Łączna liczba wyświetleń

niedziela, 26 kwietnia 2026

1967r. Pożegnanie Poetki. Aut: Tadeusz Gierymski.

 1967r. Pożegnanie Poetki. Aut: Tadeusz Gierymski. Któregoś dnia, a było to bodajże pod koniec 1956 roku, do redakcji przybyła kobieta z kilkoma brulionami wierszy swej córki. Z niezdecydowaniem wziąłem je do ręki. Jak wiadomo, ci,, którzy starają się „upłynnić” tego rodzaju artykuł, nie przez każdą redakcję przyjmowani są z otwartymi ramionami. Był to zresztą czas owej erupcji poetyckiej, która do dzisiaj gnębi chyba pisma i, w większości wypadków, wypełnia.... redakcyjne kosze. Nic zgubniejszego bowiem nad przeświadczenie, że Ars Poética wymaga wyłącznie zastruganego ołówka (dziś — i długopisu) i kartki papieru. Coś podobnego myślałem przyjmując bruliony. Kobieta powiedziała mi nad to, że córka sama przyjść nie mogła z powodu choroby, jakiejś chronicznej niedomogi serca. Młoda dziewczyna, najczęściej przykuta do łóżka, nudzi się, ergo pisze wiersze. Jest jednak poważnie chora. W takich wypadkach ludzki odruch — to współczucie.


Zadecydowałem, jak to się mówi, a priori, że cośkolwiek, choćby to było całkiem złe, wydrukować trzeba. Potem dopiero otworzyłem zeszyt, jeden, drugi, trzeci... Nie były to rewelacje poetyckie, to prawda. Wiersze znalazłem jeszcze bardzo "młode", niektóre zupełnie nieudolne, ale tu i tam błysnęła jakaś grudka złota. W sumie różniły się in plus od tuzinkowej produkcji, o której myślałem zabierając się do czytania. Zamieściliśmy kilka utworów w najbliższym numerze „Gazety”... Autorkę poznałem dopiero po kilku tygodniach. Weszła szczupła, jasnowłosa dziewczyna, w ciemnoniebieskim palcie (dlaczego takie nieistotne szczegóły tkwią latami w pamięci?). Rozmowa potoczyła się, naturalnie, o poezji. Była długa i żarliwa. Zgadzaliśmy się lub nie. Dziewczyna miała swoje zdanie, od którego nie odstępowała. A że przyniosła ze sobą nowe wiersze — zacząłem je głośno czytać. Autorce nie podobała się widocznie moja interpretacja, gdyż gwałtownie i nieomal obcesowo (była zawsze taka) wyjęła mi kartkę z ręki. Wiersz odczytała po swojemu, mniej płynnie, bardziej rwąco, arytmicznie. Zresztą, czy u Poświatowskiej nie dosłyszy czytelnik tego zakłóconego rytmu serca? Zapewne, ex post nie trudno być prorokiem, ale w pogańskiej poezji Zmarłej znać ów pośpiech i ptasi wyścig ze śmiercią; szybki oddech kogoś, kto świadomy jest porcelanowości życia. Ta, tak bardzo osobista, okolicznościowa (tak myślę, bo wiem) poezja poświęcona jest przede wszystkim miłości. Mało: powiedziałbym, że każdy wiersz pulsuje różowym ale czystym erotyzmem. Drapieźne uwielbienie życia, tym bardziej że w każdej chwili może zniknąć. Potem widzieliśmy się z Haliną Poświatowską jeszcze wiele razy. Bardzo szybko dojrzała jako artystka. A kiedy już sięgam do wspomnień... Tkwi w mej pamięci jeden późnojesienny wieczór. Poszliśmy do „Sielanki”, w której zbierało się w owe czasy nasze pokolenie na „nocne rodaków rozmowy”. Halina przeżywała wtedy kryzys chorobowy. Mogła iść tylko dzięki mojej pomocy. Oglądnęliśmy jakiś amatorski występ estradowy. Zaczęła mówić o swoim najskrytszym pragnieniu. Zwierzyła mi się, że marzy o napisaniu dramatu. Nie wiem, czy kiedykolwiek zabrała się do niego. Na tej kilkutygodniowej znajomości właściwie kończy się mój osobisty kontakt z Poetką. Wyjechała do Krakowa, skąd jeszcze otrzymałem pocztówkę, jakby ostatnie słowo pożegnania. Z satysfakcją zna lazłem wkrótce wiersz jej w „Życiu Literackim”. Potem w innych pismach. Niektórzy mieli jej za złe, że jakby zapomniała o naszej redakcji. Ale to chyba nie ma większego znaczenia. Stała się przecież autentyczną poetką — i skazanym na śmierć, a tak kochającym życie człowiekiem. Tragiczny koniec odsunął na lat kilka wyjazd do Stanów Zjednoczonych, gdzie poddała się niezwykle niebezpiecznej operacji serca. Nie miała jednak wyboru. Przywiozła stamtąd trochę zdrowia i „amerykańskie” wiersze o nieco apokaliptycznej wizji Nowego Świata. W kraju zdążyła wydać jeszcze jeden tomik poezji oraz tom prozy. I oto przyszła śmierć. Wobec której jesteśmy zawsze okrutnie bezradni. Odeszla, jak mówiła w jednym ze swoich pierwszych wierszy, tam, „gdzie zamykają się wszystkie drogi, gdzie nie ma nawet nicości”. Ale wśród nas żyła bardzo intensywnie. Myślę, że w Jej krótkim życiu — zmieściłoby się kilka anemicznych, ostrożnych żywotów. Źródło: Gazeta Częstochowska, 1967, R. 12, nr 43

Gazeta Częstochowska, 1967, R. 12, nr 42

 Gazeta Częstochowska, 1967, R. 12, nr 42



1968r. Olsztyński slalom z przeszkodami.

 1968r. Olsztyński slalom z przeszkodami. Na codzień Olsztyn cichy jest i spokojny. Autobus MPK zabiera z przystań ku nielicznych pasażerów, z rzadka przejeżdża przez rynek inny pojazd. Czasem usłyszy się dźwięczące u sanek dzwonki, zaskrzypi śnieg pod czyimś spiesznym krokiem... Jest biało, pięknie i cicho. . Dopiero w niedziele Olsztyn zrzuca powszedni spokój, wita świąteczny dzień rozbawionym gwarem przybyłych turystów. Śpiący rynek wypełniają po brzegi samochody małe i duże, prywatne i z zakładów pracy. Mieszkańcy różnych miast Śląska przyjeżdżają tu po kilka godzin wypoczynku. Podczęstochowskie wczasowisko od wielu lat spełnia rolę miejscowości atrakcyjnej również zimą. Amatorzy jazdy na sankach i nartach szukając dogodnych dla siebie terenów wykorzystują wszystkie olsztyńskie pagórki. — Miejsca jest dosyć, można wybierać — mówi Stanisław Warkiewicz, przewodniczący komisji kulturalno-oświatowej przy Radzie Zakładowej zakładów ,,Koszutskiej”; który przyjechał z osiem- dziesięcioosobową wycieczką pracowników z zakładu. — Ale brak jest porządku.


