Łączna liczba wyświetleń

niedziela, 19 kwietnia 2026

1968r. Wyciąg narciarski zdał egzamin.

 1968r. Wyciąg narciarski zdał egzamin. Na początku ubiegłego tygodnia, choć śniegu było jak na lekarstwo, przeprowadzono pierwsze próby wjazdu z pomocą wyciągu linowego na górę nad zalewem olsztyńskim. Wyciąg zdał w pełni egzamin. Okazało się, że naciąg liny, siła i szybkość pociągowa są prawidłowe. Teraz tylko czekać na przynajmniej kilkucentymetrową warstwę śniegu — i zaroi się na zboczu góry od wjeżdżających i zjeżdżających narciarzy. Jak już informowaliśmy, wyciąg jest wspólnym dziełem miłośników narciarstwa z SZPW „1 Maja“ i ZPW im Koszutskiej.


Inicjatywę rzucili narciarze z „1 Maja” — i oni też zrealizowali sam wyciąg, natomiast pracownicy ZPW im. Koszutskiej instalują oświetlenie lampami sodowymi. Latarnie jednak — choć gniazda betonowe na słupy i same słupy już przygotowane — ustawi się dopiero na wiosnę, chwilowo bowiem byłyby trudności z betonowaniem. — Maszynę wyciągową — mówi dyrektor SZPW „1 Maja", Wacław Tomaszewski — zmontowaliśmy własnymi siłami w naszych warsztatach, z nieużytecznych już części wymontowanych urządzeń fabrycznych. Trzeba było tylko do miejsca jej ustawienia doprowadzić energię elektryczną z pobliskiej podstacji oraz kupić linę, wyciągową. Pasy dla narciarzy, z hakami do zapinania na linie, zrobiliśmy także sami! Przed następnym sezonem narciarskim zamiast prowizorycznej (z płyt pilśniowych) budki stacyjnej wybuduje się murowany budynek z poczekalnią. Także górna stacja wyciągowa zostanie przeniesiona wyżej, na szczyt góry. Wyrówna się również nieco — usuwając kamienie — zawalidrogi — tor zjazdowy. Choć więc już w tym sezonie narciarze będą mogli korzystać z wyciągu, na przyszły sezon nabierze on dopiero właściwego wyglądu. Pogratulować pracownikom „1 Maja" i „Koszutskiej” inicjatywy — i szybkości jej zrealizowania! Pomyślnych zjazdów, narciarze. Źródło: Gazeta Częstochowska, 1968, [R. 13], Nr 6. Foto z archiwum p. Zbigniewa Zębika

1968r. Nim koń zapłacze.

 1968r. Nim koń zapłacze.Widzieliście płaczącego konia? Stanisław K.,miłośnik i hodowca tych zwierząt opowiada następującą historię: na rynku w Krzepicach starszy już rolnik sprzedawał liczącego chyba z dziesięć lat „kasztana". Gdy na znak, że interes ubity, plasnęła dłoń o dłoń, a kupujący sięgnął po portfel, koń z wyrzutem spojrzał na swego byłego gospodarza. Po chwili z oczu pociekły mu łzy...


