi, a priori, że cośkolwiek, choćby to było całkiem złe, wydrukować trzeba. Potem dopiero otworzyłem zeszyt, jeden, drugi, trzeci... Nie były to rewelacje poetyckie, to prawda. Wiersze znalazłem jeszcze bardzo "młode", niektóre zupełnie nieudolne, ale tu i tam błysnęła jakaś grudka złota. W sumie różniły się in plus od tuzinkowej produkcji, o której myślałem zabierając się do czytania. Zamieściliśmy kilka utworów w najbliższym numerze „Gazety”... Autorkę poznałem dopiero po kilku tygodniach. Weszła szczupła, jasnowłosa dziewczyna, w ciemnoniebieskim palcie (dlaczego takie nieistotne szczegóły tkwią latami w pamięci?). Rozmowa potoczyła się, naturalnie, o poezji. Była długa i żarliwa. Zgadzaliśmy się lub nie. Dziewczyna miała swoje zdanie, od którego nie odstępowała. A że przyniosła ze sobą nowe wiersze — zacząłem je głośno czytać. Autorce nie podobała się widocznie moja interpretacja, gdyż gwałtownie i nieomal obcesowo (była zawsze taka) wyjęła mi kartkę z ręki. Wiersz odczytała po swojemu, mniej płynnie, bardziej rwąco, arytmicznie. Zresztą, czy u Poświatowskiej nie dosłyszy czytelnik tego zakłóconego rytmu serca? Zapewne, ex post nie trudno być prorokiem, ale w pogańskiej poezji Zmarłej znać ów pośpiech i ptasi wyścig ze śmiercią; szybki oddech kogoś, kto świadomy jest porcelanowości życia. Ta, tak bardzo osobista, okolicznościowa (tak myślę, bo wiem) poezja poświęcona jest przede wszystkim miłości. Mało: powiedziałbym, że każdy wiersz pulsuje różowym ale czystym erotyzmem. Drapieźne uwielbienie życia, tym bardziej że w każdej chwili może zniknąć. Potem widzieliśmy się z Haliną Poświatowską jeszcze wiele razy. Bardzo szybko dojrzała jako artystka. A kiedy już sięgam do wspomnień... Tkwi w mej pamięci jeden późnojesienny wieczór. Poszliśmy do „Sielanki”, w której zbierało się w owe czasy nasze pokolenie na „nocne rodaków rozmowy”. Halina przeżywała wtedy kryzys chorobowy. Mogła iść tylko dzięki mojej pomocy. Oglądnęliśmy jakiś amatorski występ estradowy. Zaczęła mówić o swoim najskrytszym pragnieniu. Zwierzyła mi się, że marzy o napisaniu dramatu. Nie wiem, czy kiedykolwiek zabrała się do niego. Na tej kilkutygodniowej znajomości właściwie kończy się mój osobisty kontakt z Poetką. Wyjechała do Krakowa, skąd jeszcze otrzymałem pocztówkę, jakby ostatnie słowo pożegnania. Z satysfakcją zna lazłem wkrótce wiersz jej w „Życiu Literackim”. Potem w innych pismach. Niektórzy mieli jej za złe, że jakby zapomniała o naszej redakcji. Ale to chyba nie ma większego znaczenia. Stała się przecież autentyczną poetką — i skazanym na śmierć, a tak kochającym życie człowiekiem. Tragiczny koniec odsunął na lat kilka wyjazd do Stanów Zjednoczonych, gdzie poddała się niezwykle niebezpiecznej operacji serca. Nie miała jednak wyboru. Przywiozła stamtąd trochę zdrowia i „amerykańskie” wiersze o nieco apokaliptycznej wizji Nowego Świata. W kraju zdążyła wydać jeszcze jeden tomik poezji oraz tom prozy. I oto przyszła śmierć. Wobec której jesteśmy zawsze okrutnie bezradni. Odeszla, jak mówiła w jednym ze swoich pierwszych wierszy, tam, „gdzie zamykają się wszystkie drogi, gdzie nie ma nawet nicości”. Ale wśród nas żyła bardzo intensywnie. Myślę, że w Jej krótkim życiu — zmieściłoby się kilka anemicznych, ostrożnych żywotów. Źródło: Gazeta Częstochowska, 1967, R. 12, nr 43