Łączna liczba wyświetleń

niedziela, 26 kwietnia 2026

1967r. Pożegnanie Poetki. Aut: Tadeusz Gierymski.

 1967r. Pożegnanie Poetki. Aut: Tadeusz Gierymski. Któregoś dnia, a było to bodajże pod koniec 1956 roku, do redakcji przybyła kobieta z kilkoma brulionami wierszy swej córki. Z niezdecydowaniem wziąłem je do ręki. Jak wiadomo, ci,, którzy starają się „upłynnić” tego rodzaju artykuł, nie przez każdą redakcję przyjmowani są z otwartymi ramionami. Był to zresztą czas owej erupcji poetyckiej, która do dzisiaj gnębi chyba pisma i, w większości wypadków, wypełnia.... redakcyjne kosze. Nic zgubniejszego bowiem nad przeświadczenie, że Ars Poética wymaga wyłącznie zastruganego ołówka (dziś — i długopisu) i kartki papieru. Coś podobnego myślałem przyjmując bruliony. Kobieta powiedziała mi nad to, że córka sama przyjść nie mogła z powodu choroby, jakiejś chronicznej niedomogi serca. Młoda dziewczyna, najczęściej przykuta do łóżka, nudzi się, ergo pisze wiersze. Jest jednak poważnie chora. W takich wypadkach ludzki odruch — to współczucie.


Zadecydowałem, jak to się mówi, a priori, że cośkolwiek, choćby to było całkiem złe, wydrukować trzeba. Potem dopiero otworzyłem zeszyt, jeden, drugi, trzeci... Nie były to rewelacje poetyckie, to prawda. Wiersze znalazłem jeszcze bardzo "młode", niektóre zupełnie nieudolne, ale tu i tam błysnęła jakaś grudka złota. W sumie różniły się in plus od tuzinkowej produkcji, o której myślałem zabierając się do czytania. Zamieściliśmy kilka utworów w najbliższym numerze „Gazety”... Autorkę poznałem dopiero po kilku tygodniach. Weszła szczupła, jasnowłosa dziewczyna, w ciemnoniebieskim palcie (dlaczego takie nieistotne szczegóły tkwią latami w pamięci?). Rozmowa potoczyła się, naturalnie, o poezji. Była długa i żarliwa. Zgadzaliśmy się lub nie. Dziewczyna miała swoje zdanie, od którego nie odstępowała. A że przyniosła ze sobą nowe wiersze — zacząłem je głośno czytać. Autorce nie podobała się widocznie moja interpretacja, gdyż gwałtownie i nieomal obcesowo (była zawsze taka) wyjęła mi kartkę z ręki. Wiersz odczytała po swojemu, mniej płynnie, bardziej rwąco, arytmicznie. Zresztą, czy u Poświatowskiej nie dosłyszy czytelnik tego zakłóconego rytmu serca? Zapewne, ex post nie trudno być prorokiem, ale w pogańskiej poezji Zmarłej znać ów pośpiech i ptasi wyścig ze śmiercią; szybki oddech kogoś, kto świadomy jest porcelanowości życia. Ta, tak bardzo osobista, okolicznościowa (tak myślę, bo wiem) poezja poświęcona jest przede wszystkim miłości. Mało: powiedziałbym, że każdy wiersz pulsuje różowym ale czystym erotyzmem. Drapieźne uwielbienie życia, tym bardziej że w każdej chwili może zniknąć. Potem widzieliśmy się z Haliną Poświatowską jeszcze wiele razy. Bardzo szybko dojrzała jako artystka. A kiedy już sięgam do wspomnień... Tkwi w mej pamięci jeden późnojesienny wieczór. Poszliśmy do „Sielanki”, w której zbierało się w owe czasy nasze pokolenie na „nocne rodaków rozmowy”. Halina przeżywała wtedy kryzys chorobowy. Mogła iść tylko dzięki mojej pomocy. Oglądnęliśmy jakiś amatorski występ estradowy. Zaczęła mówić o swoim najskrytszym pragnieniu. Zwierzyła mi się, że marzy o napisaniu dramatu. Nie wiem, czy kiedykolwiek zabrała się do niego. Na tej kilkutygodniowej znajomości właściwie kończy się mój osobisty kontakt z Poetką. Wyjechała do Krakowa, skąd jeszcze otrzymałem pocztówkę, jakby ostatnie słowo pożegnania. Z satysfakcją zna lazłem wkrótce wiersz jej w „Życiu Literackim”. Potem w innych pismach. Niektórzy mieli jej za złe, że jakby zapomniała o naszej redakcji. Ale to chyba nie ma większego znaczenia. Stała się przecież autentyczną poetką — i skazanym na śmierć, a tak kochającym życie człowiekiem. Tragiczny koniec odsunął na lat kilka wyjazd do Stanów Zjednoczonych, gdzie poddała się niezwykle niebezpiecznej operacji serca. Nie miała jednak wyboru. Przywiozła stamtąd trochę zdrowia i „amerykańskie” wiersze o nieco apokaliptycznej wizji Nowego Świata. W kraju zdążyła wydać jeszcze jeden tomik poezji oraz tom prozy. I oto przyszła śmierć. Wobec której jesteśmy zawsze okrutnie bezradni. Odeszla, jak mówiła w jednym ze swoich pierwszych wierszy, tam, „gdzie zamykają się wszystkie drogi, gdzie nie ma nawet nicości”. Ale wśród nas żyła bardzo intensywnie. Myślę, że w Jej krótkim życiu — zmieściłoby się kilka anemicznych, ostrożnych żywotów. Źródło: Gazeta Częstochowska, 1967, R. 12, nr 43