Kontrahenci udali się do miejscowej restauracji wypić zwyczajną wódkę (inaczej koń by się znarowił), kasztan zaś stał ze spuszczoną głową. Ten sam hodowca wspomina o innym jeszcze wydarzeniu. Jeden z gospodarzy kupił konia, który od najmłodszych, niemal źrebięcych lat „chodził” w parze. U nowego właściciela, mimo starannej opieki i dobrego jedzenia ów rumak żył tylko trzy dni — „pękło” mu serce. Konie można pokochać. I na koniach można robić interesy. Jeszcze trzydzieści lat temu działały dobrze zorganizowane grupy koniokradów, przed którymi nie chroniły żadne zamki, żadne wrota. Doskonale kryli swą działalność przed stróżami prawa. Jeden z częstochowskich hodowców koni, od 66 lat mieszkający na Wieluńskim Rynku opowiada, ze gdy chciał odzyskać skradzionego deresza, wynajął złodzieja, który odnalazł konia i wyprowadził go z leśnego obozu koniokradów. Były związki końskich kupców, dobrze zorganizowane grupy faktorów. Dziś tych pierwszych spotkasz bardzo rzadko. Częściej na zwyczajowych, uświęconych wieloletnią tradycją końskich targach w Krzepicach lub w Siewierzu, niż w Częstochowie, i na Wieluńskim Rynku. Dziś większość spośród nich prowadzi handel „wiązany”: wożą siano lub słomę. Sprzedadzą konia i towar w Krzepicach lub w Częstochowie, kupią nowego rumaka, pojadą dalej — w Kieleckie lub Łódźkie. Znają terminy końskich targów w całym kraju. Podobno te podróże przynoszą niezłe zyski... Wygasa również zwyczaj faktorowania. Również w tym wypadku więcej faktorów spotyka się w Siewierzu lub Krzepicach, niż w Częstochowie. Dla naszych koniarzy faktorstwo jest już najczęściej dodatkiem do normalnej pracy. Pracują w zakładach przemysłowych, czasem w urzędach, prowadzą nawet warsztaty rzemieślnicze. Ale tak układają sobie pracę, by we wtorkowy poranek znaleźć się na Wieluńskim Rynku. Na pewno jakieś zyski im to przynosi (średnio od sprzedanego konia otrzymują po 100 złotych, nie licząc poczęstunku), ale już nie takie, jak kilkanaście i lat temu. Dla większości spośród nich jednak ważniejsza ' jest atmosfera rynku, poblis- : kiego baru, w którym wypija , się tradycyjne „litkupy”. Tylko w tym lokalu mogły dwa skłócone obozy furmanów sta nać do walki „na baty”, jak to wydarzyło się kilka lat temu. , , , Moi rozmówcy — faktorzy ciężko wzdychali: — Ubożeje tradycja. Nie ma już ciągnących się godzinami sporów, podbijania cen, coraz częściej są „sztywne”, niczym w państwowym handlu. Nie ma tu wielkich kupców dyktujących swe prawa. . . Zanikają tradycje, ubożeją końskie targi. W marcu i w lutym (nawet wówczas, gdy były zadymki) przyprowadzano na sprzedaż 60—100 rumaków. Kilkanaście lat temu było ich znacznie więcej: konie stały na całej północnej części rynku. Dziś na końskie targi starcza kąt w południowej części placu. Nie ma już rasowych rumaków, bardzo rzadko trafi się jakiś koń półkrwi lub mieszaniec z arabem. Sprzedaje się spracowane konie 9—10-latki. za które rolnicy biorą od 9 do 11 tysięcy złotych. Źrebaki „idą” po cenie od 4 do 6 tysięcy złotych. Najładniejsze konie spotyka się w Siewierzu lub w Krzepicach: tam bardziej dba się o zwierzęta niż w okolicach Częstochowy — powiadają faktorzy. Za to na Wieluńskim Rynku — o wiele częściej niż w Siewierzu lub w Krzepicach można się naciąć. Nie gorzej niż dziadek Szczupak z Zoranego Ugoru, który kupił „nadmuchanego" rumaka. Przyprowadza się konie, karmione w okresie poprzedzając;m sprzedaż wodą z wapnem (dzięki temu zyskują apetyt), upijane wódką (nabierają wigoru), starannie czyszczone, podkarmiane. Ale chłopi są przezorni. Nie tylko zabierają zaświadczenie tożsamości i nabytego konia, ale również spisują numer dowodu osobistego i dokładny adres swego kontrahenta. Końskie targi mają specyficzną atmosferę: pokątnych transakcji i ostrych kłótni. W wielu okolicach nazywa się je „chłopskimi odpustami”. Zjazd zaczyna się później niż na normalnym jarmarku — dopiero około godziny 8—9 rano. Niektóre wozy zamieniają się w małe restauracje: pije się wódkę kupioną w pobliskim sklepie, je kaszankę, spokojnie czeka na kontrahenta. Czasem zwłaszcza zimą, rolnicy przyjeżdżali „na wszelki wypadek”: sprzeda się, to dobrze, nie sprzeda — doskonale. ; Zawsze będzie z kim porozmawiać. A konie? Konie naprawdę nie lubią zmian właścicieli. Kiedyś u hodowcy mieszkającego przy Wieluńskim Rynku oficer kupił młodego źrebaka i postanowił na nim odjechać. Koń pozwolił założyć na siebie siodło, nie dał jednak zacisnąć popręgów. Musiał zostać na starym miejscu... Końskie targi ubożeją. Takie jest prawo i na to nie ma rady. W tej części rynku, gdzie ongiś sprzedawano i kupowano konie, dziś mieści się zakład naprawy samochodów i motocykli. Źródło: Gazeta Częstochowska, 1968, [R. 13], Nr 13

LUBSZA, STERNALICE. Piorunowe kamienie.

