Łączna liczba wyświetleń

środa, 22 lipca 2026

1966r. Częstochowska „Melodia“

 1966r. Częstochowska „Melodia“ w tureckim salonie wykonane klarnety dla dzieci i kamertony 2 i 4-głosowe. W pierwszych dniach stycznia ukazała się w sprzedaży pierw sza partia poszukiwanych kamertonów 6-głosowych. Chociaż harmonijki nadal są chętnie nabywane, szczególnie przez odbiorców zagranicznych i w roku bieżącym ich produkcja wcale nie ulegnie zmniejszeniu. Fabryka przygotowuje się do wytwarzania nowych atrakcyjnych towarów. Na tegoroczne Międzynarodowe Targi w Poznaniu pojadą prototypy dwóch ciekawych instrumentów: 8-głosowego klarnetu z różnokolorowymi klawiszami oraz — dla dzieci szkolnych — „Melodii 1”, oryginalnej konstrukcji projektantów „Cefamy”.


Załącznikiem do klarnetu będzie zeszyt z nutami również kolorowymi: każda z nich jest odpowiednikiem klawisza tej samej barwy. Ną takim instrumencie każde dziecko zagra z zeszytu łatwą melodię. W dalszej kolejności przewiduje się rozpoczęcie produkcji instrumentu „Melodia II”, również ustnego z miniaturową klawiaturą jak w pianinie i uchwytem na pulpit. Oryginalny i ciekawy! „Melodia I” i „Melodia II” produkowane będą w uzgodnieniu z Ministerstwem Oświaty. W przygotowaniu są również instrumenty — zabawki dla najmłodszych: saksofonik i harmonijka ręczna w bardzo ładnej plastykowej oprawie. Tyle o nowościach produkcyjnych. Bo są tu także inne. Przede wszystkim należy wspomnieć, że zakłady otrzymały nareszcie swój znak fabryczny. Na nowych opakowaniach, wykonanych przez częstochowską „Udziałową” i krakowską Spółdzielnię „Młoda Gwardia”, widnieje napis: „Melodia". Nowością w dziedzinie opieki nad załogą jest zorganizowane systemem gospodarczym wygodne i estetyczne ambulatorium, posiadające poza gabinetem lekarskim mały zakład fizykoterapii. Największym jednak wydarzeniem jest — projekt nowego zakładu. Jego budowę w dzielnicy Kule rozpocznie się za dwa lata. Będzie to nowoczesny obiekt z pięknymi halami produkcyjnymi i nie mniej eleganckimi pomieszczeniami socjalnymi. Na razie jednak załoga i kierownictwo fabryki borykają się z ciasnotą. Tym większą więc mają wagę ich stale osiągnięcia produkcyjne i eksportowe, tym większe znaczenie fakt przekroczenia planu ubiegłej pięciolatki o 15,5 miliona zł. HALINA MIECZYÑSKA. Źródło: Gazeta Kłobucka, 1966, R. 11, Nr 3

niedziela, 12 lipca 2026

1987r. „Max-y" z Korwinowa.

 1987r. „Max-y" z Korwinowa. Wraz z nadejściem wiosny wzmaga, się ruch ha placach budów domów jednorodzinnych i obiektów inwentarskich. Po zimowej przerwie ruszają rzemieślnicze cegielnie i zakłady betoniąrskie. U progu, sezonu- budowlanego byliśmy z kamerą w liczącym sobie 84 lata zakładzie Ceramiki Budowlanej w Korwinowie.


Po modernizacji w latach 1978/79 ta duża, przemysłowa, pracująca przez cały rok cegielnia specjalizuje się: w produkcji ceramicznych pustaków szczelinowych typu „MAX". Wytwarza się ich, przy pracy na 3 zmiany, 240 .tys. sztuk miesięcznie, co stanowi równowartość- objętościową 2 min sztuk cegieł. Jest to materiał budowlany umożliwiający szybkie wznoszenie ścian budynków, a przy tym, zapewniający ich dobrą ’izolację termiczną. Po uruchomieniu kilką niesprawnych wentylatorów suszarni grzebieniowej i zainstalowaniu drugiej prasy do formowania - pustaków wzrośnie ilość i jakość poszukiwanych na rynku ,.MAX-ÓW. Jak poinformował nas kierownik zakładu Jerzy Klama pd 1 lutego br. załoga ..Korwinowa” objętą została grupową organizacją pracy. Daje to już pierwsze efekty: dwukrotnie większe zaangażowanie robotników pracą, lepsza jakość, wyrobów., i wyższe płace. Źródło: Gazeta Częstochowska, 1987, R. 32, nr 13

Korzystne zmiany w K.R.Ż. 1966r.

 Korzystne zmiany w K.R.Ż.Pierwsza, w roku 1966 konferencja Samorządu Robotniczego w przedsiębiorstwie rud żelaza „Grodzisko” poświęcona była omówieniu zmian w systemie zarządzania. Referat na ten temat wygłosił dyrektor naczelny Wacław Głowa. W czasie obrad stwierdzono, że coraz bardziej wnikliwe zajmowanie się sprawami gospodarczymi w kopalniach podległych przedsiębiorstwu pozwoliło samorządowi zwiększyć udział w zarządzaniu. KSR doszła do wniosku, że fundusz rozwoju, przyznany przedsiębiorstwu, jest niewystarczający w zestawieniu z potrzebami. Z nakreślonych planów wynika bowiem, że do roku 1970 wydajność na tzw. roboczodniówkę wzrośnie, do 1000 kg. Przyczyni się do tego mechanizacja procesów wydobywczych, co z kolei wymagać będzie zatrudnienia większej ilości fachowców i zastosowania nowych urządzeń. Stąd wniosek, że fundusz rozwoju musi ulec zwiększeniu, aby przedsiębiorstwo mogło wykonać nakreślone zamierzenia. W podziale funduszu zakładowego zaszły zasadnicze zmiany. Zniesiono zarządzenie, prze widujące odpisywanie pewnych sum z racji przekroczenia wydajności ogólnej. Teraz fundusz zakładowy będzie ściśle związany z wynikami pracy przedsiębiorstwa, a jego wysokość uzależniona od obniżenia planowanych strat. Źródło: Gazeta Kłobucka, 1966, R. 11, Nr 4


1966. Zakłady Górniczo-Hutnicze Sabinów obchodziły ostatnio jubileusz 10-lecia istnienia.

 1966. Zakłady Górniczo-Hutnicze Sabinów obchodziły ostatnio jubileusz 10-lecia istnienia. Na uroczystości, jaka odbyła się z tej okazji w sali Filharmonii, załodze przekazano sztandar ZG ZZG i Ministerstwa Przemysłu Ciężkiego za najlepsze wyniki w ramach Zjednoczenia KRŻ, uzyskane w III kwartale ubiegłego roku. Ośmiu przodujących pracowników udekorowano Srebrnymi Krzyżami Zasługi, dwóch — Brązowymi; dziesięciu otrzymało Złote Odznaki Honorowe województwa katowickiego, a 26 srebrne. Źródło: Gazeta Kłobucka, 1966, R. 11, Nr 7


1966r. Nie chcemy złych zabawek.

 1966r. Nie chcemy złych zabawek. Przemysł zabawkarski bardzo się rozwinął w ostatnich latach. Wzrosła ilość i poprawiła się jakość produkowanych zabawek. Ale niestety powiększa się dystans dzielący nas od osiągnięć na tym polu wytwórców w innych państwach socjalistycznych oraz kapitalistycznych. Kierownictwo i załoga Częstochowskich Zakładów Zabawkarskich, którym przed trzema laty powierzono rolę Zjednoczenia koordynującego działalność tej gałęzi przemysłu w województwie, widzą realne możliwości zmiany. Piętą achillesową jest brak właściwego zaplecza technicznego. Chodzi tu głownię o narzędziownie, mogące jak najszybciej dostarczyć oprzyrządowanie dla proponowanego wzoru zabawki. CZZ proponują utworzenie przy częstochowskim Zjednoczeniu narzędziowni — centralnej.


Byłoby to o wiele bardziej celowe niż rozbudowa tego typu komórek przy wszystkich wytwórniach. Wystarczy wspomnieć, że wartość przyrządów do wykonania jednego modelu sięga od 500 tysięcy do 1 min zł. Na razie więc producenci starają się wybierać wzory jak najmniej skomplikowane. W rezultacie zaś rośnie import zabawek zmechanizowanych, hamując inicjatywę rodzimych wytwórców. Drugą sprawą jest konieczność utworzenia biur projektowo-konstrukcyjnych. Brak takich placówek powoduje trudności w produkcji. Dokumentacje bowiem nie są przygotowane przez fachowców, Procesy technologiczne w za granicznych fabrykach zabaw karskich od dawna uległy zmianie. Lalek celuloidowych już się tam nie robi, Stosowany jest polietylen. Częstochowskie Zakłady Zabawkarskie czynią starania, aby jeszcze w t-m roku sprowadzić i zainstalować agregaty angielskie do produkcji lalek z polichlorku winylu. Niezbędne są inne unowocześnienia. Częstochowscy fachowcy my ślą o wprowadzeniu zmodernizowanego systemu lakierowania przedmiotów w polu elektrostatycznym. Ta metoda oszczędza ponad połowę zużywanego dotychczas surowca, gwarantuje równomierne pokrycie nim przedmiotu. Ostatnio odbyła się w Częstochowie narada dotycząca zamierzeń przemysłu zabawkarskiego na najbliższą i nieco dalszą przyszłość. Przybyli przedstawiciele zakładów wytwórczych z województwa oraz współpracujących z nimi przedsiębiorstw z Wrocławia, Torunia, Kalisza i Krakowa. Wnioski wysuwane ha naradzie wymagają rozpatrzenia, ich realizacja — decyzji władz zwierzchnich. Ale najważniejszy jest fakt, że częstochowscy wytwórcy nie chcą produkować złych i brzydkich zabawek. Dyskusje i wnioski dotyczą w sumie jednego zagadnienia: musi nastąpić zmiana na lepsze. Źródło: Gazeta Kłobucka, 1966, R. 11, Nr 11

poniedziałek, 18 maja 2026

1966r. Najmłodsze i najpiękniejsze.

 1966r. Najmłodsze i najpiękniejsze. Trójkąt ziemi łagodnym stokiem wznosi się ku północy. Poddany naturalnym ukształtowaniem terenu słonecznemu ciepłu i światłu, czerpie zeń piękno i zdrowie. Powietrze tu suche, wody gruntowe spotyka się dopiero na głębokości 11 metrów. „Tysiąclecie”. Śródmiejska dzielnica o najwyższym standarcie wyposażenia bloków mieszkalnych. 8 czy 9 lat temu, gdy budowlani rozpoczynali tu roboty, nazwa „Zawady” była synonimem peryferii.