Nie ma właściwie wyznaczonych torów zjazdowych. Ci, co jada z góry, wpadają na wchodzących pod górę, powstaje bałagan. Sam musiałem się wszystkim zająć. Wyznaczyłem drogi, bo przecież w tym rozgardiaszu o wypadek nietrudno. Wydaje mi się, że częstochowscy działacze sportowi mogliby się tą sprawą zalać. To przecież sprawa wypoczynku Wielu tysięcy ludzi... Do Olsztyna przyjechały tak że dzieci pracowników ZGH „Sabinów”. 60 maluchów od rana uwija się na sankach pod opieką dorosłych. Tu dopiero widać, ile zdrowej radości może dostarczyć taka prosta zabawa. jak jazda na sankach. Zapewniają o tym wesołe okrzyki i roześmiane oczy. Przewodniczący Rady Zakładowej Bogusław Nowakowski już przed kilku dniami zamówił w gospodzie „Pod Zamkiem” obiad dla uczestników wycieczki. Teraz widać znad talerzy tylko zaczerwienione uszy. Obiadowe porcje szybko znikają ze stołów. Nic dziwnego, po takiej zabawie! Po Obiedzie zaś — kulig. Na przedzie duże sanie zaprzężone w parę koni, naturalnie z dzwoneczkami, ą za nimi sznur małych’ saneczek — I w drogę po zaśnieżonym Olsztynie! Częstochowskie Zakłady Metalowe nie dysponują własnym pojazdem, ale wynajęto autokar z „Gromady” i 55 dzieci mogło wyjechać w niedzielę do Olsztyna. Za wozem osobowym sunęły wyładowane sprzętem sportowym dwa żuki. I tu również opiekunem wycieczki — przewodniczący Rady Zakładowej Ryszard Czerw. — Wyprawa udała s!ę znakomicie — stwierdza — ale mieliśmy kłopoty w gospodzie. Restauracja „Pod Zamkiem” jest stanowczo za mała. Nie może obsłużyć wszystkich niedzielnych gości, trzeba długo czekać, nie jest tu nazbyt czysto. Przecież to nie pierwsza zima i nie pierwsza niedziela, kiedy do Olsztyna przyjeżdżają turyści. Mankamenty na pewno znane są od dawna. Dlaczego nic się nie robi, żeby je zlikwidować? Przecież każda turystyczna niedziela, to źródło poważnych dochodów dla spółdzielczej gastronomii. Niestety, nikt tego nie wykorzystuje, a turyści narzekają. Jeszcze słońce oświetla olsztyńskie pagórki, jeszcze zabawa w pełni, ale zimowy zmrok zapada szybko. Zaczynający się o godz. 14 kulig jest ostatnią imprezą w programie dzisiejszego dnia. Pewnie najbardziej atrakcyjną, wszyscy jednak żałują, że zaraz potem trzeba wracać do Częstochowy. Na razie jadą drogą w kierunku zalewu...

Powroty do miasta nie sprawiają kłopotów wycieczkom przybyłym własnymi pojazdami. Gorzej wygląda sprawa powrotu pasażerów MPK. W autobusach tłok psujący radość całodziennej zabawy. Należałoby pomyśleć o uruchomieniu w niedzielę i święta dodatkowych wozów w ciągu całego dnia. Kłopotliwe są bowiem także dojazdy, a powroty zaczynają się już o godz. 13. Jako najbardziej pojemne, najlepiej nadawałyby się dla niedzielnych turystów przegubowce. Wygoda podróży zwiększy znacznie atrakcyjność wypraw do Olsztyna. Pozostaje sprawa zaopatrzenia. Chodzi głównie o ciepłą strawę. Niekoniecznie musi je dostarczać miejscowa gospoda. Przynajmniej na razie. Niedzielne potrzeby mogłyby zaspokoić organizowane doraźnie stoiska wyposażone w kuchnie przewoźne, sprzedające np. gorący bigos, flaczki lub kiełbasę z rożna. Pole do popisu dla Zakładów Gastronomicznych. MHD, PSS oraz GS. Olsztyn jest atrakcyjny z na tury rzeczy. Gościnnie przygarnia turystów ze wszech stron. Szkoda, że drobne niedopatrzenia zakłócają śnieżnobiałą radość. (ad. Źródło: Gazeta Częstochowska, 1968, [R. 13], Nr 3 

1968r. Wyciąg narciarski w Olsztynie.

 1968r. Wyciąg narciarski w Olsztynie. Projekty wybudowania w Olsztynie wyciągu narciarskiego na stoku Góry Zamkowej lub na którymś z sąsiednich wzniesień snuto już od dawna. M.in. inż. Nawara, twórca olsztyńskiego zalewu, wprowadził ów wyciąg do projektu zagospodarowania otoczenia sztucznego jeziora.


Rzecz jednak wydawała się odległa w realizacji. Tymczasem bez większego rozgłosu wyciąg wybudowano — w czynie społecznym, przy bardzo małych nakładach finansowych. Wprawdzie jeszcze nie został uroczyście przekazany do użytku, wprawdzie przeprowadzono dopiero pierwsze próby jego funkcjonowania — ale jest. Będzie w dodatku oświetlony, by umożliwić korzystanie zeń także po zmroku, zimą zapadającym przecież bardzo wcześnie. Z inicjatywą wybudowania wyciągu wystąpili i pomysł w niezwykle szybkim tempie zrealizowali entuzjaści narciarstwa i miłośnicy regionu ze Stradomskich Zakładów Przemysłu Wełnianego „1 Maja” i ZPW im. Koszutskiej. Połączonymi siłami członków kół narciarskich i dyrekcji obydwu zakładów wybudowano wyciąg linowy z klamrami, do których przypinać się będą narciarze chcący wjechać na nartach na górę wznoszącą się nad zalewem u podnóża Sokolich Gór. Wyciąg znajduje się na wschodnim stoku góry, na którym warunki zjazdowe są najlepsze. Obecnie ustawia się słupy latarń mających oświetlić trasę wjazdów i zjazdów. Instaluje się je tak, by na wiosnę łatwo je usunąć dla zachowania całego piękna krajobrazu. O olsztyńskim wyciągu i jego budowniczych — obszerniej w następnym numerze ,Gazety”. Źródło; Gazeta Częstochowska, 1968, [R. 13], Nr 5 . Foto z archiwum p. Zbigniewa Zębika

niedziela, 19 kwietnia 2026

1968r. Wyciąg narciarski zdał egzamin.

 1968r. Wyciąg narciarski zdał egzamin. Na początku ubiegłego tygodnia, choć śniegu było jak na lekarstwo, przeprowadzono pierwsze próby wjazdu z pomocą wyciągu linowego na górę nad zalewem olsztyńskim. Wyciąg zdał w pełni egzamin. Okazało się, że naciąg liny, siła i szybkość pociągowa są prawidłowe. Teraz tylko czekać na przynajmniej kilkucentymetrową warstwę śniegu — i zaroi się na zboczu góry od wjeżdżających i zjeżdżających narciarzy. Jak już informowaliśmy, wyciąg jest wspólnym dziełem miłośników narciarstwa z SZPW „1 Maja“ i ZPW im Koszutskiej.