 LUBSZA, STERNALICE. Piorunowe kamienie. Ludność Górnego Śląska wierzyła w cudowną moc piorunowych kamieni. Stanowić one miały zakończenie pioruna, który uderzając w ziemię, wbijał się na znaczną głębokość, by znów wrócić na powierzchnię. Okruchy z nich wrzucano do wody, w której kąpano chore dzieci.


W medycynie ludowej, kamieni używano na dolegliwości reumatyczne, bóle głowy, zębów, brzucha oraz wola. W Lubszy, w latach sześćdziesiątych, prawdopodobnie piorun uderzył w masywny, drewniany słupek ogrodzenia ogrodu Wincentego Płaczka. Słupek został znacznie rozszczepiony, szczapy rozrzucone wokoło zaś darń w przyległym ogródku została zryta. Taki, w ludowej opinii „zimny piorun”, nie spowodował jednak nawet nadpalenia drewna. Od jego syna uzyskałem informację, że kamień z takiego „pioruna” był obiektem usilnych poszukiwań. Jego odłamki wkładane do świeżo udojonego krowiego mleka, miały nadawać mu specyficzny smak a także powodować to, że mleko przez długi czas utrzymywało swoją świeżość. Źródło: W kręgu górnośląskich podań i legend. Biały Śląsk. Miasto i gmina Woźniki, wyd. 2011

poniedziałek, 13 kwietnia 2026

1968r. Sztandarowe miejsce górników ,, Osin" .

 1968r. Sztandarowe miejsce górników ,, Osin" . Choć wydobywają rudę w przy trudnych warunkach geologicznych, pracują rytmicznie. I co najważniejsze — czynią wszystko, by jak najmniej było wypadków. Poważnym osiągnięciem jest to, że w ubiegłym roku nie zdarzył się ani jeden tragiczny wypadek. Ale też nie szczędzi się pieniędzy, by uczynić pracę górników coraz bezpieczniejszą: w roku ubiegłym wydano na cele bhp prawie 5,5 miliona złotych. Inne osiągnięcie załóg górniczych Przedsiębiorstwa Kopalnictwa Rud Żelaza „Osiny” — mimo zmniejszonego w porównaniu z rokiem 1966 zatrudnienia — to zwiększenie wydobycia rudy o 17.484 tony., Był to rezultat poprawiającej się z roku na rok wydajności iw roku 1966 — 934 kg na dniówkę, w roku ubiegłym — 979 kg), czym kopalnie „Szczekaczka” i „Tadeusz” i ten wskaźnik znacznie Coraz lepsza praca- coraz wyższe płace. W roku 1966 średni miesięczny zarobek wynosił 2.777zł w roku ubiegłym wyniósł 2.876zł.


Starają się górnicy — nie chce być gorsze kierownictwo przedsiębiorstwa. Dbałość o sprawy załogi wyraża się w różnych przedsięwzięciach. Oto np. w ubiegłym roku zorganizowano 30 bardzo popularnych wśród górniczej braci wycieczek, w których uczestniczyło ponad 3.000 pracowników i 150 rencistów. W dwóch ośrodkach kolonijnych przebywa co roku 700 dzieci górników, w zakładowym przedszkolu — 120 maluchów. Z sanatoriów i wczasów rodzinnych skorzystało w 1966 roku 215 osób, w roku ubiegłym — 416. Dba się o to, by pracownicy mieszkali w coraz lepszych warunkach i w związku z tym w roku 1966 udzielono 3 miliony złotych pożyczek na wkłady w spółdzielniach mieszkaniowych. W ubiegłym roku przedsiębiorstwo rozpoczęło budowę bloku, w którym będzie się także mieścić przedszkole; koszt inwestycji wyniesie 3.250 tys. złotych. Takie są osiągnięcia przedsiębiorstwa, które w czasie powiatowej akademii pierwszomajowej otrzymało za całokształt pracy w roku 1967 sztandar przechodni Zarządu Głównego Zw. Zaw. Górników i ministerstwa przemysłu ciężkiego. Życzymy górnikom „Osin”, by to cenne trofeum pozostało u nich przez najbliższe lata. Źródło: Gazeta Częstochowska, 1968, [R. 13], Nr 18

1968r. Połączenie «Barbary» i «Kuźnicy».