Gazeta Częstochowska, 1967, R. 12, nr 42

 Gazeta Częstochowska, 1967, R. 12, nr 42



1968r. Olsztyński slalom z przeszkodami.

 1968r. Olsztyński slalom z przeszkodami. Na codzień Olsztyn cichy jest i spokojny. Autobus MPK zabiera z przystań ku nielicznych pasażerów, z rzadka przejeżdża przez rynek inny pojazd. Czasem usłyszy się dźwięczące u sanek dzwonki, zaskrzypi śnieg pod czyimś spiesznym krokiem... Jest biało, pięknie i cicho. . Dopiero w niedziele Olsztyn zrzuca powszedni spokój, wita świąteczny dzień rozbawionym gwarem przybyłych turystów. Śpiący rynek wypełniają po brzegi samochody małe i duże, prywatne i z zakładów pracy. Mieszkańcy różnych miast Śląska przyjeżdżają tu po kilka godzin wypoczynku. Podczęstochowskie wczasowisko od wielu lat spełnia rolę miejscowości atrakcyjnej również zimą. Amatorzy jazdy na sankach i nartach szukając dogodnych dla siebie terenów wykorzystują wszystkie olsztyńskie pagórki. — Miejsca jest dosyć, można wybierać — mówi Stanisław Warkiewicz, przewodniczący komisji kulturalno-oświatowej przy Radzie Zakładowej zakładów ,,Koszutskiej”; który przyjechał z osiem- dziesięcioosobową wycieczką pracowników z zakładu. — Ale brak jest porządku.