Inicjatywę rzucili narciarze z „1 Maja” — i oni też zrealizowali sam wyciąg, natomiast pracownicy ZPW im. Koszutskiej instalują oświetlenie lampami sodowymi. Latarnie jednak — choć gniazda betonowe na słupy i same słupy już przygotowane — ustawi się dopiero na wiosnę, chwilowo bowiem byłyby trudności z betonowaniem. — Maszynę wyciągową — mówi dyrektor SZPW „1 Maja", Wacław Tomaszewski — zmontowaliśmy własnymi siłami w naszych warsztatach, z nieużytecznych już części wymontowanych urządzeń fabrycznych. Trzeba było tylko do miejsca jej ustawienia doprowadzić energię elektryczną z pobliskiej podstacji oraz kupić linę, wyciągową. Pasy dla narciarzy, z hakami do zapinania na linie, zrobiliśmy także sami! Przed następnym sezonem narciarskim zamiast prowizorycznej (z płyt pilśniowych) budki stacyjnej wybuduje się murowany budynek z poczekalnią. Także górna stacja wyciągowa zostanie przeniesiona wyżej, na szczyt góry. Wyrówna się również nieco — usuwając kamienie — zawalidrogi — tor zjazdowy. Choć więc już w tym sezonie narciarze będą mogli korzystać z wyciągu, na przyszły sezon nabierze on dopiero właściwego wyglądu. Pogratulować pracownikom „1 Maja" i „Koszutskiej” inicjatywy — i szybkości jej zrealizowania! Pomyślnych zjazdów, narciarze. Źródło: Gazeta Częstochowska, 1968, [R. 13], Nr 6. Foto z archiwum p. Zbigniewa Zębika

1968r. Nim koń zapłacze.

 1968r. Nim koń zapłacze.Widzieliście płaczącego konia? Stanisław K.,miłośnik i hodowca tych zwierząt opowiada następującą historię: na rynku w Krzepicach starszy już rolnik sprzedawał liczącego chyba z dziesięć lat „kasztana". Gdy na znak, że interes ubity, plasnęła dłoń o dłoń, a kupujący sięgnął po portfel, koń z wyrzutem spojrzał na swego byłego gospodarza. Po chwili z oczu pociekły mu łzy...


Kontrahenci udali się do miejscowej restauracji wypić zwyczajną wódkę (inaczej koń by się znarowił), kasztan zaś stał ze spuszczoną głową. Ten sam hodowca wspomina o innym jeszcze wydarzeniu. Jeden z gospodarzy kupił konia, który od najmłodszych, niemal źrebięcych lat „chodził” w parze. U nowego właściciela, mimo starannej opieki i dobrego jedzenia ów rumak żył tylko trzy dni — „pękło” mu serce. Konie można pokochać. I na koniach można robić interesy. Jeszcze trzydzieści lat temu działały dobrze zorganizowane grupy koniokradów, przed którymi nie chroniły żadne zamki, żadne wrota. Doskonale kryli swą działalność przed stróżami prawa. Jeden z częstochowskich hodowców koni, od 66 lat mieszkający na Wieluńskim Rynku opowiada, ze gdy chciał odzyskać skradzionego deresza, wynajął złodzieja, który odnalazł konia i wyprowadził go z leśnego obozu koniokradów. Były związki końskich kupców, dobrze zorganizowane grupy faktorów. Dziś tych pierwszych spotkasz bardzo rzadko. Częściej na zwyczajowych, uświęconych wieloletnią tradycją końskich targach w Krzepicach lub w Siewierzu, niż w Częstochowie, i na Wieluńskim Rynku. Dziś większość spośród nich prowadzi handel „wiązany”: wożą siano lub słomę. Sprzedadzą konia i towar w Krzepicach lub w Częstochowie, kupią nowego rumaka, pojadą dalej — w Kieleckie lub Łódźkie. Znają terminy końskich targów w całym kraju. Podobno te podróże przynoszą niezłe zyski... Wygasa również zwyczaj faktorowania. Również w tym wypadku więcej faktorów spotyka się w Siewierzu lub Krzepicach, niż w Częstochowie. Dla naszych koniarzy faktorstwo jest już najczęściej dodatkiem do normalnej pracy. Pracują w zakładach przemysłowych, czasem w urzędach, prowadzą nawet warsztaty rzemieślnicze. Ale tak układają sobie pracę, by we wtorkowy poranek znaleźć się na Wieluńskim Rynku. Na pewno jakieś zyski im to przynosi (średnio od sprzedanego konia otrzymują po 100 złotych, nie licząc poczęstunku), ale już nie takie, jak kilkanaście i lat temu. Dla większości spośród nich jednak ważniejsza ' jest atmosfera rynku, poblis- : kiego baru, w którym wypija , się tradycyjne „litkupy”. Tylko w tym lokalu mogły dwa skłócone obozy furmanów sta nać do walki „na baty”, jak to wydarzyło się kilka lat temu. , , , Moi rozmówcy — faktorzy ciężko wzdychali: — Ubożeje tradycja. Nie ma już ciągnących się godzinami sporów, podbijania cen, coraz częściej są „sztywne”, niczym w państwowym handlu. Nie ma tu wielkich kupców dyktujących swe prawa. . . Zanikają tradycje, ubożeją końskie targi. W marcu i w lutym (nawet wówczas, gdy były zadymki) przyprowadzano na sprzedaż 60—100 rumaków. Kilkanaście lat temu było ich znacznie więcej: konie stały na całej północnej części rynku. Dziś na końskie targi starcza kąt w południowej części placu. Nie ma już rasowych rumaków, bardzo rzadko trafi się jakiś koń półkrwi lub mieszaniec z arabem. Sprzedaje się spracowane konie 9—10-latki. za które rolnicy biorą od 9 do 11 tysięcy złotych. Źrebaki „idą” po cenie od 4 do 6 tysięcy złotych. Najładniejsze konie spotyka się w Siewierzu lub w Krzepicach: tam bardziej dba się o zwierzęta niż w okolicach Częstochowy — powiadają faktorzy. Za to na Wieluńskim Rynku — o wiele częściej niż w Siewierzu lub w Krzepicach można się naciąć. Nie gorzej niż dziadek Szczupak z Zoranego Ugoru, który kupił „nadmuchanego" rumaka. Przyprowadza się konie, karmione w okresie poprzedzając;m sprzedaż wodą z wapnem (dzięki temu zyskują apetyt), upijane wódką (nabierają wigoru), starannie czyszczone, podkarmiane. Ale chłopi są przezorni. Nie tylko zabierają zaświadczenie tożsamości i nabytego konia, ale również spisują numer dowodu osobistego i dokładny adres swego kontrahenta. Końskie targi mają specyficzną atmosferę: pokątnych transakcji i ostrych kłótni. W wielu okolicach nazywa się je „chłopskimi odpustami”. Zjazd zaczyna się później niż na normalnym jarmarku — dopiero około godziny 8—9 rano. Niektóre wozy zamieniają się w małe restauracje: pije się wódkę kupioną w pobliskim sklepie, je kaszankę, spokojnie czeka na kontrahenta. Czasem zwłaszcza zimą, rolnicy przyjeżdżali „na wszelki wypadek”: sprzeda się, to dobrze, nie sprzeda — doskonale. ; Zawsze będzie z kim porozmawiać. A konie? Konie naprawdę nie lubią zmian właścicieli. Kiedyś u hodowcy mieszkającego przy Wieluńskim Rynku oficer kupił młodego źrebaka i postanowił na nim odjechać. Koń pozwolił założyć na siebie siodło, nie dał jednak zacisnąć popręgów. Musiał zostać na starym miejscu... Końskie targi ubożeją. Takie jest prawo i na to nie ma rady. W tej części rynku, gdzie ongiś sprzedawano i kupowano konie, dziś mieści się zakład naprawy samochodów i motocykli. Źródło: Gazeta Częstochowska, 1968, [R. 13], Nr 13

LUBSZA, STERNALICE. Piorunowe kamienie.

 LUBSZA, STERNALICE. Piorunowe kamienie. Ludność Górnego Śląska wierzyła w cudowną moc piorunowych kamieni. Stanowić one miały zakończenie pioruna, który uderzając w ziemię, wbijał się na znaczną głębokość, by znów wrócić na powierzchnię. Okruchy z nich wrzucano do wody, w której kąpano chore dzieci.