Kiedy w 1959 roku pierwszym lokatorom nowych bloków wręczono klucze, wchodzili do mieszkań z mieszanymi uczuciami: osiedle za miastem nie budziło sympatii. Od tego czasu minęło 7 lat. Nowymi ulicami i domami dzielnica wybiegła daleko ku północy. Ramiona trójkąta, wspartego podstawą o al. Lenina, objęły nowe hektary ziemi cd wschodu i zachodu. Na tym obszarze mieszka dziś prawie 20 tys. osób w ponad 22 tysiącach izb. Najstarsza część dzielnicy, to tzw. „Południe". 31 lipca 1959 roku oddano do użytku 27 rodzinom pierwszy blok mieszkalny przy ul. Kosmicznej 5. W tym samym roku gotowe były następne: 961 izb przy ulicach Kosmicznej i Księżycowej oraz kotłownia osiedlowa. W listopadzie roku 1961 zakończono prace przy budowie nowoczesnego przedszkola, a w osiem miesięcy później, w czerwcu 1962 r." czekała na przyjęcie dzieci najpiękniejsza w Częstochowie szkoła, popularna dziś „jedynka”. „Południe" ma już także własną przychodnię lekarską. Pawilon z nowocześnie wyposażonymi gabinetami oddany został do użytku w ubiegłym roku. Z usług placówki przy ul. Księżycowej korzystają wszyscy mieszkańcy „Tysiąclecia”. Dzielnica jest pierwszym dużym osiedlem po Rakowie budowanym według nowych zasad urbanistycznych. Zerwano z ciężką, tradycyjną symetrią. Inwestorzy i projektanci opowiedzieli się za lekką, swobodną linią ulic i usytuowania domów, za koniecznością otwarcia przestrzeni między blokami, za zielenią i słońcem. O uprzedzeniach do „podmiejskiego osiedla" dziś pewnie już nikt nie pamięta. Tuż przy wejściu do „Tysiąclecia" od strony Alei wznoszony jest reprezentacyjny zespół pawilonów Studium Nauczycielskiego. Rozpoczęte w ubiegłym roku prace budowlane zakończone będą za kilkanaście miesięcy. Dalej usytuowany jest pawilon budowy maszyn Politechniki Częstochowskiej. Do roku 1980 stanie w tej dzielnicy 11 obiektów wyższej uczelni technicznej, wzniesionych kosztem 370 milionów zł. Skromnie jeszcze przedstawia się przeciwna strona „bramy” dzielnicy, jednak już w roku przyszłym rozpocznie się budowa dwóch U-kondygnacyjnych wysokościowców — spośród czterech, które staną obok czynnych już pawilonów handlowych. Panoramę „Południa” wzbogacą trzy wieżowce przy ul. Gwiezdnej. Pierwszy gotowy będzie już w roku bieżącym, dwa następne — wiatach 1967 i 1968. Od ul. Dekabrystów zaczyna się tzw. część północna „Tysiąclecia". Trzy lata temu pierwsi mieszkańcy wprowadzili się do bloku przy ul. Klubowej 12. Teraz jest tu 9 dużych gmachów, buduje się następne. W bieżącym roku oddana zostanie do użytku 15-izbowa szkoła. Przewiduje się wybudowanie 2 przedszkoli i żłobka. Przy ul. Dekabrystów zlokalizowano pływalnię i park osiedlowy. Mają być gotowe za dwa lata. U zbiegu z al. Zawadzkiego stanie duży ośrodek handlowo-usługowy i kulturalny. Tu będzie: kino, biblioteka, kawiarnie, restauracje, sklepy i magazyny dla całej dzielnicy. W tejże części północnej od 5 lat przyjmuje chorych nowy szpital. Sztab lekarzy specjalistów i pielęgniarek pracuje w 9 oddziałach. Placówka dysponuje 420 łóżkami. Przeciętna roczna liczba pacjentów sięga 10 tysięcy osób. Zabudowania szpitalne wraz z ogrodem zajmują 7 ha. Po zachodniej stronie al. Zawadzkiego, wśród zieleni trawników — osiedle spółdzielcze „Naszej Pracy”. Już stoi tu 15 dużych bloków. Spółdzielnia przygotowuje się do dalszej ekspansji na zachód w kierunku ulicy Łódzkiej. Zamierzenia dotyczą zabudowy 37 ha. I jeszcze część wschodnia. Na razie toczą się dyskusje wśród urbanistów na temat najlepszej koncepcji zabudowy 22,4 ha ziemi po drugiej stronie ul. 16 Stycznia. Przewiduje się tu budowę 5.194 izb dla 5.300 osób, ponadto szkoły, przedszkoli i drugiego parku osiedlowego. I chociaż to jeszcze tylko szkice planów, już teraz wiadomo, że do prac budowlanych przystąpi się w roku 1968. Takie jest bowiem tempo życia i potrzeb nowego „Tysiąclecia”. HALSZKA ADAMCZYK. Źródło: Gazeta Kłobucka, 1966, R. 11, Nr 18 

1966r. Z szejkiem na etykiecie.

 1966r. Z szejkiem na etykiecie. Najlepsza na zapałki jest osika, ale może być także świerk, brzoza, olcha, topola. Osika dlatego, że ma najbielsze drewno. Zagraniczny odbiorca lubi, gdy zapałczane patyczki są jasne. W częstochowskiej fabryce osiąga się najwyższy stopień tej cechy przez kąpiele drewna w wodzie utlenionej, amoniaku itp. Zakłady Przemysłu Zapałczanego przy ul. Armii Ludowej to najstarsza spośród pięciu istniejących fabryk tej branży w kraju. Zostały założone w 1882 roku.


Do dziś pozostały na tym samym ciasnym placu, pracują przeważnie na maszynach sprzed pół wieku, tylko zmienił się proces technologiczny, poprawiły się warunki pracy. Fabryka eksportuje. Rocznie przerabia ;się ponad 6 tys. metrów sześciennych drewna (około 450 wagonów). Do Częstochowy drewno przychodzi już po podstawowej obróbce, w .postaci tzw. kłód. Z jednej kłody produkuje się od 4 do 4,5 tys. pudełek zapałek. Rocznie liczba ta zaokrągla się do ponad 160 milionów. Proces wytwórczy jest zmechanizowany niemal w całości, wcale jednak nieprosty. Patrząc na mały patyczek z brązową główką trudno się domyślić, że od momentu cięcia kłody do zapakowania w kartony przeszedł aż 36 operacji. Nawet zdawałoby się najprostsza czynność — pakowanie, wymaga fachowości. 10 pudełek to paczka. Te z kolei ułożone po 25 sztuk tworzą „kamień”. Karton składa się z pięciu „kamieni”, ale to jeszcze nie jest efektem ostatecznym. Paczuszki zawierające po 4 kartony, czyli 5 tys. pudełek, czyli 240 tys. zapałek, mogą nareszcie wędrować w świat. A wędrują także za oceany. Dorobiła się częstochowska fabryka — staruszka w świecie solidnej opinii. W kraju najwięcej zapałek z ulicy Armii Ludowej używają warszawiacy. A za granicą? Mamy odbiorców w Grecji, Anglii, Gibraltarze, Nowej Zelandii, Arabii Saudyjskiej Nowej Gwinei, Holandii... Częstochowskie ZPZ pierwsze w kraju rozpoczęły w 1946 roku zapałczany eksport. Mimo dużej konkurencji, jakość i estetyka wykonania zapewniły stałą pozycję na rynkach światowych Pierwszym powojennym odbiorcą była Szwajcaria. Wymagania zagranicznych kupców bywają skomplikowane a czasem wręcz zaskakujące. Życzenia dotyczą kolorów patyczków. ..łebków" i wzorów etykietek na pudełkach. Poważnym odbiorcą jest Anglia, która w Polsce zakupuje wyłącznie zapałki częstochowskie. Anglicy uznają na opakowaniach jedynie kolory żółty i czarny. Dla Greków natomiast najważniejsza jest ilość: pudełko musi zawierać 55 patyczków. Etykietki wykorzystywane są jako środek reklamy. Niektórzy kupcy pragną w ten sposób upamiętnić fragmenty miejscowości w których mieszczą się ich przedsiębiorstwa. Kiedyś kacyk jednego z afrykańskich plemion przysłał swój portret z wyraźnym życzeniem, aby zdjęcie było treścią etykietek na pudełkach. Dla polskich odbiorców fabryka przygotowuje miłą niespodziankę: zapałki z kilkoma seriami etykiet („Millenium”, ryby słodkowodne, rasy psów, mundury wojskowe z okresu tysiąclecia). Naklejki będą wielokolorowe. Dla kierownictwa Zapałczarni najważniejszym zagadnieniem jest zamierzona rozbudowa fabryki Opracowuje się program modernizacji, przewidujący zwiększenie zdolności produkcyjnej usprawnienie procesu wytwarzania, rozwinięcie eksportu i poprawę warunków socjalnych. Źródło: Gazeta Kłobucka, 1966, R. 11, Nr 24

niedziela, 17 maja 2026

1987r. Ku radości dzieci. Przy ulicy Pałczyńskiego znajduje się nowy sklep firmowy Częstochowskich Zakładów Zabawkarskich.

 1987r. Ku radości dzieci. Przy ulicy Pałczyńskiego znajduje się nowy sklep firmowy Częstochowskich Zakładów Zabawkarskich. Sklep został otwarty w listopadzie ubiegłego roku, ale nie, wszyscy wiedzą o jego istnieniu; A szkodą. - Pani Ewa Porębińska, kierowniczka placówki przedstawiła nam bardzo szeroką gamę artykułów, od maskotek przez wszystkie: rodzaje zabawek, aż po galanterię i konfekcję dziecięcą — Przed zbliżającym się Dniem Dziecka rodzice powinni się zastanowić, czym sprawią przyjemność swoim pociechom. Może zaczniemy od niemowląt. Dla najmłodszych mamy śpioszki, ubranka. grzechotki. Niestety brakuje obecnie zabawek gumowych i gryzaczków ale są to przejściowe problemy. A dla dzieci nieco starszych, co może pani zaproponować . — Dużą popularnością cieszą się klocki - typu .Lego” bardzo podobne do tych, które możną nabyć, w Peweksie. Są to zestawy w cenach po. 1672. 1720 i 2832 zł. Poza tymi bywają tez drewniane klocki obrazkowe, znacznie tańsze. Dostępne są, także ..sterowane Samochody typu polonez, fiat 126p. 125p i nowy - model super, turbo. Tych zabawek nigdy nam nie brakuje. ponieważ jest, to artykuł produkowany przez zakład w Częstochowie. - Widzę, że wybór lalek jest ogromny.