 1968r. Połączenie «Barbary» i «Kuźnicy». Kopalnia „Barbara" w przedsiębiorstwie „Dźbów" jest nie tylko największym tego typu zakładem w kraju, lecz także dzierży prymat w drążeniu chodników metodą szybkościową. W ubiegłym roku brygady Józefa Leszczyńskiego, Mariana Rachunka, Izydora Kocika i Władysława Meta w ciągu miesiąca wykonały 2.042 metry bieżące chodnika bijąc tym samym rekord światowy w tej dziedzinie. Poprzedni wynik — również światowej marki — osiągnęła Brygada Pracy Socjalistycznej Mariana Krzemińskiego z kopalni „Kuźnica". drążąc 1.710 metrów chodnika.


Obecnie realizowany jest pasjonujący plan mający na celu połączenie „Barbary” i „Kuźnicy” w jedną wielką jednostkę wydobywczą. Ostatnio ukończono realizację pierwszej fazy przedsięwzięcia łącząc chodniki obu kopalni. Głównym celem zamierzenia jest maksymalne wykorzystanie zdolności wydobywcze i przedłużenie żywotności kopalń o kilkanaście lat. Poza tym nastąpią korzystne zmiany w organizacji pracy szybów, co pozwoli na — znaczne zmniejszenie zespołów obsługujących agregaty wydobywcze, rampy oraz zatrudnionych przy załadunku 1 zwałowaniu skały płonęj. Autorami projektu są: naczelny dyrektor przedsiębiorstwa inż. Marian Kula oraz inżynierowie Adam Kania. Jan Osmolą, Józef Łęgowik i Włodzimierz Janicki. Źródło: Gazeta Częstochowska, 1968, [R. 13], Nr 16

1968r. Społecznicy w rogatywkach.

 1968r. Społecznicy w rogatywkach. O strażakach krąży mnóstwo dowcipów. Tak dużo, iż często przesłaniają one prawdę o ich społecznej roli. A jest ona jednoznaczna. Gaszenie pożarów to tylko jeden z elementów działalności „rycerzy ognia”. Wznoszą oni również nowe obiekty kulturalne, oświatowe, prowadzą akcję porządkowania wsi, zbierają pieniądze na Społeczny Fundusz Budowy Szkół i Internatów itp.