W medycynie ludowej, kamieni używano na dolegliwości reumatyczne, bóle głowy, zębów, brzucha oraz wola. W Lubszy, w latach sześćdziesiątych, prawdopodobnie piorun uderzył w masywny, drewniany słupek ogrodzenia ogrodu Wincentego Płaczka. Słupek został znacznie rozszczepiony, szczapy rozrzucone wokoło zaś darń w przyległym ogródku została zryta. Taki, w ludowej opinii „zimny piorun”, nie spowodował jednak nawet nadpalenia drewna. Od jego syna uzyskałem informację, że kamień z takiego „pioruna” był obiektem usilnych poszukiwań. Jego odłamki wkładane do świeżo udojonego krowiego mleka, miały nadawać mu specyficzny smak a także powodować to, że mleko przez długi czas utrzymywało swoją świeżość. Źródło: W kręgu górnośląskich podań i legend. Biały Śląsk. Miasto i gmina Woźniki, wyd. 2011

poniedziałek, 13 kwietnia 2026

1968r. Sztandarowe miejsce górników ,, Osin" .

 1968r. Sztandarowe miejsce górników ,, Osin" . Choć wydobywają rudę w przy trudnych warunkach geologicznych, pracują rytmicznie. I co najważniejsze — czynią wszystko, by jak najmniej było wypadków. Poważnym osiągnięciem jest to, że w ubiegłym roku nie zdarzył się ani jeden tragiczny wypadek. Ale też nie szczędzi się pieniędzy, by uczynić pracę górników coraz bezpieczniejszą: w roku ubiegłym wydano na cele bhp prawie 5,5 miliona złotych. Inne osiągnięcie załóg górniczych Przedsiębiorstwa Kopalnictwa Rud Żelaza „Osiny” — mimo zmniejszonego w porównaniu z rokiem 1966 zatrudnienia — to zwiększenie wydobycia rudy o 17.484 tony., Był to rezultat poprawiającej się z roku na rok wydajności iw roku 1966 — 934 kg na dniówkę, w roku ubiegłym — 979 kg), czym kopalnie „Szczekaczka” i „Tadeusz” i ten wskaźnik znacznie Coraz lepsza praca- coraz wyższe płace. W roku 1966 średni miesięczny zarobek wynosił 2.777zł w roku ubiegłym wyniósł 2.876zł.


Starają się górnicy — nie chce być gorsze kierownictwo przedsiębiorstwa. Dbałość o sprawy załogi wyraża się w różnych przedsięwzięciach. Oto np. w ubiegłym roku zorganizowano 30 bardzo popularnych wśród górniczej braci wycieczek, w których uczestniczyło ponad 3.000 pracowników i 150 rencistów. W dwóch ośrodkach kolonijnych przebywa co roku 700 dzieci górników, w zakładowym przedszkolu — 120 maluchów. Z sanatoriów i wczasów rodzinnych skorzystało w 1966 roku 215 osób, w roku ubiegłym — 416. Dba się o to, by pracownicy mieszkali w coraz lepszych warunkach i w związku z tym w roku 1966 udzielono 3 miliony złotych pożyczek na wkłady w spółdzielniach mieszkaniowych. W ubiegłym roku przedsiębiorstwo rozpoczęło budowę bloku, w którym będzie się także mieścić przedszkole; koszt inwestycji wyniesie 3.250 tys. złotych. Takie są osiągnięcia przedsiębiorstwa, które w czasie powiatowej akademii pierwszomajowej otrzymało za całokształt pracy w roku 1967 sztandar przechodni Zarządu Głównego Zw. Zaw. Górników i ministerstwa przemysłu ciężkiego. Życzymy górnikom „Osin”, by to cenne trofeum pozostało u nich przez najbliższe lata. Źródło: Gazeta Częstochowska, 1968, [R. 13], Nr 18

1968r. Połączenie «Barbary» i «Kuźnicy».

 1968r. Połączenie «Barbary» i «Kuźnicy». Kopalnia „Barbara" w przedsiębiorstwie „Dźbów" jest nie tylko największym tego typu zakładem w kraju, lecz także dzierży prymat w drążeniu chodników metodą szybkościową. W ubiegłym roku brygady Józefa Leszczyńskiego, Mariana Rachunka, Izydora Kocika i Władysława Meta w ciągu miesiąca wykonały 2.042 metry bieżące chodnika bijąc tym samym rekord światowy w tej dziedzinie. Poprzedni wynik — również światowej marki — osiągnęła Brygada Pracy Socjalistycznej Mariana Krzemińskiego z kopalni „Kuźnica". drążąc 1.710 metrów chodnika.


Obecnie realizowany jest pasjonujący plan mający na celu połączenie „Barbary” i „Kuźnicy” w jedną wielką jednostkę wydobywczą. Ostatnio ukończono realizację pierwszej fazy przedsięwzięcia łącząc chodniki obu kopalni. Głównym celem zamierzenia jest maksymalne wykorzystanie zdolności wydobywcze i przedłużenie żywotności kopalń o kilkanaście lat. Poza tym nastąpią korzystne zmiany w organizacji pracy szybów, co pozwoli na — znaczne zmniejszenie zespołów obsługujących agregaty wydobywcze, rampy oraz zatrudnionych przy załadunku 1 zwałowaniu skały płonęj. Autorami projektu są: naczelny dyrektor przedsiębiorstwa inż. Marian Kula oraz inżynierowie Adam Kania. Jan Osmolą, Józef Łęgowik i Włodzimierz Janicki. Źródło: Gazeta Częstochowska, 1968, [R. 13], Nr 16

1968r. Społecznicy w rogatywkach.

 1968r. Społecznicy w rogatywkach. O strażakach krąży mnóstwo dowcipów. Tak dużo, iż często przesłaniają one prawdę o ich społecznej roli. A jest ona jednoznaczna. Gaszenie pożarów to tylko jeden z elementów działalności „rycerzy ognia”. Wznoszą oni również nowe obiekty kulturalne, oświatowe, prowadzą akcję porządkowania wsi, zbierają pieniądze na Społeczny Fundusz Budowy Szkół i Internatów itp.