Czy ceny tych zabawek przystosowane są do zawartości każdego portfela? — Właściwie tak, chociaż od 1 marca zabawki zdrożały o ok. 30 proc., ale lalek - mamy kilkanaście rodzajów więc ich ceny także bardzo się, różnią. Najtańsze kosztują sto, .dwieście złotych. Śpiące lalki z Częstochowy o nazwie Jaś i Małgosia po 750 zł. są bardzo chętnie kupowane. Mamy też duże śpiące lale po 3200 zł i piękne niemowlaki w becikach, niestety najdroższe — po 4300 zi. . — Co zaoferowałaby , pani naszym małym kobietkom oprócz lalek? — Na przykład wózki dla lalek spacerowej z budką, te nawet w trzech rodzajach. Bardzo tanie komplety dla małych elegantek w skład których wchodzą szczotki, grzebienie, lusterka, wałeczki i biżuteria! Słowem -wszystko co upiększa kobietę. Ceny od 160 do 260 zł. — Jest wiosna, lato za pasem, dzieci uwielbiają zabawy w piaskownicy, a de tego potrzebne są wiaderka i foremki. Mamy zestawy do zabawy w piasku pn ..Lokomotywa” z różnorodnymi foremkami i szpadelkiem; Zestaw kosztuje, 520 zł. — A starsze dzieci powyżej 8 lat. Jaką ofertę sklep przygotował dla nich? ; — Prowadzimy sprzedaż gier umysłowych od najprostszego ..Chińczyka” po bardzo skomplikowane np. „Bitwa morską" czy „Eurobissnes’'które sprzedają w ciągu kilku dni po dostawie. Dla dziewczynek są komplety do szycia i haftowania. Złożyliśmy także. zamówienie na dziecięce telefony kablowe. Na tegorocznej giełdzie w Poznaniu zakłady częstochowskie zaprezentowały zdalnie sterowany radiem samochód zabawkę, ale będzie on dostępny w sprzedaży dopiero w 1988 roku .w cenie ok. 25.000 zł. — Faktycznie oferta jest bardzo interesująca. Sklep i magazyn, wypełnione po brzegi, tylko wybierać. Czy jest jakiś artykuł poszukiwany, a niedostępny? • — Tak. Sklep cierpi obecnie na ciągły, brak piłek np. gumowych dmuchanych, ale inne zabawki dmuchane o różnorodnych kształtach i kolorach możemy zaproponować. Poza tym klienci pytają o pluszowe małpki i kotki, które mogą, towarzyszyć dzieciom podczas snu. — Czy przygotowano coś specjalnego w związku z Dniem Dziecka? — Od 30.05. do 1. 06. sklepi przenosi się do sali Cepelii na kiermasz zabawek, ponieważ tamten punkt jest bardziej uczęszczany. Jestem przekonana, że zaspokoimy prawie każdy gust klienta. Chciałabym, aby dzieci były zadowolone z zabawek naszego sklepu. — Dziękuję za rozmowę i życzę dużego utargu. Źródło: Gazeta Częstochowska, 1987, R. 32, nr 21

1987r. Skoro droższe niech będą lepsze. Byliśmy w zakładach pracy Częstochowy.

 1987r. Skoro droższe niech będą lepsze. Byliśmy w zakładach pracy Częstochowy. Pytaliśmy w działach socjalnych i organizacjach związkowych o warunki tegorocznego letniego wypoczynku załóg i ich rodzin. Interesowaliśmy się w dużej mierze kosztami skierowań na wczasy i kolonie, ale także wielkością funduszów oraz zakładowymi regulaminami pozwalającymi na korzystanie z różnych form wypoczynku. Przy okazji tych wizyt stwierdziliśmy, że zainteresowanie wczasami wśród pracowników jest duże, z czego wypada się cieszyć, bo dobrze spędzony urlop pozwala na regenerację sił, wpływa na samopoczucie przez następnych kilkanaście miesięcy. Zauważyliśmy jednak także, że wczasy, na skutek ruchu cen, drożeją. Cóż, znak czasów. Skoro jednak tak, skoro wczasy wymagają od nas większych nakładów finansowych, to niech będą lepsze! Z tym przesianiem zapraszamy do zapoznania się z wynikami naszej sondy.


MUZYCZNY RELAKS. Mała -„Melodia"’, Fabryka Artykułów Muzycznych, robi co może, a więc nie tylko instrumenty, by sprostać regułom rządzącym gospodarką, a zarazem poprawić warunki socjalne zatrudnionym pracownikom. Noszą się np, z zamiarem nadbudowania piętra nad magazynem, by zrobić przestronniejsze szatnie, jadalnię. Taki projekt nie pomnaża jednak produkcji, zaś fundusz rozwoju jest dosyć skromny. Trzeba również wybudować nową halę produkcyjną, ponieść jeszcze inne wydatki, zysk zaś jest określony i należy : nim gospodarować rozsądnie, np. przy zasilaniu funduszu socjalnego, który mimo zwiększonych ustawowo odpisów nie jest wielki. Całe szczęście przy tym, iż nie trzeba było w tym roku dokonywać gruntownych napraw w ośrodku wczasowym w Sianożętach, byłby to bowiem jeszcze jeden trudny orzech do zgryzienia przy organizacji letniego wypoczynku. Manewrując między mniejszym a większym złem postanowiono zmienić regulamin -korzystania z wczasów i kolonii. Zarzucono system tabelaryczny odpłatności za wczasy; kierując' się zasadą, że ktoś, kto lepiej pracuje i zarabia nie może z tego powodu ponosić większych kosztów wypoczynku. Pracownik wg tych nowych' zasad może korzystać z wczasów ulgowych, raz na dwa łatą i płaci ujednoliconą dla wszystkich stawkę — 5 tys. zł. Tyle samo kosztuje go pobyt na wczasach dzieci f niepracującego współmałżonka. Podania o przyznanie wczasów złożyło w tym roku 170 osób na 460 zatrudnionych (w tym 60 chałupników). Odpłatność za skierowania na kolonie postanowiono w zakładzie związać z dochodem na członka rodziny. Ile komu wypadnie (czyt. wyliczą), tyle płaci za pobyt dziecka. - Czy ten ,nowy; regulamin jest sprawiedliwszy? Odpowiedzieli w zakładzie pytaniem na pytanie: jak regulamin stworzyć, by wszyscy byli zadowoleni? Rzeczywiście problem i nie jest powiedziane, że po roku nie trzeba będzie dopłacać. Dzisiaj fakty są takie: koszt pobytu w ośrodku wczasowym w Sianożętach, gdzie blisko morza ustawiono na wykupionym terenie 11 domków, wzrósł w porównaniu z rokiem ubiegłym.o 1 tys. zł i wynosi '19 tys. zł (głównie z racji podwyższenia stówek żywieniowych przez „Gromadę”, która karmi na wczasach pracowników „Melodii”). Wzrosły również koszty kolonii organizowanych przez Ministerstwo Kultury i Sztuki, któremu zakład podlega, a pojedzie na te kolonie przeszło 30 dzieciaków. Kości zostały rzucone, lecz odżywają w zakładzie dyskusje nad tzw. wczasami pod gruszą. Grono naszych rozmówców prezentowało bardzo różne zdania, w wielu wypadkach skore akceptować indywidualne wyjazdy na własną rękę, ale regulaminu jako takiego w tym roku nie stworzono. (...) Źródło: Gazeta Częstochowska, 1987, R. 32, nr 21

piątek, 15 maja 2026

1966r. Ekonomia gwiazdkowej zabawki.

 1966r. Ekonomia gwiazdkowej zabawki. Najwięcej przedświątecznych kłopotów spada na barki młodych mam i tatusiów. Sprzątają mieszkania, robią zakupy i poszukują dla swych pociech ładnych i tanich zabawek. Z tym zaś najtrudniej: jeżeli zabawka jest ładna kosztuje słono; tanie to już takie okropieństwa, że lepiej ich dzieciom nie pokazywać. Jedni zabawek poszukują, drudzy nie wiedzą co z nimi robić. Zakłady zabawkarskie w kraju nie miały zamówień na produkcję ponad 100 milionów złotych; Częstochowskie Zakłady Zabawkarskie, by za pewnie pracę całej załodze zaczęły wytwarzać... tablice rejestracyjne do pojazdów mechanicznych, piłeczki pingpongowe.


Nagromadziło się w zabaw karskim przemyśle tak wiele nieporozumień że kiedyś bomba musíała pęknąć. Zabawki są drogie. Czy mogą być tańsze? Producent odpowiada: ależ oczywiście tak! Będą mniej kosztowały tylko przy wytwarzaniu długich, opłacanych serii. Tymczasem handel zamawia małe ilości co automatycznie zwiększa kosz ty produkcji. Handel odpowiada: zamawiamy mało, bo nie mamy gwarancji, że zostaną sprzedane. Zabawki są nieestetyczne, nieoryginalne. Jedynym wyjściem z impasu jest podjęcie produkcji nowych modeli. Częstochowskie zakłady zrobiły ostatnio duży krok naprzód. Opracowano jedenaście oryginalnych ładnych wzorów, m. in. samo chodów osobowych, cystern, wozów strażackich. Kilka jest w produkcji, następne zacznie się wytwarzać w najbliższych miesiącach. By podnieść estetykę produkcji, zaangażowano do zakładowej wzorcowni artystę-plastyka. Zabawki są drogie, bo wysoki jest koszt produkcji. Ale jakże może być inaczej, skoro łódzkie biuro zajmujące się opracowywaniem dokumentacji, bierze za plan samej karoserii 70-80 tysięcy złotych. Dodajmy, iż dokumentację jednej zabawki wykonuje się w drodze wyjątku w 4-5 miesięcy. Z tej sytuacji są dwa wyjścia: albo powiększyć biuro konstrukcyjne przy zakładach i całą dokumentację opracowywać na miejscu, albo — jak w Związku Radzieckim, Japonii — stworzyć centralne ośrodki projektowania zabawek. Ten ostatni sposób zlikwidowałby nieprozumienia pomiędzy warszawską komisją (przy Centralnym Związku Spółdzielczości Pracy) zajmującą się opiniowaniem projektów zabawek, a łódzką Centralę Handlu Artykułami Papierniczymi i Sportowymi powołaną do dystrybucji gotowych wyrobów. Dotąd ani jeden, ani drugi organ nie spełnia zadań. Na potwierdzenie kilka faktów. Kierownictwo CzZZ przywiozło projekt zabawki. Warszawska komisja odpowiada: — Nie zatwierdzimy, nie podoba nam się. — Dlaczego? — Nie wiemy, po prostu jest zła... Łódzka centrala ma się zajmować dystrybucją zabawek, informować producentów, czego potrzebuje rynek. Ale o tym, że klienci pytają o pozytywki, dyrektor CzZZ dowiaduje się od swego znajomego — dyrektora łódzkiego przedsiębiorstwa handlowego. Rozpoczęto produkcję kowbojskich pasów (Bonanza), ale o coltach, nieodłącznej części kowbojskiego wyposażenía, nie pomyślano. Zaczęto je wyrabiać kilka miesięcy później. Zakłady zabawkarskie muszą nieustannie zmieniać produkcję, szukać coraz lepszych wzorów, bardziej odpowiadających gustom klientów niż poprzednie. Jest to chyba jedyne wyjście z impasu, ale wymagające przeprowadzenia radykalnych zmian w przygotowaniu, organizacji produkcji. 8 miesięcy, jakie upływają od zaprojektowania zabawki do podjęcia produkcji, to termin nie do przyjęcia. W rezultacie powstając takie sytuacje, jak w CzZZ: sprowadzono z Anglii urządzenia do produkcji lalek. Stoi nieczynne, bo... nie przygotowano wzorów. O przemyśle zabawkarskim mówi się ostatnio częściej źle niż dobrze. I chyba słusznie. Nie można się godzić na zabawki-potworki, na braki produkcyjne kosztujące dziesiątki milionów złotych. By zmienić sytuację, trzeba podjąć radykalne kroki. Uchwały VII Plenum KC stworzyły warunki do przemyśleń, podjęcia ostatecznych postanowień. Przecież ludzie z zakładów zabawkarskich chcą pracować coraz lepiej. CzZZ nie wykonują w tym roku planów. A kilka lat temu sięgały po miano najlepszego przedsiębiorstwa przemysłu terenowego w województwie katowickim. Opracowanie jedenastu nowych wzorów zabawek świadczy o jakiejś ambicji kierownictwa i załogi. Ale trzeba tym ludziom stworzyć warunki dobrej roboty. Wówczas na pewno nie zawiodą nadziei naszych najmłodszych. Źródło: Gazeta Kłobucka, 1966, R. 11, Nr 51

1966r. Rok górniczych sukcesów.