Często przedstawiciele władz powiatowych rozpoczynają rozmowy o nowych obiektach, jakie mają powstać w czynie społecznym we wsiach, od dyskusji ze strażakami. Jeżeli członkowie OSP powiedzą: zrobimy, wiadomo — nawalanki nie będzie. Jest na przykład w częstochowskim taka wieś: Słowik. W ostatnich latach wzbogaciła się o nową szkołę; ulepszono nawierzchnię dróg; dwukrotnie wieś ta (w roku 1966 i 67) zajmowała w powiatowym konkursie czystości I miejsca; obecnie buduje się remizę z salą widowiskową. Fundusze na budowę szkoły zbierali strażacy; oni pierwsi stanęli do prac przy niwę lowaniu terenu, zaczęli gromadzić materiały budowlane. Oni kontrolowali zalecenia, co należy zmienić, poprawić, uporządkować. Gospodarstwa ich aktywistów: Jana Szczygłowskiego, Józefa Gładusza, Jana Gawrońskiego, Pawła Kisiela — należą do najlepiej, najczyściej utrzymanych. Wartość budowanej obecnie w Słowiku remizy wyniesie 1.156 tysięcy złotych. Od władz otrzymali zaledwie 250 tysięcy złotych dotacji. Słowik nie jest bynajmniej wyjątkiem. W latach 1959— —66 powiat częstochowski wzbogacił się o 32 remizo świetlice. Przy ich budowie strażacy wykonali w czynie społecznym prace wartości 14 milionów złotych. W Osinach, Kamienicy Polskiej, Rybnej i wielu innych miejscowościach powstały ośrodki strażackie — a zarazem działalności kulturalnej. W 16 spośród 32 nowo wzniesionych re miz urządzono klubo-kawiarnie. Podejmując czyn społeczny, wykazują niektóre oddziały OSP wiele pomysłowości. Oto na przykład strażacy z Czarnego Lasu przeprowadzali (oczywiście za zgodą odpowiednich władz) rozbiórkę zniszczonych domostw. Ze zgromadzonego w ten sposób materiału budują powiatowy ośrodek konserwacji sprzętu. Strażacki czyn nie kończy się jednak bynajmniej przy budowie dróg. Mykanów jako pierwszy w powiecie wykonał plan zbiórki na Społeczny Fundusz Budowy Szkół i Internatów. .Test to w dużej mierze zasługą członków miejscowego oddziału OSP, jego aktywistów: Zdzisława Brewczyńskiego i Mieczysława Rygera. Strażacy z Aleksandrii zainicjowali budowę drogi; obecnie pracują już przy trzecim kilometrze szosy. Gdy nie tak dawno w Borownie przeprowadzano akcję honorowego krwiodawstwa, ten najcenniejszy lek oddali wszyscy członkowie miejscowego oddziału OSP. Strażacy budują przy remizach sale widowiskowe, ponieważ mają ambicje kulturalne go oddziaływania. Utworzone przez nich we Wrzosowej i Bystrzanowicach zespoły teatralne należą do najlepszych w powiecie. „Wesele Świętokrzyskie”, wystawione nie tak dawno przez bystrzanowicki oddział OSP, zrobiło w powie cie prawdziwą furorę. Strażackie inicjatywy są tak bogate, tak szerokie, iż niejednokrotnie przerastają możliwości finansowej pomocy ze strony państwa. Tak na przykład oddział OSP w Piasku, któremu przewodzi kierownik miejscowej szkoły Stanisław Szecówka, zgromadził już część materiałów budowlanych sporo funduszy na budowę remizy, zniwelował teren — i otrzymał decyzję: musicie wstrzymać się z budową. Możliwości wsparcia waszego czynu — stwierdzili przedstaciciele władz powiatowych — w bieżącym roku nie ma. Mieszkańcy wsi uważają strażackie inicjatywy za swoje. Popierają każdy niemal czyn podjęty przez oddział OSP. Dlaczego tak się dzieje? Szukałem odpowiedzi na to pytanie w rozmowach ze strażakami, władzami powiatowymi. Na pewno wynika to w dużej mierze z bogatych tradycji: przecież oddziały OSP W Wrzosowej, Konopiskach czy Kamienicy Polskiej istnieją już po 50 lat, a nawet więcej. Na pewno jest to także rezultat tego, iż strażaków widzi gospodarz często w najtrudniejszych dlań sytuacjach, gdy z narażeniem swego życia ratują jego dobytek. Na pewno jest to również czar munduru. Ale przede wszystkim jest to efekt solidnego traktowania swej roli przez większość spośród 88 jednostek OSP istniejących w powiecie częstochowskim. Dotrzymanie słowa, poważnego traktowania obowiązków. Niech działacze Związku Młodzieży Wiejskiej mi wybaczą ale wiele kół tej organizacji może się uczyć dobrej roboty od jednostek OSP. JERZY KUBIAK. Źródło: Gazeta Częstochowska, 1968, [R. 13], Nr 20

LUBSZA, SMOLANA BUDA. Wisielok.

 LUBSZA, SMOLANA BUDA. Wisielok. Na południe od Lubszy rozciąga się pas lasów należących do ogromnego kompleksu znanych wszystkim „Lublinieckich Lasów”. Tam też, niedaleko od Smolanej Budy, gdzie kiedyś z drewna, bogactwa tego terenu, smolarze produkowali węgiel drzewny i smołę, znajduje się część lasu o dość pofałdowanym piaszczystym podłożu. Teren ten przez miejscową ludność nazywany jest “Wisielokiem”.


Nazwa ta związana jest z wydarzeniem, jakie miało tutaj miejsce przed dziesiątkami lat. Otóż w dworze należącym do majątku hrabiów Donnersmarck pracował młodzieniec, odbywający tutaj praktykę rolną, który nieszczęśliwie zakochał się w jednej z lubszeckich panienek. Nie wiedzieć, dlaczego narzeczona rzuciła go a chłopak nie mogąc znieść bólu po utraconej swej dziewczynie, targnął się na swoje życie wieszając się na drzewie w pobliskim lesie. W miejscu tragedii, na drzewie zawieszono małą kapliczkę, która wisiała do 1939 roku. Starsi ludzie powiadają, gdy zrywa się nagły wiatr a drzewa uginają się prawie do ziemi, to znaczy, że ktoś wieszając się zakończył samobójczo swój żywot. Z tego też powodu diabli się cieszą, tańcząc swym zwariowanym krokiem, drzewa uginając łamią i wiry powietrzne powodują. Źródło: W kręgu górnośląskich podań i legend. Biały Śląsk. Miasto i gmina Woźniki, wyd. 2011