Często przedstawiciele władz powiatowych rozpoczynają rozmowy o nowych obiektach, jakie mają powstać w czynie społecznym we wsiach, od dyskusji ze strażakami. Jeżeli członkowie OSP powiedzą: zrobimy, wiadomo — nawalanki nie będzie. Jest na przykład w częstochowskim taka wieś: Słowik. W ostatnich latach wzbogaciła się o nową szkołę; ulepszono nawierzchnię dróg; dwukrotnie wieś ta (w roku 1966 i 67) zajmowała w powiatowym konkursie czystości I miejsca; obecnie buduje się remizę z salą widowiskową. Fundusze na budowę szkoły zbierali strażacy; oni pierwsi stanęli do prac przy niwę lowaniu terenu, zaczęli gromadzić materiały budowlane. Oni kontrolowali zalecenia, co należy zmienić, poprawić, uporządkować. Gospodarstwa ich aktywistów: Jana Szczygłowskiego, Józefa Gładusza, Jana Gawrońskiego, Pawła Kisiela — należą do najlepiej, najczyściej utrzymanych. Wartość budowanej obecnie w Słowiku remizy wyniesie 1.156 tysięcy złotych. Od władz otrzymali zaledwie 250 tysięcy złotych dotacji. Słowik nie jest bynajmniej wyjątkiem. W latach 1959— —66 powiat częstochowski wzbogacił się o 32 remizo świetlice. Przy ich budowie strażacy wykonali w czynie społecznym prace wartości 14 milionów złotych. W Osinach, Kamienicy Polskiej, Rybnej i wielu innych miejscowościach powstały ośrodki strażackie — a zarazem działalności kulturalnej. W 16 spośród 32 nowo wzniesionych re miz urządzono klubo-kawiarnie. Podejmując czyn społeczny, wykazują niektóre oddziały OSP wiele pomysłowości. Oto na przykład strażacy z Czarnego Lasu przeprowadzali (oczywiście za zgodą odpowiednich władz) rozbiórkę zniszczonych domostw. Ze zgromadzonego w ten sposób materiału budują powiatowy ośrodek konserwacji sprzętu. Strażacki czyn nie kończy się jednak bynajmniej przy budowie dróg. Mykanów jako pierwszy w powiecie wykonał plan zbiórki na Społeczny Fundusz Budowy Szkół i Internatów. .Test to w dużej mierze zasługą członków miejscowego oddziału OSP, jego aktywistów: Zdzisława Brewczyńskiego i Mieczysława Rygera. Strażacy z Aleksandrii zainicjowali budowę drogi; obecnie pracują już przy trzecim kilometrze szosy. Gdy nie tak dawno w Borownie przeprowadzano akcję honorowego krwiodawstwa, ten najcenniejszy lek oddali wszyscy członkowie miejscowego oddziału OSP. Strażacy budują przy remizach sale widowiskowe, ponieważ mają ambicje kulturalne go oddziaływania. Utworzone przez nich we Wrzosowej i Bystrzanowicach zespoły teatralne należą do najlepszych w powiecie. „Wesele Świętokrzyskie”, wystawione nie tak dawno przez bystrzanowicki oddział OSP, zrobiło w powie cie prawdziwą furorę. Strażackie inicjatywy są tak bogate, tak szerokie, iż niejednokrotnie przerastają możliwości finansowej pomocy ze strony państwa. Tak na przykład oddział OSP w Piasku, któremu przewodzi kierownik miejscowej szkoły Stanisław Szecówka, zgromadził już część materiałów budowlanych sporo funduszy na budowę remizy, zniwelował teren — i otrzymał decyzję: musicie wstrzymać się z budową. Możliwości wsparcia waszego czynu — stwierdzili przedstaciciele władz powiatowych — w bieżącym roku nie ma. Mieszkańcy wsi uważają strażackie inicjatywy za swoje. Popierają każdy niemal czyn podjęty przez oddział OSP. Dlaczego tak się dzieje? Szukałem odpowiedzi na to pytanie w rozmowach ze strażakami, władzami powiatowymi. Na pewno wynika to w dużej mierze z bogatych tradycji: przecież oddziały OSP W Wrzosowej, Konopiskach czy Kamienicy Polskiej istnieją już po 50 lat, a nawet więcej. Na pewno jest to także rezultat tego, iż strażaków widzi gospodarz często w najtrudniejszych dlań sytuacjach, gdy z narażeniem swego życia ratują jego dobytek. Na pewno jest to również czar munduru. Ale przede wszystkim jest to efekt solidnego traktowania swej roli przez większość spośród 88 jednostek OSP istniejących w powiecie częstochowskim. Dotrzymanie słowa, poważnego traktowania obowiązków. Niech działacze Związku Młodzieży Wiejskiej mi wybaczą ale wiele kół tej organizacji może się uczyć dobrej roboty od jednostek OSP. JERZY KUBIAK. Źródło: Gazeta Częstochowska, 1968, [R. 13], Nr 20

LUBSZA, SMOLANA BUDA. Wisielok.

 LUBSZA, SMOLANA BUDA. Wisielok. Na południe od Lubszy rozciąga się pas lasów należących do ogromnego kompleksu znanych wszystkim „Lublinieckich Lasów”. Tam też, niedaleko od Smolanej Budy, gdzie kiedyś z drewna, bogactwa tego terenu, smolarze produkowali węgiel drzewny i smołę, znajduje się część lasu o dość pofałdowanym piaszczystym podłożu. Teren ten przez miejscową ludność nazywany jest “Wisielokiem”.


Nazwa ta związana jest z wydarzeniem, jakie miało tutaj miejsce przed dziesiątkami lat. Otóż w dworze należącym do majątku hrabiów Donnersmarck pracował młodzieniec, odbywający tutaj praktykę rolną, który nieszczęśliwie zakochał się w jednej z lubszeckich panienek. Nie wiedzieć, dlaczego narzeczona rzuciła go a chłopak nie mogąc znieść bólu po utraconej swej dziewczynie, targnął się na swoje życie wieszając się na drzewie w pobliskim lesie. W miejscu tragedii, na drzewie zawieszono małą kapliczkę, która wisiała do 1939 roku. Starsi ludzie powiadają, gdy zrywa się nagły wiatr a drzewa uginają się prawie do ziemi, to znaczy, że ktoś wieszając się zakończył samobójczo swój żywot. Z tego też powodu diabli się cieszą, tańcząc swym zwariowanym krokiem, drzewa uginając łamią i wiry powietrzne powodują. Źródło: W kręgu górnośląskich podań i legend. Biały Śląsk. Miasto i gmina Woźniki, wyd. 2011

Pierwsze apteki w Częstochowie. Aut: WŁADYSŁAW SZCZEPAŃSKI. Część2.

 Pierwsze apteki w Częstochowie. Aut: WŁADYSŁAW SZCZEPAŃSKI. Część2. Również i dawne apteki robiły remanenty: służyły one najprawdopodobniej jedynie do oceny gospodarki finansowej kierującego apteką, w początkowym okresie nie było bowiem wzmianek o płaceniu podatku czy jakichś opłat z apteki władzom miejskim. Pierwszy remanent apteki jasnogórskiej został sporządzony 18 września 1691 r. Wcześniejszych dokumentów inwentaryzacyjnych nie ma.


We wspomnianym remanencie jest pozycja Axungia hominis tj. tłuszczu ludzkiego. Tłuszcz ten używany był najprawdopodobniej jako podkład do maści, względnie bez dodatków jako smarowanie. Z ciekawszych leków należy wymienić Mater perlarum — macica perłowa, wewnętrzna warstwa wielu gatunków muszli o charakterystycznym połysku; Ossa de cerdibus cervi — płaska biała,» substancja nieregularna w kształcie, znajdowana często w sercu jelenia lub wołu; miała ona posiadać własności wzmacniania serca oraz... zapobiegania poronieniom; Pulmo vulpis — płuco lisa, wypłukane w winie i wysuszone, miało być cudownym lekiem przy schorzeniach płuc; Mumiae — rodzaj smoły zbliżonej własnościami do asfaltu. Można by takich przykładów dać dosyć dużo. Niektóre z używanych wówczas leków przetrwały jednak długą próbę czasu i stosowane są dotychczas. Odnosi się to głównie do leków ziołowych. Inwentarz biblioteki aptecznej obejmował 44 książki. Świadczy to* o dużych aspiracjach naukowych ówczesnych aptekarzy Stan książek fachowych stale się powiększał: w 1757 było ich 63. Zostały one w tymże roku włączone do ogólnej biblioteki klasztornej. W okresie pracy świeckich farmaceutów w aptece konwentu, z ramienia zakonu apteką zajmował się tzw. brat dozorca lub prefekt apteki. Z dokumentów wynika, że w okresie, kiedy apteką zarządzali dobrzy fachowcy, apteka była i dobrze zaopatrzona i funkcjonowała ku zadowoleniu korzystających z niej. Dochody apteki były dosyć pokaźne, np. w latach 1780—1784 wyniosły 13.735 zł pol., gdy rozchód tylko 4.091 zł pol. W rozchodach wliczony jest zakup leków z hurtowni. Pensja roczna farmaceuty pracującego w tym czasie w aptece wynosiła 400 zł poi. plus utrzymanie. Pracownicy od rana do zmierzchu pełnili stałe dyżury, nie mieli urlopów. Z tego zapewne tytułu, przy niezbyt wysokim wynagradzaniu, Konwent od czasu do czasu miał kłopot z obsadą fachową apteki. Aptekarz wołał prowadzić własną dochodową aptekę, niż pracować u niezbyt hojnych pracodawców. Konwent od 1811 roku rozpoczął więc wydzierżawiać aptekę. Pierwszym dzierżawcą na trzy lata za 1.200 zł pol. rocznie był aptekarz Stanisław Miłaszewski, który wpłacił 4.000 zł pol. kaucji. Wartość leków w aptece stopniowo spadała. I tak 14.V.1811 r. wynosiła 11.203 zł pol., a w połowie 1814 r - 5.616. Dzierżawa apteki była najprawdopodobniej świetnym interesem. Przykładem jest tu jeden z dzierżawców Piotr Lesiński, który po 3 latach dzierżawy mógł wypożyczyć przeorowi 6.000 zł poi. na dwa i pół procenta. Pożyczka została spłacona po 5 latach. Nieźle musíalo powodzić się Łosińskiemu, skoro przez tak długi okres nie było żadnego monitu z jego strony o oddanie długu. Źródło: Nad Wartą, 1967, R. 10, nr 2