Nie ma właściwie wyznaczonych torów zjazdowych. Ci, co jada z góry, wpadają na wchodzących pod górę, powstaje bałagan. Sam musiałem się wszystkim zająć. Wyznaczyłem drogi, bo przecież w tym rozgardiaszu o wypadek nietrudno. Wydaje mi się, że częstochowscy działacze sportowi mogliby się tą sprawą zalać. To przecież sprawa wypoczynku Wielu tysięcy ludzi... Do Olsztyna przyjechały tak że dzieci pracowników ZGH „Sabinów”. 60 maluchów od rana uwija się na sankach pod opieką dorosłych. Tu dopiero widać, ile zdrowej radości może dostarczyć taka prosta zabawa. jak jazda na sankach. Zapewniają o tym wesołe okrzyki i roześmiane oczy. Przewodniczący Rady Zakładowej Bogusław Nowakowski już przed kilku dniami zamówił w gospodzie „Pod Zamkiem” obiad dla uczestników wycieczki. Teraz widać znad talerzy tylko zaczerwienione uszy. Obiadowe porcje szybko znikają ze stołów. Nic dziwnego, po takiej zabawie! Po Obiedzie zaś — kulig. Na przedzie duże sanie zaprzężone w parę koni, naturalnie z dzwoneczkami, ą za nimi sznur małych’ saneczek — I w drogę po zaśnieżonym Olsztynie! Częstochowskie Zakłady Metalowe nie dysponują własnym pojazdem, ale wynajęto autokar z „Gromady” i 55 dzieci mogło wyjechać w niedzielę do Olsztyna. Za wozem osobowym sunęły wyładowane sprzętem sportowym dwa żuki. I tu również opiekunem wycieczki — przewodniczący Rady Zakładowej Ryszard Czerw. — Wyprawa udała s!ę znakomicie — stwierdza — ale mieliśmy kłopoty w gospodzie. Restauracja „Pod Zamkiem” jest stanowczo za mała. Nie może obsłużyć wszystkich niedzielnych gości, trzeba długo czekać, nie jest tu nazbyt czysto. Przecież to nie pierwsza zima i nie pierwsza niedziela, kiedy do Olsztyna przyjeżdżają turyści. Mankamenty na pewno znane są od dawna. Dlaczego nic się nie robi, żeby je zlikwidować? Przecież każda turystyczna niedziela, to źródło poważnych dochodów dla spółdzielczej gastronomii. Niestety, nikt tego nie wykorzystuje, a turyści narzekają. Jeszcze słońce oświetla olsztyńskie pagórki, jeszcze zabawa w pełni, ale zimowy zmrok zapada szybko. Zaczynający się o godz. 14 kulig jest ostatnią imprezą w programie dzisiejszego dnia. Pewnie najbardziej atrakcyjną, wszyscy jednak żałują, że zaraz potem trzeba wracać do Częstochowy. Na razie jadą drogą w kierunku zalewu...

Powroty do miasta nie sprawiają kłopotów wycieczkom przybyłym własnymi pojazdami. Gorzej wygląda sprawa powrotu pasażerów MPK. W autobusach tłok psujący radość całodziennej zabawy. Należałoby pomyśleć o uruchomieniu w niedzielę i święta dodatkowych wozów w ciągu całego dnia. Kłopotliwe są bowiem także dojazdy, a powroty zaczynają się już o godz. 13. Jako najbardziej pojemne, najlepiej nadawałyby się dla niedzielnych turystów przegubowce. Wygoda podróży zwiększy znacznie atrakcyjność wypraw do Olsztyna. Pozostaje sprawa zaopatrzenia. Chodzi głównie o ciepłą strawę. Niekoniecznie musi je dostarczać miejscowa gospoda. Przynajmniej na razie. Niedzielne potrzeby mogłyby zaspokoić organizowane doraźnie stoiska wyposażone w kuchnie przewoźne, sprzedające np. gorący bigos, flaczki lub kiełbasę z rożna. Pole do popisu dla Zakładów Gastronomicznych. MHD, PSS oraz GS. Olsztyn jest atrakcyjny z na tury rzeczy. Gościnnie przygarnia turystów ze wszech stron. Szkoda, że drobne niedopatrzenia zakłócają śnieżnobiałą radość. (ad. Źródło: Gazeta Częstochowska, 1968, [R. 13], Nr 3 

1968r. Wyciąg narciarski w Olsztynie.

 1968r. Wyciąg narciarski w Olsztynie. Projekty wybudowania w Olsztynie wyciągu narciarskiego na stoku Góry Zamkowej lub na którymś z sąsiednich wzniesień snuto już od dawna. M.in. inż. Nawara, twórca olsztyńskiego zalewu, wprowadził ów wyciąg do projektu zagospodarowania otoczenia sztucznego jeziora.