 1966r. Rok górniczych sukcesów. Środa 21 grudnia 1966 roku była dla kopalnictwa rud żelaza dniem szczególnym: po raz pierwszy roczne wydobycie wyniosło 3 miliony ton rudy — i w tym dniu właśnie zaszczyt urobienia jubileuszowej tony przypadł brygadzie Stanisława Ku leja z kopalni „Wręczyca". Osiągnięcie to jest rezultatem długofalowej działalności Zjednoczenia Kopalnictwa Rud Żelaza i kierownictw przedsiębiorstw kopalnianych w dziedzinie modernizacji kopalń, wprowadzania postępu technicznego. Od roku 1949 unowocześniono 10 starych i wybudowano 18 nowych kopalń, uruchomiono prażalnie W Osinach, Dźbowie, Konopiskach, Stąporkowie, wybudowano w Sabinowie i Zębcach nowoczesne zakłady wzbogacania rud. Kopalnie wyposażono w doskonały sprzęt. Dzięki temu w ramach Zjednoczenia osiągnięto w bieżącym roku średnią wydajność 870 kilo gramów na dniówkę roboczą.


Trzeba dodać, iż w wielu kopalniach osiąga się znacznie lepsze od średnich wyniki. Rozwinęło się szkolnictwo górnicze; do 1966 roku Technikum Górnicze ukończyło 1.100 absolwentów, zasadnicze szkoły zawodowe — 1.600 osób. W uroczystości w kopalni „Wręczyca” z okazji wydobycia w bieżącym roku 3-milionowej tony rudy wzięli udział: wiceminister przemysłu ciężkiego Jan Kuczma, przewodniczący Państwowej Rady Górnictwa prof, dr Bolesław Krupiński, przedstawiciel KC PZPR Tadeusz Korpikwicz. przewodniczący ZG ZZG Michał Specjał, dyrektor ZKRŻ Ryszard Niewiarowski, I sekretarz KM PZPR poseł Stanisław Jędras, I sekretarz KP PZPR w Częstochowie Zdzisław Soluch, I sekretarz KP PZPR w Kłobucku Antoni Krysiak, delegacje przedsiębiorstw górniczych, AGH itd. Meldunek o wydobyciu 3 milionowej tony rudy złożył wiceministrowi Tanowi Kuczmie wicedyrektor ZKRŻ Stanisław Telenga, W czasie uroczystego zebrania okolicznościowego referat wygłosił dyrektor ZKRŻ Ryszard Niewiarowski; przemawiali również Michał Specjał i prof, dr Bolesław Krupiński; delegacje górniczych przedsiębiorstw złożyły meldunki o realizacji planów: „Dźbów” da dodatkową produkcję wartości ponad 11 milionów złotych, „Grodzisko” — ponad 10 milionów, „Osiny” — ponad 7 milionów. Na zakończenie uroczystości sekretarz KZ PZPR przedsiębiorstwa „Grodzisko", Eugeniusz Filak odczytał rezolucje, w której zebrani w imieniu 20 tysięcy pracowników górnictwa rud żelaza potępili amerykańską agresję w Wietnamie. Źródło: Gazeta Kłobucka, 1966, R. 11, Nr 52

1967r. Klucz do miasta.

 1967r. Klucz do miasta. Gdyby mi wówczas po pierwszej wojnie powiedziano, że się Blachownię osuszy, nigdy bym nie uwierzył — opowiada z uśmiechem Kazimierz Wilk pracownik odlewni, pełniący równocześnie funkcję zastępcy przewodniczącego Prezydium MRN. Mieszka w Blachowni już ponad pół wieku, obserwuje zachodzące w rodzinnej miejscowości zmiany, jest z nich dumny. — Przy hucie była niewielka osada małych jednorodzinnych domków, jeden sklep „Społem”, jeden prywatny; wokół torfowiska, łąki, pola uprawne, lasy, droga gruntowa do stacji — opowiada pan Kazimierz.



— Zwykła wieś, Blachownia. A teraz... Pierwszych osadników przyciągnęła nad małą rzeczkę Stradomkę możliwość otrzymania zajęcia przy wybudowanych tu przed trzystu pięćdziesięciu laty piecach hutniczych. W roku 1835 uruchomiono fabrykę blachy i naczyń blaszanych. Trzystu mieszkańców liczyła osada w roku 1900. Była jedną z gromad gminy Ostrowy. Przyjeżdżali tu ludzie z okolicznych wiosek w poszukiwaniu pracy w odlewni. Dopiero powojenna rozbudową zakładu stworzyła realne szanse zwiększenia zatrudnienia i rozwoju osady. W 1951 roku liczyła 1280 mieszkańców. Na dawnych łąkach i tzw. "morgach rosło osiedle nowych bloków. W roku 1955 lokatorzy zajmowali już w pierwszych oddanych do użytku domów. W tym też czasie Blachownia' "awansowała administracyjnie .Utworzono Gromadzką Rade Narodową. Pierwszy roczny budżet wynosił 390 tysięcy zł. Skład personalny Rady: trzy osoby, łącznie z przewodniczącym i sekretarzem. W cztery lata później, w roku 1951, Blachownia otrzymała prawa osiedla. Od 1 stycznia bieżącego roku jest miastem Do Blachowni, oddalonej od Częstochowy o 12 km, można dojechać pociągiem PKP i wówczas wysiada się w Ostrowach, choć stacja ma nazwę Blachownia, Na samo miejsce, aż do bram odlewni, dotrze, się autobusem MPK. Od ruchliwej trasy Częstochowa — Herby oddziela Blachownię skrawek uroczego lasu — parku. Otacza on zresztą miasto' ze wszystkich stron, przecina wewnątrz naturalnymi pasami wspaniałej zieleni. Alejami wśród starych wysokich drzew dochodzi w zachodniej części miasta do ulicy Wręczyckiej, Kościuszki, Nadrzecznej... Kilka lat temu jeszcze tych ulic nie było. Istniały wsie: Malice, Plaszczyki, Gać. Obecnie stanowią integralną część Blachowni. Miasto park zajmuje powierzchnię 23,49 km kwadratowych, na której mieszka pięć i pól. tysiąca mieszkańców. Latem nad piękne duże (56 ha) jezioro ściągają rzesze wczasowiczów: na niedzielny wypoczynek, lub dłuższy urlopowy relaks. — Droga, którą wybudowaliśmy kilką łat temu, już jest za Ciasna — mówi przewodniczący Prezydium MRN Julian Mleczko. — Byliśmy bardzo zadowoleni z położenia twardej nawierzchni ną dawnej drodze gruntowej, a teraz trzeba myśleć stanowczo o poszerzeniu jezdni. Zimą tak się tego nie odczuwa. ale jak tylko nastanie wiosna—tłok. Życie samo dyktuje nam zmiany, nie pozwala zatrzymywać się w miejscu. W styczniowy zaśnieżony dzień nowo kreowane miasto wygląda bardzo czysto i wesoło. Z pawilonu Domu Książki dobiega dyskretny dźwięk romantycznych melodii; dzieci bawią się w śniegu, jeżdżą na sankach... Budynek szkoły podstawowej nr 2 pełen jest słońca. Z okien widać pobliski las. Na pierwszym piętrze w pracowni zajęć praktycznych dziewczęta z VII klasy przygotowują pod okiem nauczycielki Kamili Mikołajczyk cztery rodzaje surówek jarzynowych. Pod drzwiami niecierpliwie pokrzykuje męska połowa klasy.. Szybko skończyli dziś swoje prace i czekają na smaczny poczęstunek. Zgodnie z zarządzeniem władz, oświatowych praktyczne zajęcia kulinarne rozpoczęto w tym roku w wielu szkołach podstawowych. W Blachowni stosowano je już w ubiegłym, nim nadeszły oficjalne polecenia.