Pierwsze apteki w Częstochowie. Aut: WŁADYSŁAW SZCZEPAŃSKI. Część1.

 Pierwsze apteki w Częstochowie. Aut: WŁADYSŁAW SZCZEPAŃSKI. Część1. Pierwsza wzmianka o aptekarzu w Częstochowie pochodzi z 1599 r. Książka metrykalna z tego roku podaje, że „frater Matheus Biecensis” ochrzcił Piotra, syna Jana Piętki — aptekarza i Doroty Kustalównej. Krótki ten zapis wskazuje na istnienie apteki w mieście już w końcu XVI wieku. W porównaniu z innymi ważniejszymi miastami polskimi, pod tym względem Częstochowa nie była ostatnia. Np. w końcu XVI wieku były w Piotrkowie 2 apteki, a w Warszawie 4. Poza tym należy dodać, że nieliczne miejscowości w Polsce mogły się w tym czasie pochwalić posiadaniem apteki. W 1816 tj. 100 lat później np. na terenie całego Księstwa Warszawskiego było zaledwie 101 aptek.


Najprawdopodobniej w początkach XVII wieku były już w Częstochowie dwie apteki w mieście Dowodzą tego dokumenty wymieniające dwóch aptekarzy w tym okresie. Jednym z nich był wspomniany Jan Piętka, który w 1640 r. jako stateczny obywatel Piotr Piętkowic uzyskał godność burmistrza, jako „rajca stary”. Zmarł przed 1660 r. Umiejscowienia jego apteki nie dało się stwierdzić. Najprawdopodobniej była przy Rynku. Drugi aptekarz Marcin Janowski jest wymieniany w dokumentach w latach 1618 do 1655. W roku 1631 został wybrany wraz z Piotrem Wieprzkowicem na delegata miasta do „prześwietnych stanów”, by uzyskać ulgi podatkowe po klęsce epidemii panującej w Częstochowie w latach 1629—1631. Janowski pełnił również wysokie godności miejskie. W 1640 był rajcą miejskim, w dwa lata później landwójtem, a w 1646 burmistrzem. Janowski należał do zamożniejszych obywateli miasta. Posiadał w Rynku kamienicę, w której najprawdopodobniej znajdowała się jego apteka. Wysoka ranga społeczna Janowskiego związana była z wykonywanym przez niego zawodem. Apteka w mieście, do którego przybywało wielu pielgrzymów, przynosiła z pewnością niemałe dochody. Aptekarze z racji swej pozycji materialnej należeli do patrycjatu miejskiego, z którego wybierano władze miejskie. Najwięcej wiadomości zachowało się o aptece Konwentu Jasnogórskiego dzięki zachowanym dokumentom w archiwum konwentu. Powstała ona w początkach XVII wieku. Chodyński podaje, że w 1634 r. wybudowano oddzielne zabudowania aptekarskie na Jasnej Górze. Wskazywałoby to, że apteka istniała już wcześniej, a dopiero w podanym roku przeniesiono ją do nowego lokalu. 'Akta archiwalne Konwentu wspominają, że pierwszy farmaceuta Matias Dominicus Jacobi Kamień przybył na Jasną Górę 11 sierpnia 1624 r. Rok 1624 należy więc w przybliżeniu przyjąć jako datę założenia apteki zakonnej. Na decyzję jej powstania wpłynęła prawdopodobnie konieczność dostarczania leków zakonnikom, których w tym czasie było 60, jak i ludności wsi klasztornej — Częstochówki. Z pewnością pomyślano też o przybywających pielgrzymach. Zapewne również i dochody z apteki były brane pod uwagę. Apteka znalazła pomieszczenia pod pokojami królewskimi. Obejmowała. pięć pomieszczeń parterowych oraz piwnicę. Między rokiem 1660 a 1680 wybudowano na Jasnej Górze zbrojownię, na której strychu znalazł pomieszczenie magazyn ziół aptecznych. Początkowo kierowali apteką zakonnicy. Dopiero od 1717 r. prowadzenie apteki Konwent powierzył świeckiemu aptekarzowi. Źródło: Nad Wartą, 1967, R. 10, nr 2

poniedziałek, 6 kwietnia 2026

Historia Nawiedzenie Matki Bożej.

 Historia Nawiedzenie Matki Bożej.

1. Geneza powstania dzieła Nawiedzenia
Uwięziony w Komańczy Prymas Polski kard. Stefan Wyszyński, przekazując tekst Jasnogórskich Ślubów Narodu Polskiego prosił, aby podczas głównego nabożeństwa uroczystości Jubileuszu 300-lecia ogłoszenia Maryi Królową Polski (26 sierpnia 1956) Księża Biskupi wynieśli Cudowny Obraz Matki Bożej Jasnogórskiej na Szczyt, ukazując z bliska MATKĘ Jej dzieciom.
Gdy procesja z Cudownym Obrazem doszła do Bastionu Trójcy Świętej, Księża Biskupi unieśli wysoko Obraz w kierunku placu, na którym zgromadziła się ponad milionowa rzesza ludu. Generał Zakonu Paulinów o. Alojzy Wrzalik poprosił wówczas Księży Biskupów, aby tym Obrazem udzielili ludowi błogosławieństwa. Wzruszeni ludzie płakali, modlili się na głos i nagle zerwał się spontaniczny okrzyk tłumu: Matko, zejdź do nas!, Matko, bądź z nami!, Matko, kochamy Cię!, itp. Również po zakończeniu nabożeństwa Księża Biskupi udzielili błogosławieństwa Cudownym Obrazem, a lud ponownie wznosił błagania: Matko, nie opuszczaj nas!, Matko, pozostań z nami!...
Wieczorem tego dnia zebrało się grono głównych organizatorów tej uroczystości: Przeor Jasnej Góry o. Jerzy Tomziński, Kustosz o. Teofil Krauze i inni wraz z Instytutem Prymasowskim – by wymienić wrażenia i podzielić się niesłychaną radością z triumfu Matki Bożej. Szczególną uwagę zwrócono na okrzyki ludzi, którzy spontanicznie wyrazili pragnienie swego serca, by mieć blisko Matkę w Jej Jasnogórskim Wizerunku.
Zastanawiano się, jak zrealizować to pragnienie. Wiadomo, że Cudownego Obrazu nie da się ruszyć z Jasnej Góry. A więc... kopia! Tak, to chyba jedyny sposób: wierna, doskonała, jak najbardziej zbliżona do Oryginału kopia, poprzez którą Matka Boża zejdzie do swojego umiłowanego ludu, wędrując po parafiach Polski. Wszyscy byli w tej idei jednomyślni, ale zdawali sobie sprawę, że zrealizowanie jej w tamtych warunkach politycznych (stalinizm i formalne prześladowanie Kościoła) było niewykonalne. Trzeba poczekać, aż wyjdzie z więzienia Ksiądz Prymas. On, wielki czciciel Jasnogórskiej Dziewicy Wspomożycielki, z całą pewnością ideę zaakceptuje i nada jej rangę urzędową - dzieło Prymasa Polski.
2. Realizacja idei Nawiedzenia