Rzecz jednak wydawała się odległa w realizacji. Tymczasem bez większego rozgłosu wyciąg wybudowano — w czynie społecznym, przy bardzo małych nakładach finansowych. Wprawdzie jeszcze nie został uroczyście przekazany do użytku, wprawdzie przeprowadzono dopiero pierwsze próby jego funkcjonowania — ale jest. Będzie w dodatku oświetlony, by umożliwić korzystanie zeń także po zmroku, zimą zapadającym przecież bardzo wcześnie. Z inicjatywą wybudowania wyciągu wystąpili i pomysł w niezwykle szybkim tempie zrealizowali entuzjaści narciarstwa i miłośnicy regionu ze Stradomskich Zakładów Przemysłu Wełnianego „1 Maja” i ZPW im. Koszutskiej. Połączonymi siłami członków kół narciarskich i dyrekcji obydwu zakładów wybudowano wyciąg linowy z klamrami, do których przypinać się będą narciarze chcący wjechać na nartach na górę wznoszącą się nad zalewem u podnóża Sokolich Gór. Wyciąg znajduje się na wschodnim stoku góry, na którym warunki zjazdowe są najlepsze. Obecnie ustawia się słupy latarń mających oświetlić trasę wjazdów i zjazdów. Instaluje się je tak, by na wiosnę łatwo je usunąć dla zachowania całego piękna krajobrazu. O olsztyńskim wyciągu i jego budowniczych — obszerniej w następnym numerze ,Gazety”. Źródło; Gazeta Częstochowska, 1968, [R. 13], Nr 5 . Foto z archiwum p. Zbigniewa Zębika

niedziela, 19 kwietnia 2026

1968r. Wyciąg narciarski zdał egzamin.

 1968r. Wyciąg narciarski zdał egzamin. Na początku ubiegłego tygodnia, choć śniegu było jak na lekarstwo, przeprowadzono pierwsze próby wjazdu z pomocą wyciągu linowego na górę nad zalewem olsztyńskim. Wyciąg zdał w pełni egzamin. Okazało się, że naciąg liny, siła i szybkość pociągowa są prawidłowe. Teraz tylko czekać na przynajmniej kilkucentymetrową warstwę śniegu — i zaroi się na zboczu góry od wjeżdżających i zjeżdżających narciarzy. Jak już informowaliśmy, wyciąg jest wspólnym dziełem miłośników narciarstwa z SZPW „1 Maja“ i ZPW im Koszutskiej.


Inicjatywę rzucili narciarze z „1 Maja” — i oni też zrealizowali sam wyciąg, natomiast pracownicy ZPW im. Koszutskiej instalują oświetlenie lampami sodowymi. Latarnie jednak — choć gniazda betonowe na słupy i same słupy już przygotowane — ustawi się dopiero na wiosnę, chwilowo bowiem byłyby trudności z betonowaniem. — Maszynę wyciągową — mówi dyrektor SZPW „1 Maja", Wacław Tomaszewski — zmontowaliśmy własnymi siłami w naszych warsztatach, z nieużytecznych już części wymontowanych urządzeń fabrycznych. Trzeba było tylko do miejsca jej ustawienia doprowadzić energię elektryczną z pobliskiej podstacji oraz kupić linę, wyciągową. Pasy dla narciarzy, z hakami do zapinania na linie, zrobiliśmy także sami! Przed następnym sezonem narciarskim zamiast prowizorycznej (z płyt pilśniowych) budki stacyjnej wybuduje się murowany budynek z poczekalnią. Także górna stacja wyciągowa zostanie przeniesiona wyżej, na szczyt góry. Wyrówna się również nieco — usuwając kamienie — zawalidrogi — tor zjazdowy. Choć więc już w tym sezonie narciarze będą mogli korzystać z wyciągu, na przyszły sezon nabierze on dopiero właściwego wyglądu. Pogratulować pracownikom „1 Maja" i „Koszutskiej” inicjatywy — i szybkości jej zrealizowania! Pomyślnych zjazdów, narciarze. Źródło: Gazeta Częstochowska, 1968, [R. 13], Nr 6. Foto z archiwum p. Zbigniewa Zębika

1968r. Nim koń zapłacze.