Tendencja do wyprzedzania jest widać cechą wrodzoną mieszkańców. Szkoła urządzona jest nowocześnie. Kierownik Roman Sikora z dumą prezentuje gabinety: fizyczny, matematyczny, historyczny, geograficzny. Do dwóch szkół podstawowych w Blachowni uczęszcza około 2 tysięcy dzieci Przy obu są tzw. klasy zerowe, spełniające rolę jednorocznych przedszkoli, przygotowujących sześciolatków do rozpoczęcia nauki. Jest poza tym jedno przedszkole dla stu dzieci. Do przyzakładowej szkoły zawodowej i Ośrodka Szkolenia Zawodowego uczęszcza około 500 uczniów. — Potrzebna nam jest szkoła średnia —• mówi Julian Mleczko. Absolwenci podstawówek chcą się uczyć dalej. Ulicą szkolną dochodzi się do stadionu sportowego. Jeszcze niegotowy; powstaje w czynie społecznym mieszkańców i instytucji. Na razie stanowi doskonały teren saneczkowania. Budowę obiektu traktuje się tu poważnie, ’ szybko też zapewne oddany zostanie do użytku. Na prawo od stadionu droga do jeziora, nadziei mieszkańców Blachowni na rozwój podmiejskiej turystyki. Piękny ośrodek sportów wodnych gotowy będzie dopiero za trzy lata. Między stadionem a blokami osiedla mieszkaniowego pusta przestrzeń. Do końca bieżącej pięciolatki staną tu nowe domy. — Miejsca pod zabudowę mamy dużo — stwierdza przewodniczący Prezydium. — W najbliższym czasie rozpocznie się budowa czteropiętrowego bloku przy ul. 22 Lipca; obok staną pawilony przeznaczone na zakłady gospodarki komunalnej. Planuje się budowę około stu domków jednorodzinnych. Mieszkańcy miasta mają już na ten ceł odłożone w PKO oszczędności. Pomoże im Prezydium... Trudno sobie dzisiaj wyobrazić, że istniał tu kiedyś zaledwie jeden czy dwa sklepy. Sieć handlową tworzą obecnie 22 placówki, z których każda dokłada wszelkich starań, aby wyglądać nowocześnie i estetycznie Jest komplet, punktów usługowych. Przy ul. Miodowej buduje się nowy pawilon handlowy. Oprócz biblioteki wyposażonej w 3.200 tomów, klubu młodzieżowego, jest w Blachowni jeszcze jeden obiekt kulturalny: stare kino „Metalowiec” czynne trzy razy w tygodniu. — To stanowczo za mało na nasze potrzeby — twierdzą mieszkańcy. Kino w starych magazynowych pomieszczeniach fabrycznych nie odpowiada wymogom estetyki, bezpieczeństwa i higieny. A dzieci w szkołach przygotowują wystawę propozycji budowy nowych obiektów w Blachowni. Rysują piękne kolorowe pałace kultury. Na takie w ich wyobraźni zasługuje rodzinna miejscowość. Nie ma już starej manufaktury z pierwszej połowy XVII wieku, od której dawna wieś wzięła nazwę. Z odlewni i emalierni pozostała hala. Jeszcze się tu pracuje. Z dwóch starych pieców tzw. kopniaków wypływa roztopione żelazo. Trzeba zręczności i wprawy, aby nabrać ognistej lawy do wyłożonych szamotem fanek (rodzaj wiadra), a potem szybko wlewać przez niewielkie otwory do przygotowanych form. Wszystko odbywa się ręcznie. Ale to już ostatni relikt przeszłości. Obok stoi nowa hala. Proces produkcyjny zmechanizowany prawie całkowicie, montuje się kolejne, jeszcze bardziej nowoczesne urządzenia. Dalej również nowy budynek oczyszczalni, hala obróbki mechanicznej. Tu przy warsztacie Czesława Popczyka ostatnie szlify otrzymał przygotowany przez modelarza Stanisława Wojciechowskiego wielki mosiężny klucz do bram miasta. Wręczono go władzom miejskim w czasie ostatniej uroczystej sesji z okazji nadania Blachowni praw miejskich. To nie przypadek, że właśnie w warsztacie Odlewni wykonano symboliczny klucz. Zakład od dawna jest przyczyną i podstawą rozwoju miasta, kluczem rosnących ambicji mieszkających tu ludzi. Blachownia w śniegu wygląda uroczyście. Na ulicy Nadrzecznej w domu pod numerem 30 święto wyjątkowe. W rodzinie Wojtasów urodził się pierwszy obywatel nowego miasta. Przyszedł na świat 9 stycznia o godzinie 10.30. Nadano mu imię Sławomir. Dla niego opowieść o dawnej wsi. osadzie i osiedlu będzie już tylko historią... Tekst: HALSZKA ADAMCZYK. Zdjęcia: ZBIGNIEW NOWAK. Źródło: Gazeta Kłobucka, 1967, R. 12, Nr 3

1967r. Latarki z Częstochowy nawet do Algerii.

 1967r. Latarki z Częstochowy nawet do Algerii. Jeszcze trzy lata temu Częstochowska Fabryka Latarek produkowała za ledwie milion sztuk, dziś hale produkcyjne CFL opuszczają rocznie ponad dwa miliony latarek różnych typów.


A rodząjów jest jedenaście, różniących się kształtem: od okrągłych do płaskich i kwadratowych. Dawniej wytwory CFL nie były najlepszej jakości, dziś są przykładem solidnego i estetycznego wykonania. Cieszą się zresztą opinią najlepszych w kraju. Świadczy o tym eksport: 25 proc, wytworów przeznacza się dla odbiorców w Algerii i NRD, inne — przez Centralę Handlu Zagranicznego „Uniwersal’’ — wędrują do wielu krajów świata. Jeden z modeli — latarka „Popularna” — pomyślnie przeszedł wszystkie badania specjalistyczne w laboratoriach NRD. On też jest głównie przeznaczony na eksport. W tym roku do produkcji wejdą trzy dalsze modele, m. in. latarki myśliwskie z 5 bateriami i tzw. latarnia gospodarcza. Coraz lepsza jakość wyrobów jest rezultatem przeprowadzanej ciągle modernizacji zakładu i właściwej organizacji produkcji. Nowa hala, w której racjonalne ustawienie maszyn wyklucza zbędny transport, stwarza warunki do dokładniejszego, wręcz precyzyjne go wykonywania latarek. Przedsiębiorstwo wzbogaciło się także o galwanizernię, większość latarek jest niklowa na. Myśli się już o uruchomieniu chromowni. Pozwoli to wytwarzać jeszcze estetyczniejsze i solidniejsze artykuły.Przez zmianę technologii produkcji szkieł odblaskowych wyeliminowano blachę zastępując ją plastykiem. Przedsiębiorstwo otrzymało także nowe wtryskarki do tworzyw sztucznych, co w większym jeszcze stopniu umożliwia ograniczanie zużycia blachy. Ciągle się coś w CEL zmienia, usprawnia, udoskonala, fabryka chce bowiem utrzymać się na czołowej pozycji w swojej branży, Źródło: Gazeta Kłobucka, 1967, R. 12, Nr 11

środa, 13 maja 2026

1967r. ,Melodia' zdobywa rynki świata.

 1967r. ,Melodia' zdobywa rynki świata. Znana w kraju i za granicą Częstochowska Fabryka Artykułów Muzycznych „Melodia” rozpoczęła produkcję sześciu nowych typów instrumentów: harmonijek „Tosca" i „Melodia - Sopran", cymbałów „Miki”, harmonijek klawiszowych „Violina” oraz dwóch modeli harmonijek ręcznych. Są one przygotowywane z myślą o uczniach młodszych klas szkół podstawowych, którzy na lekcjach umuzykalniających poznają zasady gry na różnych instrumentach.


Ciekawie jest skonstruowana harmonijka klawiszowa „Violina”, mająca kolorowe klawisze, dzięki czemu dzieci ucząc się grać nie muszą znać „dorosłych” nut. Zapis nutowy zastąpiony jest przez odpowiednie kolorowe znaki, które ułatwiają naukę. „Melodia” nawiązała współpracę z Ministerstwem Oświaty i Wyższą Szkołą Muzyczną w Warszawie, przy pomocy których opracowywać się będzie nowe modele instrumentów przydatnych na lekcjach śpiewu. Także dla młodzieży opracowano zestaw perkusyjny składający się z 17 instrumentów. W bieżącym roku wyprodukuje się 15 tys. harmonijek z czego 7 tysięcy przeznaczono na eksport do Anglii, Turcji, Belgii i Stanów Zjednoczonych. Możliwości fabryki są o wiele większe, jednak przeszkodą jest szczupłość pomieszczeń. Nie można zastosować nowych metod produkcyjnych, są kłopoty z magazynowaniem gotowych wyrobów. Zatwierdzono założenia rozbudowy zakładu i Zjednoczenie Przemysłu Muzycznego powinno jak najszybciej postarać się o fun dusze. Według wstępnego kosztorysu, budowa nowego zakładu pochłonie 35 milionów złotych. Źródło: Gazeta Kłobucka, 1967, R. 12, Nr 25

1967r, Zapomniany zamek odkrył mgr. W. Błaszczyk.

 1967r, Zapomniany zamek odkrył mgr. W. Błaszczyk. Nowego, sensacyjnego odkrycia dokonał dyrektor częstochowskiego Muzeum mgr Włodzimierz Błaszczyk. W Prusicku koło Ważnych Młynów stwierdził on (kierując się informacjami radnego MRN, Jana Steckiego) istnienie śladów nieznanego, nigdzie nie notowanego zamku. Pozostałości tej budowli znaleziono na obszarze około 3 tysięcy metrów kwadratowych. Są tam przysypane ziemią, na której rosną drzewa, mury, stare fundamenty, fosa. Fundamenty wzniesione są z kamienia granitowego, pochodzącego z okresu polodowcowego.


Materiał dostarczony do częstochowskiego Muzeum pozwala stwierdzić, iż budowla wzniesiona została w okresie późnego średniowiecza, a wiec w XV wieku. Zamek miał prawdopodobnie zadanie strzec traktu handlowego Kraków — Poznań oraz pobliskiej przeprawy przez Wartę. Nowo odkryty obiekt wzbudził żywe zainteresowanie świata naukowego. Ponieważ obok resztek zamczyska, w Prusicku, rosną dęby, których wiek przyrodnicy określają na minimum 350 lat, częstochowskie Muzeum wystąpiło do odpowiednich władz z wnioskiem o uznanie tamtejszych terenów za rezerwat przyrodniczy. Ponadto zwrócone się do wojewódzkiego konserwatora zabytków w Łodzi (zamek znajduje się na terenie pow. pajeczańskiego) o przyznanie kredytów na zabezpieczenie obiektu oraz prowadzenia prac badawczych. Według podań miejscowej ludności, wśród zamkowych terenów znajdują się wejścia do lochów łączących Prusicko z Częstochową. Źródło: Gazeta Kłobucka, 1967, R. 12, Nr 33

wtorek, 12 maja 2026

1967r. Rewelacyjny kombajn górniczy już w próbach.

 1967r. Rewelacyjny kombajn górniczy już w próbach. Kopalnia „Wręczyca” osiągnęła już pełną, przewidzianą planami moc produkcyjną. Wydajność pracy wynosi tu 1.200 kg na dniówkę. Sukcesy produkcyjne to zasługa ofiarnej załogi, brygad Stanisława Kuleją, Mariana Kochela.


Spory udział w osiągnięciach ma kierownictwo, dbające o stałe podnoszenie kwalifikacji; co trzeci górnik „Wręczycy” ukończył zasadniczą szkołę zawodową. Wiele uwagi poświęca się sprawom mechanizacji. Dziewięćdziesiąt procent robót w chodnikach jest zmechanizowanych. Nieprzypadkowo w tej przodującej kopalni przedsiębiorstwo „Osiny” prowadzi próby z nowym rewelacyjnym kombajnem górniczym KKG-2 (Kombajn Kopalni Grodzisko — wersja druga). Został on opracowany przez zespół w składzie: dyrektor przedsiębiorstwa Wacław Głowa, mgr inż. Władysław Jurczak, inż. Edward Kaługa, technik Władysław Grzybowski. Wykonano urządzenie w warsztatach Wydziału Budowy Maszyn Politechniki Częstochowskiej. Kombajn ma napęd hydrauliczny. Dzięki jego zastosowaniu trzykrotnie wzrośnie wydajność pracy. Pracuje; na ścianie długości 150 metrów. Nowe urządzenie zdało w pełni egzamin. Kierownictwo przedsiębiorstwa chce w przyszłym roku wykonać i zastosować trzy takie kombajny. Źródło: Gazeta Kłobucka, 1967, R. 12, Nr 36

1967r. Saksońskie sceny w olsztyńskiej warowni « Hrabina Cosel» na planie.