2 listopada 1956 r., wkrótce po powrocie z więzienia, Ksiądz Prymas przybył na Jasną Górę. W Kaplicy Cudownego Obrazu powiedział: Ta, przed Obliczem której stoję, była mi przez cały ten czas [uwięzienia] MOCĄ i wytrwaniem, światłem i oparciem, pociechą, nadzieją i pomocą nieustanną - prawdziwą DZIEWICĄ WSPOMOŻYCIELKĄ!
Wtedy to zapoznano Księdza Prymasa z ideą ewentualnego Nawiedzenia. Pochwalił ją i uznał za wspaniałą: To byłoby przedłużone ramię Dziewicy Wspomożycielki! Dzieło możliwe do przeprowadzenia w obecnej sytuacji politycznego odprężenia, ale - mówił Prymas - to mogę uczynić tylko w swoich obydwu Archidiecezjach. Gdyby ta idea miała być przeprowadzona w całej Polsce, musiałbym mieć zgodę Konferencji Episkopatu, a nie jestem pewien, czy większość Biskupów wyrazi akceptację tego zamierzenia. W każdym razie - konkludował - módlcie się gorąco, by Maryja, Virgo Auxiliatrix znalazła sposób urzeczywistnienia tego zamiaru!
Zapalony do tej idei wielki czciciel Matki Bożej Jasnogórskiej (swojej Szefowej) o. T. Krauze podjął się zadania przeprowadzenia rozmów z Księżmi Biskupami, głównie ordynariuszami, nakreślając powstałą ideę i prosząc o wyrażenie swojej opinii. Wszyscy byli za realizacją pomysłu (niektórzy byli nią wręcz oczarowani), tylko jeden biskup miał wątpliwości, czy to się uda i czy pomoże pogłębić wiarę Narodu, ale nie wyrażał sprzeciwu. Udana misja o. Teofila niezmiernie ucieszyła Księdza Prymasa, który nie miał już żadnych wątpliwości, że projekt można wnieść na obrady Konferencji Plenarnej.
45. Konferencja Plenarna Episkopatu Polski, obradująca na Jasnej Górze 11 kwietnia 1957 r., uchwaliła wprowadzenie dzieła NAWIEDZENIA-PEREGRYNACJI we wszystkich parafiach.
Należało więc sporządzić kopię Cudownego Obrazu. Tym zajął się o. Teofil. Nie było łatwo znaleźć artystę, który podjąłby się tak trudnego zadania - i to w tak krótkim czasie! (do początku maja 1957). Wielu odmówiło z obawy, że nie sprostają zadaniu. Wreszcie ktoś polecił Kierownika Katedry Konserwacji Uniwersytetu im. M. Kopernika w Toruniu doc. dr. Leonarda Torwirta. O. Teofil udał się do niego ze słowami: Panie Profesorze, szukamy św. Łukasza! Nie rozumiem – odpowiedział p. Leonard. O. Teofil wyjaśnił, że wg podania św. Łukasz Ewangelista namalował tak śliczny Obraz Matki Bożej Jasnogórskiej, więc potrzebna jest bardzo wierna kopia do Nawiedzenia. Profesor wymawiał się różnymi sposobami, ale o. Teofil nie ustąpił, odpierając każdy argument.
Artysta przyjechał na Jasną Górę, aby z bliska zobaczyć Cudowny Obraz. Zwątpił ponownie w swoje możliwości i chciał się wycofać, ale o. Teofil nie ustąpił: Odprawię Mszę św. w tej intencji i Matka Boża pomoże, bo to Jej sprawa! Nocami udostępniano p. Leonardowi Cudowny Obraz. Artysta niejako „przenosił” go na płótna (malował dwie kopie - do Nawiedzenia i jako dar dla papieża Piusa XII). Tej pracy towarzyszyła nieustanna modlitwa wielu osób; sam Artysta rozpoczął pracę od spowiedzi i Komunii św. Praca trwała od 31 marca do 2 maja 1957 r. Wszyscy podziwiali dzieło i gratulowali: dzieło mistrza chwali.
6 maja 1957 r. Ksiądz Prymas udając się do Rzymu, by odebrać kapelusz kardynalski (wcześniej władze komunistyczne odmówiły wydania paszportu), zabrał ze sobą obydwie kopie. Towarzyszyli mu abp Antoni Baraniak, bp Michał Klepacz i Sekretarz Episkopatu bp Zygmunt Choromański. Na specjalnej audiencji (14 maja 1957) papież Pius XII z radością przyjął dar od przedstawicieli Polski zawsze wiernej - kopię Cudownego Obrazu Matki Bożej Jasnogórskiej, a drugą poświęcił i uroczyście pobłogosławił dla Peregrynacji. Ojciec Święty, w swej wielkiej dobroci pobłogosławił Obraz, który ma wędrować po Polsce jako widomy znak łączności Polski katolickiej ze Stolicą Świętą przez Maryję Jasnogórską - mówił Ksiądz Prymas na Jasnej Górze (26 sierpnia 1957 r).
19 czerwca 1957 r. Obraz Nawiedzenia został przywieziony pociągiem na Dworzec Główny w Warszawie. Wiadomość ta rozeszła się „pocztą pantoflową”, dlatego tłumy Warszawiaków wyległy na ulice, którymi odkrytym samochodem wieziono Obraz do Archikatedry Św. Jana. Straż honorową przy Obrazie trzymali paulini warszawskiego klasztoru na czele z Przeorem o. Anzelmem Radwańskim. Ten ogromny entuzjazm, z jakim Warszawiacy witali Matkę Bożą, był znakiem i zapowiedzią, że Peregrynacja będzie dziełem owocnym.
3. Rozpoczęcie Nawiedzenia
Obraz Nawiedzenia przewieziono z Warszawy na Jasną Górę na uroczystość Matki Bożej Jasnogórskiej - 26 sierpnia 1957 r. Podczas Sumy Pontyfikalnej na jasnogórskim Szczycie Ksiądz Prymas ogłosił rozpoczęcie Peregrynacji: Najmilsze Dzieci Boże! Zarówno Wy, jak i my kapłani, stoimy dziś razem przed Obliczem naszej Matki, przed wierną kopią Cudownego Obrazu z Kaplicy Jasnogórskiej (…). Cudowny Obraz wyjęty z ołtarza przydźwigaliśmy przed chwilą z Kaplicy w podwoje Bazyliki Jasnogórskiej. Tu czekał już Obraz Nawiedzenia, który widzimy przed sobą. Dokonaliśmy zbliżenia Obrazów - jakby jakiegoś świętego pocałunku na znak, że Obraz Nawiedzenia będzie szedł przez polską ziemię obdarzony mocami Cudownego Obrazu, że to sama Królowa Jasnogórska, wyzbywszy się koron i brylantów, idzie ze swego Tronu nawiedzać wierny lud (…).
Spojrzyjcie raz jeszcze ku naszej Najmilszej Matce, która niedługo niesiona przez kapłanów i lud Boży od świątyni do świątyni, od katedry do katedry, od diecezji do diecezji, z woli Episkopatu i z jego błogosławieństwem ma uradować swym Nawiedzeniem Ojczyznę całą i Was wszystkich.