 1968r. Nim koń zapłacze.Widzieliście płaczącego konia? Stanisław K.,miłośnik i hodowca tych zwierząt opowiada następującą historię: na rynku w Krzepicach starszy już rolnik sprzedawał liczącego chyba z dziesięć lat „kasztana". Gdy na znak, że interes ubity, plasnęła dłoń o dłoń, a kupujący sięgnął po portfel, koń z wyrzutem spojrzał na swego byłego gospodarza. Po chwili z oczu pociekły mu łzy...


Kontrahenci udali się do miejscowej restauracji wypić zwyczajną wódkę (inaczej koń by się znarowił), kasztan zaś stał ze spuszczoną głową. Ten sam hodowca wspomina o innym jeszcze wydarzeniu. Jeden z gospodarzy kupił konia, który od najmłodszych, niemal źrebięcych lat „chodził” w parze. U nowego właściciela, mimo starannej opieki i dobrego jedzenia ów rumak żył tylko trzy dni — „pękło” mu serce. Konie można pokochać. I na koniach można robić interesy. Jeszcze trzydzieści lat temu działały dobrze zorganizowane grupy koniokradów, przed którymi nie chroniły żadne zamki, żadne wrota. Doskonale kryli swą działalność przed stróżami prawa. Jeden z częstochowskich hodowców koni, od 66 lat mieszkający na Wieluńskim Rynku opowiada, ze gdy chciał odzyskać skradzionego deresza, wynajął złodzieja, który odnalazł konia i wyprowadził go z leśnego obozu koniokradów. Były związki końskich kupców, dobrze zorganizowane grupy faktorów. Dziś tych pierwszych spotkasz bardzo rzadko. Częściej na zwyczajowych, uświęconych wieloletnią tradycją końskich targach w Krzepicach lub w Siewierzu, niż w Częstochowie, i na Wieluńskim Rynku. Dziś większość spośród nich prowadzi handel „wiązany”: wożą siano lub słomę. Sprzedadzą konia i towar w Krzepicach lub w Częstochowie, kupią nowego rumaka, pojadą dalej — w Kieleckie lub Łódźkie. Znają terminy końskich targów w całym kraju. Podobno te podróże przynoszą niezłe zyski... Wygasa również zwyczaj faktorowania. Również w tym wypadku więcej faktorów spotyka się w Siewierzu lub Krzepicach, niż w Częstochowie. Dla naszych koniarzy faktorstwo jest już najczęściej dodatkiem do normalnej pracy. Pracują w zakładach przemysłowych, czasem w urzędach, prowadzą nawet warsztaty rzemieślnicze. Ale tak układają sobie pracę, by we wtorkowy poranek znaleźć się na Wieluńskim Rynku. Na pewno jakieś zyski im to przynosi (średnio od sprzedanego konia otrzymują po 100 złotych, nie licząc poczęstunku), ale już nie takie, jak kilkanaście i lat temu. Dla większości spośród nich jednak ważniejsza ' jest atmosfera rynku, poblis- : kiego baru, w którym wypija , się tradycyjne „litkupy”. Tylko w tym lokalu mogły dwa skłócone obozy furmanów sta nać do walki „na baty”, jak to wydarzyło się kilka lat temu. , , , Moi rozmówcy — faktorzy ciężko wzdychali: — Ubożeje tradycja. Nie ma już ciągnących się godzinami sporów, podbijania cen, coraz częściej są „sztywne”, niczym w państwowym handlu. Nie ma tu wielkich kupców dyktujących swe prawa. . . Zanikają tradycje, ubożeją końskie targi. W marcu i w lutym (nawet wówczas, gdy były zadymki) przyprowadzano na sprzedaż 60—100 rumaków. Kilkanaście lat temu było ich znacznie więcej: konie stały na całej północnej części rynku. Dziś na końskie targi starcza kąt w południowej części placu. Nie ma już rasowych rumaków, bardzo rzadko trafi się jakiś koń półkrwi lub mieszaniec z arabem. Sprzedaje się spracowane konie 9—10-latki. za które rolnicy biorą od 9 do 11 tysięcy złotych. Źrebaki „idą” po cenie od 4 do 6 tysięcy złotych. Najładniejsze konie spotyka się w Siewierzu lub w Krzepicach: tam bardziej dba się o zwierzęta niż w okolicach Częstochowy — powiadają faktorzy. Za to na Wieluńskim Rynku — o wiele częściej niż w Siewierzu lub w Krzepicach można się naciąć. Nie gorzej niż dziadek Szczupak z Zoranego Ugoru, który kupił „nadmuchanego" rumaka. Przyprowadza się konie, karmione w okresie poprzedzając;m sprzedaż wodą z wapnem (dzięki temu zyskują apetyt), upijane wódką (nabierają wigoru), starannie czyszczone, podkarmiane. Ale chłopi są przezorni. Nie tylko zabierają zaświadczenie tożsamości i nabytego konia, ale również spisują numer dowodu osobistego i dokładny adres swego kontrahenta. Końskie targi mają specyficzną atmosferę: pokątnych transakcji i ostrych kłótni. W wielu okolicach nazywa się je „chłopskimi odpustami”. Zjazd zaczyna się później niż na normalnym jarmarku — dopiero około godziny 8—9 rano. Niektóre wozy zamieniają się w małe restauracje: pije się wódkę kupioną w pobliskim sklepie, je kaszankę, spokojnie czeka na kontrahenta. Czasem zwłaszcza zimą, rolnicy przyjeżdżali „na wszelki wypadek”: sprzeda się, to dobrze, nie sprzeda — doskonale. ; Zawsze będzie z kim porozmawiać. A konie? Konie naprawdę nie lubią zmian właścicieli. Kiedyś u hodowcy mieszkającego przy Wieluńskim Rynku oficer kupił młodego źrebaka i postanowił na nim odjechać. Koń pozwolił założyć na siebie siodło, nie dał jednak zacisnąć popręgów. Musiał zostać na starym miejscu... Końskie targi ubożeją. Takie jest prawo i na to nie ma rady. W tej części rynku, gdzie ongiś sprzedawano i kupowano konie, dziś mieści się zakład naprawy samochodów i motocykli. Źródło: Gazeta Częstochowska, 1968, [R. 13], Nr 13