 1967r. Saksońskie sceny w olsztyńskiej warowni « Hrabina Cosel» na planie. Stanisław Jasiukiewicz jeszcze pół godziny temu był Zaklitą — kondotierem na usługach saksońskiego króla. Teraz jest klientem olsztyńskiej gospody. Je wcale nieprotekcjonalną grochówkę. Spieszy się — za cztery godziny teatralny występ. Powróci tu jutro, aby znów wsiąść na konia, przywdziać osiemnastowieczny strój. W filmie „Hrabina Cosel" olsztyńskim terenom zamkowym przypada rola poczesna. Tutaj właśnie przed chwilą nakręcono scenę wstępną: Zaklita (Stanisław Jasiukiewicz) wiezie wiadomość o abdykacji Augusta Mocnego (Mariusz Dmochowski). Tutaj wkrótce powstaną fragmenty końcowe. Tytułowa bohaterka filmu (Jadwiga Barańska) dowie się, iż król Saksownii zwrócił jej wolność. I odpowie: Nie. Pozostanie w zamkowej baszcie. W Olsztynie kręcić się będzie pełne rozmachu sceny batalistyczne. Jeżeli dopisze pogoda ekipa filmowa pracować nad nimi będzie dziś, to jest we wtorek 19 bm. i w środę 20 września. Powstaną tu ujęcia z udziałem króla szwedzkiego (Daniel Olbrychski). Cały film trwać ma trzy godziny. W okolicach olsztyńskiego zamku nakręcone będą fragmenty oglądane na ekranie przez 50 minut. Mówiąc filmowym językiem, nakręci się tu 950 metrów taśmy. W Książu około Wałbrzycha kręcono zdjęcia w zamkowych wnętrzach, w Olsztynie narodzą się plenery. Myliłby się ktoś gdyby sądził, iż zareklamował olsztyński krajobraz „Pamiętnik znaleziony w Saragossie”. Reżyser „Hrabiny Cosel” — Jerzy Antczak — „Pamiętnika” w ogóle nie oglądał. Przyjechano tutaj przede wszystkim z dwóch względów. Poszukiwano zamku z charakterystycznym, ponurym wyrazem, który po odpowiednich zabiegach dekoratorskich łatwo będzie mógł zamienić się na saksoński Skolpen. Podobno olsztyńskie zamczysko nadaje się do tego jak żadne w kraju. W poszukiwaniu odpowiedniego obiektu spenetrowano dokładnie cały Dolny Śląsk. Drugą rzeczą, jaka ściągnęła tutaj filmowców jest zieleń. Kolorowa taśma („Hrabina Cosel” będzie czarno-biała i kolorowa) nie znosi pełnej, soczystej zieleni. Ta olsztyńska jest właśnie szara, taka, jakiej wymaga film. „Hrabina Cosel” będzie w trzech częściach: „Kamaryla”, „Władza” i „Upadek”; powstaje w dwóch wersjach: telewizyjnej (w tej będzie więcej zbliżeń) i filmowej; nakręcona zostanie na taśmie kolorowej i czarno-białej. O tym wszystkim donosiła już cała krajowa prasa. Teraz o innej stronie filmu.


Jerzy Antczak chce, by był to film pełen życia, „krwisty". Dlatego znajdzie się w nim wiele dramatycznych ujęć, galopad, Ale ten film równocześnie — mówi reżyser — będzie miał niejako drugą warstwę — psychologiczną. Będzie mówił o konfliktach towarzyszących ludzkości od zarania jej dziejów, o mechaniźmie władzy, o miłości. Jerzy Antczak nie chce nikogo odbrązowiać, chce pokazać Augusta Mocne go takim, jakim był — kobieciarza, pijaka. Nie chce również odbrązowiać kondotiera Zakłity, Chce pod dekoracjami z saskiej epoki-pokazać problemy współczesne.- Na ławeczce ustawionej pośrodku olsztyńskiego rynku kończymy rozmowę z Jerzym Antczakiem. Prosi o przekazanie serdecznych pozdrowień mieszkańcom miasta. — Czuje się głęboko związany z Częstochową. W niej spędziłem siedem lat swego dzieciństwa, przez trzy lata chodziłem do Liceum „Traugutta” (twórca „Hrabiny Cosel” kończył szkołę średnią w pobliskim Lublińcu — przyp. red.) Stanisław Jasiukiewicz odjechał przed kilkoma minutami. Olsztyn jest jak zazwyczaj spokojny, nieco senny. Jeszcze nie ogarnęła go filmowa gorączka. Pracownicy techniczni ekipy zbierają się na brydża, na którego umawiali się podczas obiadu. Dla reżysera, jego najbliższych współpracowników sjesty nie będzie, nawet w pierwszym dniu zdjęć. Za chwilę wyjadą szukać miejsc, gdzie będą mogli filmować galopadowe zbliżenia. Prawdopodobnie przeniosą się w tym celu do Rudnik. Źródło: Gazeta Kłobucka, 1967, R. 12, Nr 38

niedziela, 10 maja 2026

1987r. Stacja Poraj - proszę wsiadać.

 1987r. Stacja Poraj - proszę wsiadać. Każdego, kto po 18 lipca znalazł się na stacji PKP w Poraju musiał uderzyć dość niezwykły, jak na naszą kolejową rzeczywistość, widok. Tym widokiem był budynek dworca, którego : nie powstydziłyby się znacznie większe od pięciotysięcznej miejscowości miasta.


Obszerny, piętrowy, pachnący jeszcze farbą obiekt mieści w swym wnętrzu prócz kas i przestronnej, oszklonej poczekalni, świetlicę stworzoną z myślą o dojeżdżającej do szkół młodzieży oraz bufet..O zaopatrzenie tego ostatniego dba, traktując to jako swą wizytówkę, miejscowa Gminna Spółdzielnia. I trzeba przyznać, że czyni to jak na razie znakomicie. Na piętrze usytuowano komfortowe pomieszczenia' dla służb kolejowych... I pomyśleć, że jeszcze kilka miesięcy temu podróżnych „straszyła" postawiona przed blisko trzydziestoma laty — oczywiście jako prowizoryczna — obskurna buda, którą nawet na gminnej stacji PKP trudno nazwać było pomieszczeniem dworcowym. Zabiegi o budowę budynku dla pasażerów kolei rozpoczęły władze Poraja już w latach 60. Argumentów „za” było sporo. A to; że większość mieszkańców pracuje daleko poza rodzinną miejscowością — w Częstochowie, na Śląsku, a to że do szkól młodzież musi dojeżdżać koleją. W latach siedemdziesiątych dorzucono jeszcze jeden, przy okazji budowy zbiornika retencyjnego: turystyczny charakter miejscowości. Decydenci z argumentacją się zgadzali, a inwestycja przez lata „wypadała z planu”. Najbliżej szczęścia byli mieszkańcy Poraja w roku 1979. Pieniądze były, plany też zabrakło tylko... chętnych do podjęcia budowy. W 1981 roku naczelnikiem gminy został 29-letni, wówczas, Andrzej Pluta. W rok później idea stworzenia godziwych warunków na kolejowej stacji ,, Poraj” powróciła... Przygotowania do jej. realizacji rozpoczęto od oficjalnej wizyty partyjno-administracyjnych władz gminy w dyrekcji Śląskiej DOKP. Po kilku spotkaniach przekonano kolejarzy, że Porajowi stacja jest potrzebna. Przekonać dyrekcję pomogli, no może już nie tak oficjalnie, ludzie w kolejarskich mundurach— w „cywilu” żyjący w Poraju. Stworzyli oni swoiste lobby w Sląskiej DOKP i dopięli swego. Szefowie dali pieniądze i podpisali potrzebne dokumenty. Plac budowy mógł, się ożywić. Głównym wykonawcą inwestycji zostało Przedsiębiorstwo Budownictwa Rolniczego w Myszkowie. Naczelnik Pluta niemal każdego dnia, od chwili wmurowania kamienia węgielnego, a nastąpiło to 19 kwietnia 1985 roku znajdował choć chwilę by zajrzeć na stację kolejową. Jak twierdzi dzisiaj, co prawda do zadań administracji nie należy prowadzenie budów, ale... „pańskie oko konia tuczy”. Trzeba przyznać, że „tuczyło" wyśmienicie, gdyż 17 miesięcy później obiekt był gotowy do użytku. Oczywiście władze gminne w swych działaniach nie były osamotnione. Gmina ma to „szczęście”, że na jej terenie zlokalizowanych jest 12 różnorakich przedsiębiorstw. Ich szefowie tworzą Radę Dyrektorów, która działa na rzecz terenu i z myślą o mieszkańcach. .Tak było i przy budowie dworca. Główny wykonawca nieraz- miał kłopoty z uzyskaniem niezbędnych materiałów budowlanych. I nieraz w takich przypadkach pomagali dyrektorzy miejscowych firm. Zwłaszcza dyr. Jerzy JANAS z Przedsiębiorstwa Zaopatrzenia Budownictwa Hutniczego często spełniał rolę „pogotowia”. Ale też nic dziwnego, gdyż prócz dyrektorskiej Jerzy Janas pełni funkcję przewodniczącego Gminnej Rady PRON. A to już zobowiązuje. . Budowie bacznie przyglądała się miejscowa społeczność, gdy zbliżał się dzień uroczystego przecięcia wstęgi gremialnie chwycono za taczki, łopaty, miotły by własnoręcznie uporządkować przyległy do budynku teren i tym samym mieć swą „cegiełkę” w budowie. Osiemnasty dzień lipca był świętem dla Poraja, a tłum na stacji PKP zdziwił nawet przybyłych na otwarcie dworca przedstawicieli władz wojewódzkich. W tym dniu, w Poraju, mieszkańcy mówili „nareszcie doczekaliśmy się inwestycji na miarę czterdziestolecia”. Źródło: Gazeta Częstochowska, 1987, R. 32, nr 35

1967r. Pierwsze kino z prawdziwego zdarzenia,

 1967r. Pierwsze kino z prawdziwego zdarzenia, Zewnętrznie i od wewnątrz pierwsze rakowskie — nie tylko rakowskie — kino z prawdziwego zdarzenia prezentuje się okazale. Architektura wnętrz ciekawa, malowidło ścienne w poczekalni bardzo oryginalne, widownia zapewniająca dobre oglądanie filmów z każdego miejsca — z wyjątkiem ostatniego rzędu pod samą ścianą.


Choć budowano kino prawie 10 lat. choć zapewniano, ze na inaugurację wszystko działać będzie sprawnie, zawiodła jednak klimatyzacja, były przerwy w projekcji. Baczne oko dostrzec mogło wiele śladów brakoróbstwa, wiele niedociągnięć budowlanych i organizacyjnych. Dlaczego na przykład nie postarano się dostatecznie wcześnie o kurtynę, której brak zdecydowanie razi? Mimo jednak mankamentów kino jest ładne, i gdy tylko usterki zostaną usunięte, filmy powinno się tu oglądać z prawdziwą przyjemnością. Tym bardziej, że kierownictwo zapowiada doskonały tematycznie dobór obrazów. Źródło: Gazeta Kłobucka, 1967, R. 12, Nr 31

niedziela, 26 kwietnia 2026

1967r. Pożegnanie Poetki. Aut: Tadeusz Gierymski.

 1967r. Pożegnanie Poetki. Aut: Tadeusz Gierymski. Któregoś dnia, a było to bodajże pod koniec 1956 roku, do redakcji przybyła kobieta z kilkoma brulionami wierszy swej córki. Z niezdecydowaniem wziąłem je do ręki. Jak wiadomo, ci,, którzy starają się „upłynnić” tego rodzaju artykuł, nie przez każdą redakcję przyjmowani są z otwartymi ramionami. Był to zresztą czas owej erupcji poetyckiej, która do dzisiaj gnębi chyba pisma i, w większości wypadków, wypełnia.... redakcyjne kosze. Nic zgubniejszego bowiem nad przeświadczenie, że Ars Poética wymaga wyłącznie zastruganego ołówka (dziś — i długopisu) i kartki papieru. Coś podobnego myślałem przyjmując bruliony. Kobieta powiedziała mi nad to, że córka sama przyjść nie mogła z powodu choroby, jakiejś chronicznej niedomogi serca. Młoda dziewczyna, najczęściej przykuta do łóżka, nudzi się, ergo pisze wiersze. Jest jednak poważnie chora. W takich wypadkach ludzki odruch — to współczucie.


Zadecydowałem, jak to się mówi, a priori, że cośkolwiek, choćby to było całkiem złe, wydrukować trzeba. Potem dopiero otworzyłem zeszyt, jeden, drugi, trzeci... Nie były to rewelacje poetyckie, to prawda. Wiersze znalazłem jeszcze bardzo "młode", niektóre zupełnie nieudolne, ale tu i tam błysnęła jakaś grudka złota. W sumie różniły się in plus od tuzinkowej produkcji, o której myślałem zabierając się do czytania. Zamieściliśmy kilka utworów w najbliższym numerze „Gazety”... Autorkę poznałem dopiero po kilku tygodniach. Weszła szczupła, jasnowłosa dziewczyna, w ciemnoniebieskim palcie (dlaczego takie nieistotne szczegóły tkwią latami w pamięci?). Rozmowa potoczyła się, naturalnie, o poezji. Była długa i żarliwa. Zgadzaliśmy się lub nie. Dziewczyna miała swoje zdanie, od którego nie odstępowała. A że przyniosła ze sobą nowe wiersze — zacząłem je głośno czytać. Autorce nie podobała się widocznie moja interpretacja, gdyż gwałtownie i nieomal obcesowo (była zawsze taka) wyjęła mi kartkę z ręki. Wiersz odczytała po swojemu, mniej płynnie, bardziej rwąco, arytmicznie. Zresztą, czy u Poświatowskiej nie dosłyszy czytelnik tego zakłóconego rytmu serca? Zapewne, ex post nie trudno być prorokiem, ale w pogańskiej poezji Zmarłej znać ów pośpiech i ptasi wyścig ze śmiercią; szybki oddech kogoś, kto świadomy jest porcelanowości życia. Ta, tak bardzo osobista, okolicznościowa (tak myślę, bo wiem) poezja poświęcona jest przede wszystkim miłości. Mało: powiedziałbym, że każdy wiersz pulsuje różowym ale czystym erotyzmem. Drapieźne uwielbienie życia, tym bardziej że w każdej chwili może zniknąć. Potem widzieliśmy się z Haliną Poświatowską jeszcze wiele razy. Bardzo szybko dojrzała jako artystka. A kiedy już sięgam do wspomnień... Tkwi w mej pamięci jeden późnojesienny wieczór. Poszliśmy do „Sielanki”, w której zbierało się w owe czasy nasze pokolenie na „nocne rodaków rozmowy”. Halina przeżywała wtedy kryzys chorobowy. Mogła iść tylko dzięki mojej pomocy. Oglądnęliśmy jakiś amatorski występ estradowy. Zaczęła mówić o swoim najskrytszym pragnieniu. Zwierzyła mi się, że marzy o napisaniu dramatu. Nie wiem, czy kiedykolwiek zabrała się do niego. Na tej kilkutygodniowej znajomości właściwie kończy się mój osobisty kontakt z Poetką. Wyjechała do Krakowa, skąd jeszcze otrzymałem pocztówkę, jakby ostatnie słowo pożegnania. Z satysfakcją zna lazłem wkrótce wiersz jej w „Życiu Literackim”. Potem w innych pismach. Niektórzy mieli jej za złe, że jakby zapomniała o naszej redakcji. Ale to chyba nie ma większego znaczenia. Stała się przecież autentyczną poetką — i skazanym na śmierć, a tak kochającym życie człowiekiem. Tragiczny koniec odsunął na lat kilka wyjazd do Stanów Zjednoczonych, gdzie poddała się niezwykle niebezpiecznej operacji serca. Nie miała jednak wyboru. Przywiozła stamtąd trochę zdrowia i „amerykańskie” wiersze o nieco apokaliptycznej wizji Nowego Świata. W kraju zdążyła wydać jeszcze jeden tomik poezji oraz tom prozy. I oto przyszła śmierć. Wobec której jesteśmy zawsze okrutnie bezradni. Odeszla, jak mówiła w jednym ze swoich pierwszych wierszy, tam, „gdzie zamykają się wszystkie drogi, gdzie nie ma nawet nicości”. Ale wśród nas żyła bardzo intensywnie. Myślę, że w Jej krótkim życiu — zmieściłoby się kilka anemicznych, ostrożnych żywotów. Źródło: Gazeta Częstochowska, 1967, R. 12, nr 43

Gazeta Częstochowska, 1967, R. 12, nr 42

 Gazeta Częstochowska, 1967, R. 12, nr 42



1968r. Olsztyński slalom z przeszkodami.

 1968r. Olsztyński slalom z przeszkodami. Na codzień Olsztyn cichy jest i spokojny. Autobus MPK zabiera z przystań ku nielicznych pasażerów, z rzadka przejeżdża przez rynek inny pojazd. Czasem usłyszy się dźwięczące u sanek dzwonki, zaskrzypi śnieg pod czyimś spiesznym krokiem... Jest biało, pięknie i cicho. . Dopiero w niedziele Olsztyn zrzuca powszedni spokój, wita świąteczny dzień rozbawionym gwarem przybyłych turystów. Śpiący rynek wypełniają po brzegi samochody małe i duże, prywatne i z zakładów pracy. Mieszkańcy różnych miast Śląska przyjeżdżają tu po kilka godzin wypoczynku. Podczęstochowskie wczasowisko od wielu lat spełnia rolę miejscowości atrakcyjnej również zimą. Amatorzy jazdy na sankach i nartach szukając dogodnych dla siebie terenów wykorzystują wszystkie olsztyńskie pagórki. — Miejsca jest dosyć, można wybierać — mówi Stanisław Warkiewicz, przewodniczący komisji kulturalno-oświatowej przy Radzie Zakładowej zakładów ,,Koszutskiej”; który przyjechał z osiem- dziesięcioosobową wycieczką pracowników z zakładu. — Ale brak jest porządku.


Nie ma właściwie wyznaczonych torów zjazdowych. Ci, co jada z góry, wpadają na wchodzących pod górę, powstaje bałagan. Sam musiałem się wszystkim zająć. Wyznaczyłem drogi, bo przecież w tym rozgardiaszu o wypadek nietrudno. Wydaje mi się, że częstochowscy działacze sportowi mogliby się tą sprawą zalać. To przecież sprawa wypoczynku Wielu tysięcy ludzi... Do Olsztyna przyjechały tak że dzieci pracowników ZGH „Sabinów”. 60 maluchów od rana uwija się na sankach pod opieką dorosłych. Tu dopiero widać, ile zdrowej radości może dostarczyć taka prosta zabawa. jak jazda na sankach. Zapewniają o tym wesołe okrzyki i roześmiane oczy. Przewodniczący Rady Zakładowej Bogusław Nowakowski już przed kilku dniami zamówił w gospodzie „Pod Zamkiem” obiad dla uczestników wycieczki. Teraz widać znad talerzy tylko zaczerwienione uszy. Obiadowe porcje szybko znikają ze stołów. Nic dziwnego, po takiej zabawie! Po Obiedzie zaś — kulig. Na przedzie duże sanie zaprzężone w parę koni, naturalnie z dzwoneczkami, ą za nimi sznur małych’ saneczek — I w drogę po zaśnieżonym Olsztynie! Częstochowskie Zakłady Metalowe nie dysponują własnym pojazdem, ale wynajęto autokar z „Gromady” i 55 dzieci mogło wyjechać w niedzielę do Olsztyna. Za wozem osobowym sunęły wyładowane sprzętem sportowym dwa żuki. I tu również opiekunem wycieczki — przewodniczący Rady Zakładowej Ryszard Czerw. — Wyprawa udała s!ę znakomicie — stwierdza — ale mieliśmy kłopoty w gospodzie. Restauracja „Pod Zamkiem” jest stanowczo za mała. Nie może obsłużyć wszystkich niedzielnych gości, trzeba długo czekać, nie jest tu nazbyt czysto. Przecież to nie pierwsza zima i nie pierwsza niedziela, kiedy do Olsztyna przyjeżdżają turyści. Mankamenty na pewno znane są od dawna. Dlaczego nic się nie robi, żeby je zlikwidować? Przecież każda turystyczna niedziela, to źródło poważnych dochodów dla spółdzielczej gastronomii. Niestety, nikt tego nie wykorzystuje, a turyści narzekają. Jeszcze słońce oświetla olsztyńskie pagórki, jeszcze zabawa w pełni, ale zimowy zmrok zapada szybko. Zaczynający się o godz. 14 kulig jest ostatnią imprezą w programie dzisiejszego dnia. Pewnie najbardziej atrakcyjną, wszyscy jednak żałują, że zaraz potem trzeba wracać do Częstochowy. Na razie jadą drogą w kierunku zalewu...

Powroty do miasta nie sprawiają kłopotów wycieczkom przybyłym własnymi pojazdami. Gorzej wygląda sprawa powrotu pasażerów MPK. W autobusach tłok psujący radość całodziennej zabawy. Należałoby pomyśleć o uruchomieniu w niedzielę i święta dodatkowych wozów w ciągu całego dnia. Kłopotliwe są bowiem także dojazdy, a powroty zaczynają się już o godz. 13. Jako najbardziej pojemne, najlepiej nadawałyby się dla niedzielnych turystów przegubowce. Wygoda podróży zwiększy znacznie atrakcyjność wypraw do Olsztyna. Pozostaje sprawa zaopatrzenia. Chodzi głównie o ciepłą strawę. Niekoniecznie musi je dostarczać miejscowa gospoda. Przynajmniej na razie. Niedzielne potrzeby mogłyby zaspokoić organizowane doraźnie stoiska wyposażone w kuchnie przewoźne, sprzedające np. gorący bigos, flaczki lub kiełbasę z rożna. Pole do popisu dla Zakładów Gastronomicznych. MHD, PSS oraz GS. Olsztyn jest atrakcyjny z na tury rzeczy. Gościnnie przygarnia turystów ze wszech stron. Szkoda, że drobne niedopatrzenia zakłócają śnieżnobiałą radość. (ad. Źródło: Gazeta Częstochowska, 1968, [R. 13], Nr 3 

1968r. Wyciąg narciarski w Olsztynie.