LUBSZA, STERNALICE. Piorunowe kamienie.

 LUBSZA, STERNALICE. Piorunowe kamienie. Ludność Górnego Śląska wierzyła w cudowną moc piorunowych kamieni. Stanowić one miały zakończenie pioruna, który uderzając w ziemię, wbijał się na znaczną głębokość, by znów wrócić na powierzchnię. Okruchy z nich wrzucano do wody, w której kąpano chore dzieci.


W medycynie ludowej, kamieni używano na dolegliwości reumatyczne, bóle głowy, zębów, brzucha oraz wola. W Lubszy, w latach sześćdziesiątych, prawdopodobnie piorun uderzył w masywny, drewniany słupek ogrodzenia ogrodu Wincentego Płaczka. Słupek został znacznie rozszczepiony, szczapy rozrzucone wokoło zaś darń w przyległym ogródku została zryta. Taki, w ludowej opinii „zimny piorun”, nie spowodował jednak nawet nadpalenia drewna. Od jego syna uzyskałem informację, że kamień z takiego „pioruna” był obiektem usilnych poszukiwań. Jego odłamki wkładane do świeżo udojonego krowiego mleka, miały nadawać mu specyficzny smak a także powodować to, że mleko przez długi czas utrzymywało swoją świeżość. Źródło: W kręgu górnośląskich podań i legend. Biały Śląsk. Miasto i gmina Woźniki, wyd. 2011