 1968r. Wyciąg narciarski w Olsztynie. Projekty wybudowania w Olsztynie wyciągu narciarskiego na stoku Góry Zamkowej lub na którymś z sąsiednich wzniesień snuto już od dawna. M.in. inż. Nawara, twórca olsztyńskiego zalewu, wprowadził ów wyciąg do projektu zagospodarowania otoczenia sztucznego jeziora.


Rzecz jednak wydawała się odległa w realizacji. Tymczasem bez większego rozgłosu wyciąg wybudowano — w czynie społecznym, przy bardzo małych nakładach finansowych. Wprawdzie jeszcze nie został uroczyście przekazany do użytku, wprawdzie przeprowadzono dopiero pierwsze próby jego funkcjonowania — ale jest. Będzie w dodatku oświetlony, by umożliwić korzystanie zeń także po zmroku, zimą zapadającym przecież bardzo wcześnie. Z inicjatywą wybudowania wyciągu wystąpili i pomysł w niezwykle szybkim tempie zrealizowali entuzjaści narciarstwa i miłośnicy regionu ze Stradomskich Zakładów Przemysłu Wełnianego „1 Maja” i ZPW im. Koszutskiej. Połączonymi siłami członków kół narciarskich i dyrekcji obydwu zakładów wybudowano wyciąg linowy z klamrami, do których przypinać się będą narciarze chcący wjechać na nartach na górę wznoszącą się nad zalewem u podnóża Sokolich Gór. Wyciąg znajduje się na wschodnim stoku góry, na którym warunki zjazdowe są najlepsze. Obecnie ustawia się słupy latarń mających oświetlić trasę wjazdów i zjazdów. Instaluje się je tak, by na wiosnę łatwo je usunąć dla zachowania całego piękna krajobrazu. O olsztyńskim wyciągu i jego budowniczych — obszerniej w następnym numerze ,Gazety”. Źródło; Gazeta Częstochowska, 1968, [R. 13], Nr 5 . Foto z archiwum p. Zbigniewa Zębika

niedziela, 19 kwietnia 2026

1968r. Wyciąg narciarski zdał egzamin.

 1968r. Wyciąg narciarski zdał egzamin. Na początku ubiegłego tygodnia, choć śniegu było jak na lekarstwo, przeprowadzono pierwsze próby wjazdu z pomocą wyciągu linowego na górę nad zalewem olsztyńskim. Wyciąg zdał w pełni egzamin. Okazało się, że naciąg liny, siła i szybkość pociągowa są prawidłowe. Teraz tylko czekać na przynajmniej kilkucentymetrową warstwę śniegu — i zaroi się na zboczu góry od wjeżdżających i zjeżdżających narciarzy. Jak już informowaliśmy, wyciąg jest wspólnym dziełem miłośników narciarstwa z SZPW „1 Maja“ i ZPW im Koszutskiej.


Inicjatywę rzucili narciarze z „1 Maja” — i oni też zrealizowali sam wyciąg, natomiast pracownicy ZPW im. Koszutskiej instalują oświetlenie lampami sodowymi. Latarnie jednak — choć gniazda betonowe na słupy i same słupy już przygotowane — ustawi się dopiero na wiosnę, chwilowo bowiem byłyby trudności z betonowaniem. — Maszynę wyciągową — mówi dyrektor SZPW „1 Maja", Wacław Tomaszewski — zmontowaliśmy własnymi siłami w naszych warsztatach, z nieużytecznych już części wymontowanych urządzeń fabrycznych. Trzeba było tylko do miejsca jej ustawienia doprowadzić energię elektryczną z pobliskiej podstacji oraz kupić linę, wyciągową. Pasy dla narciarzy, z hakami do zapinania na linie, zrobiliśmy także sami! Przed następnym sezonem narciarskim zamiast prowizorycznej (z płyt pilśniowych) budki stacyjnej wybuduje się murowany budynek z poczekalnią. Także górna stacja wyciągowa zostanie przeniesiona wyżej, na szczyt góry. Wyrówna się również nieco — usuwając kamienie — zawalidrogi — tor zjazdowy. Choć więc już w tym sezonie narciarze będą mogli korzystać z wyciągu, na przyszły sezon nabierze on dopiero właściwego wyglądu. Pogratulować pracownikom „1 Maja" i „Koszutskiej” inicjatywy — i szybkości jej zrealizowania! Pomyślnych zjazdów, narciarze. Źródło: Gazeta Częstochowska, 1968, [R. 13], Nr 6. Foto z archiwum p. Zbigniewa Zębika

1968r. Nim koń zapłacze.

 1968r. Nim koń zapłacze.Widzieliście płaczącego konia? Stanisław K.,miłośnik i hodowca tych zwierząt opowiada następującą historię: na rynku w Krzepicach starszy już rolnik sprzedawał liczącego chyba z dziesięć lat „kasztana". Gdy na znak, że interes ubity, plasnęła dłoń o dłoń, a kupujący sięgnął po portfel, koń z wyrzutem spojrzał na swego byłego gospodarza. Po chwili z oczu pociekły mu łzy...


Kontrahenci udali się do miejscowej restauracji wypić zwyczajną wódkę (inaczej koń by się znarowił), kasztan zaś stał ze spuszczoną głową. Ten sam hodowca wspomina o innym jeszcze wydarzeniu. Jeden z gospodarzy kupił konia, który od najmłodszych, niemal źrebięcych lat „chodził” w parze. U nowego właściciela, mimo starannej opieki i dobrego jedzenia ów rumak żył tylko trzy dni — „pękło” mu serce. Konie można pokochać. I na koniach można robić interesy. Jeszcze trzydzieści lat temu działały dobrze zorganizowane grupy koniokradów, przed którymi nie chroniły żadne zamki, żadne wrota. Doskonale kryli swą działalność przed stróżami prawa. Jeden z częstochowskich hodowców koni, od 66 lat mieszkający na Wieluńskim Rynku opowiada, ze gdy chciał odzyskać skradzionego deresza, wynajął złodzieja, który odnalazł konia i wyprowadził go z leśnego obozu koniokradów. Były związki końskich kupców, dobrze zorganizowane grupy faktorów. Dziś tych pierwszych spotkasz bardzo rzadko. Częściej na zwyczajowych, uświęconych wieloletnią tradycją końskich targach w Krzepicach lub w Siewierzu, niż w Częstochowie, i na Wieluńskim Rynku. Dziś większość spośród nich prowadzi handel „wiązany”: wożą siano lub słomę. Sprzedadzą konia i towar w Krzepicach lub w Częstochowie, kupią nowego rumaka, pojadą dalej — w Kieleckie lub Łódźkie. Znają terminy końskich targów w całym kraju. Podobno te podróże przynoszą niezłe zyski... Wygasa również zwyczaj faktorowania. Również w tym wypadku więcej faktorów spotyka się w Siewierzu lub Krzepicach, niż w Częstochowie. Dla naszych koniarzy faktorstwo jest już najczęściej dodatkiem do normalnej pracy. Pracują w zakładach przemysłowych, czasem w urzędach, prowadzą nawet warsztaty rzemieślnicze. Ale tak układają sobie pracę, by we wtorkowy poranek znaleźć się na Wieluńskim Rynku. Na pewno jakieś zyski im to przynosi (średnio od sprzedanego konia otrzymują po 100 złotych, nie licząc poczęstunku), ale już nie takie, jak kilkanaście i lat temu. Dla większości spośród nich jednak ważniejsza ' jest atmosfera rynku, poblis- : kiego baru, w którym wypija , się tradycyjne „litkupy”. Tylko w tym lokalu mogły dwa skłócone obozy furmanów sta nać do walki „na baty”, jak to wydarzyło się kilka lat temu. , , , Moi rozmówcy — faktorzy ciężko wzdychali: — Ubożeje tradycja. Nie ma już ciągnących się godzinami sporów, podbijania cen, coraz częściej są „sztywne”, niczym w państwowym handlu. Nie ma tu wielkich kupców dyktujących swe prawa. . . Zanikają tradycje, ubożeją końskie targi. W marcu i w lutym (nawet wówczas, gdy były zadymki) przyprowadzano na sprzedaż 60—100 rumaków. Kilkanaście lat temu było ich znacznie więcej: konie stały na całej północnej części rynku. Dziś na końskie targi starcza kąt w południowej części placu. Nie ma już rasowych rumaków, bardzo rzadko trafi się jakiś koń półkrwi lub mieszaniec z arabem. Sprzedaje się spracowane konie 9—10-latki. za które rolnicy biorą od 9 do 11 tysięcy złotych. Źrebaki „idą” po cenie od 4 do 6 tysięcy złotych. Najładniejsze konie spotyka się w Siewierzu lub w Krzepicach: tam bardziej dba się o zwierzęta niż w okolicach Częstochowy — powiadają faktorzy. Za to na Wieluńskim Rynku — o wiele częściej niż w Siewierzu lub w Krzepicach można się naciąć. Nie gorzej niż dziadek Szczupak z Zoranego Ugoru, który kupił „nadmuchanego" rumaka. Przyprowadza się konie, karmione w okresie poprzedzając;m sprzedaż wodą z wapnem (dzięki temu zyskują apetyt), upijane wódką (nabierają wigoru), starannie czyszczone, podkarmiane. Ale chłopi są przezorni. Nie tylko zabierają zaświadczenie tożsamości i nabytego konia, ale również spisują numer dowodu osobistego i dokładny adres swego kontrahenta. Końskie targi mają specyficzną atmosferę: pokątnych transakcji i ostrych kłótni. W wielu okolicach nazywa się je „chłopskimi odpustami”. Zjazd zaczyna się później niż na normalnym jarmarku — dopiero około godziny 8—9 rano. Niektóre wozy zamieniają się w małe restauracje: pije się wódkę kupioną w pobliskim sklepie, je kaszankę, spokojnie czeka na kontrahenta. Czasem zwłaszcza zimą, rolnicy przyjeżdżali „na wszelki wypadek”: sprzeda się, to dobrze, nie sprzeda — doskonale. ; Zawsze będzie z kim porozmawiać. A konie? Konie naprawdę nie lubią zmian właścicieli. Kiedyś u hodowcy mieszkającego przy Wieluńskim Rynku oficer kupił młodego źrebaka i postanowił na nim odjechać. Koń pozwolił założyć na siebie siodło, nie dał jednak zacisnąć popręgów. Musiał zostać na starym miejscu... Końskie targi ubożeją. Takie jest prawo i na to nie ma rady. W tej części rynku, gdzie ongiś sprzedawano i kupowano konie, dziś mieści się zakład naprawy samochodów i motocykli. Źródło: Gazeta Częstochowska, 1968, [R. 13], Nr 13

1966r. Częstochowska „Melodia“