Bracia Kapłani! W wasze dłonie kapłańskie oddajemy naszą Najlepszą Matkę!
Ludu katolicki! W wasze dłonie oddajemy naszych braci kapłanów, abyście zaczęli z nimi żyć w głębokiej wspólnocie i w nadprzyrodzonej miłości, która ma nas wiązać w Kościele, i we wzajemnym zaufaniu.
29 sierpnia 1957 r. Obraz Nawiedzenia został przewieziony do Warszawy, gdzie w Archikatedrze rozpoczęło się uroczyście Nawiedzenie - najpierw w parafiach i kościołach Stolicy, a potem w parafiach archidiecezji warszawskiej.
Do milenijnego roku 1966 Obraz nawiedził wszystkie parafie diecezji północnych (warszawskiej, siedleckiej, administracji apostolskiej z siedzibą w Białymstoku, diecezji łomżyńskiej, warmińskiej, gdańskiej, chełmińskiej) i trzech administracji apostolskich na Ziemiach Zachodnich (w Gorzowie, Wrocławiu i Opolu).
3 kwietnia (Niedziela Palmowa) 1966 r. nastąpiła przerwa w Nawiedzeniu, ponieważ Episkopat zdecydował, iż uroczystości 1000-lecia Chrztu Polski będą obchodzone we wszystkich diecezjach przy Obrazie Nawiedzenia. Obraz przywieziono na Jasną Górę, a następnie do Gniezna, gdzie 14 kwietnia 1966 r. - w historyczną rocznicę chrztu Mieszka I - odbyły się uroczystości milenijne. Obchodom milenijnym dość mocno przeszkadzały władze komunistyczne, urządzając „swoje” uroczystości.
Zaczęto ograniczać swobodę przewożenia Obrazu. Gdy po centralnych uroczystościach milenijnych (3 maja - Jasna Góra) przewożono Obraz (6 maja) do Krakowa, od Olkusza funkcjonariusze MO skierowali samochód z Obrazem na inną trasę, by udaremnić złożenie hołdu Maryi przez wiernych, licznie zebranych przy wyznaczonej trasie.
4. „Aresztowanie” Obrazu Nawiedzenia
1) 7 czerwca 1966 r. - po uroczystościach milenijnych w Lublinie - Obraz odwożony był na Jasną Górę. Samochód prowadził paulin o. Lucjan W. Przekop, a obok siedział bp Jan Mazur z Lublina. Po ok. 20 km, samochód został zatrzymany przez funkcjonariuszy MO, wśród których był wyższy rangą oficer i prokurator. Zabrano dowód rejestracyjny i prawo jazdy o. Lucjanowi, który nie chciał oddać kluczyków ani prowadzić dalej samochodu, z którego wyrzucono kwiaty i okryto go brudną plandeką. Za kierownicą usiadł Ksiądz Biskup i tak - pilotowani przez MO - przyjechali na Jasną Górę.
2) 19 czerwca 1966 r. księża diecezji warmińskiej przyjechali swoim samochodem na Jasną Górę, by zabrać Obraz Nawiedzenia na uroczystości milenijne we Fromborku. Gdy w 20 czerwca wracano z Obrazem, pod Liksajnami (pomiędzy Pasłękiem a Ostródą) samochód został zatrzymany przez funkcjonariuszy MO i siłą przejęty, mimo protestu obecnego Księdza Prymasa. Milicja przywiozła Obraz pod Archikatedrę w Warszawie i tu pozostawiła. Obraz został umieszczony w zakrystii licem do zakratowanego okna, co doskonale symbolizowało „uwięzienie” Matki Bożej. Ludzie gromadzili się na modlitwę do „zakratowanej” Maryi. Potem przeniesiono Obraz do prezbiterium i umieszczono w centralnym miejscu.
Ksiądz Prymas w przemówieniu do ludu Warszawy na Żoliborzu, dokąd wiózł Obraz, mówił z bólem, ale i ze spokojem, do którego nawoływał: Jako Biskup Warszawy z ubolewaniem patrzyłem na to, co się działo, gdy przez trzy godziny byliśmy trzymani na drodze, a później - w sposób niesłychanie niegodny szacunku dla obywateli - eskortowani, chociaż uważaliśmy, że mamy prawo udać się, dokąd chcemy. Jestem zdania, że tego rodzaju czyny naruszają przede wszystkim nasze prawa wierzącego Narodu. Godzą one i w nasze prawa religijne, ograniczając prawo do publicznej czci Matki Najświętszej. A ponieważ godzą w Obraz szczególnie czczony, dlatego też niewątpliwie, łączy się to z jakimś świętokradztwem i publiczną zniewagą… (21 czerwca 1966 – kościół św. Stanisława Kostki na Żoliborzu).
3) 4 września 1966 r. miało być wznowione Nawiedzenie w parafiach, poczynając od diecezji katowickiej. 2 września po Obraz Nawiedzenia pojechała do Warszawy delegacja: bp Józef Kurpas, ks. prał. Walter Wrzoł oraz ks. Arnold Szuła, a samochodem przeznaczonym do wożenia Obrazu paulin o. Emil Jarosz. Podróż przebiegała spokojnie i nic nie wskazywało na to, że będą jakieś przeszkody. Nagle przy małym skrzyżowaniu w lesie pod Będzinem, tuż przed godz. 12.00 zjawiły się samochody milicyjne i zatrzymały wiozących Obraz. Milicja nakazała zawrócić i zawieźć Obraz z powrotem na Jasną Górę. Nie pomogły żadne argumenty, perswazje i protesty Księdza Biskupa. A więc przemoc i gwałt! Po ponadgodzinnym oporze samochód z Obrazem musiał zawrócić. Konwojowało go aż pięć samochodów MO. Gdy przywieziono Obraz na dziedziniec jasnogórski, wyższy oficer MO wezwał Przeora o. T. Krauze i przekazał decyzję najwyższych władz państowych: Obraz ma pozostać na Jasnej Górze. W razie niepodporządkowania się temu nakazowi, zostaną powołani do służby wojskowej wszyscy wasi klerycy i będzie zlikwidowany wasz klasztor warszawki! Ojciec Przeor odpowiedział, że Obraz Nawiedzenia jest własnością Episkopatu i tylko on może decydować o tym, gdzie będzie przebywał!
Paulini jasnogórscy wnieśli Obraz procesjonalnie do klasztoru, a Ksiądz Biskup odprawił przed Cudownym Obrazem Mszę św. wynagradzającą za zniewagę i świętokradztwo. Wysłał też telegram do Księdza Prymasa powiadamiając go o fakcie „aresztowania” Obrazu. Wkrótce pojawiły się posterunki milicyjne pilnujące dniem i nocą wyjazdu z Jasnej Góry. To trwało aż 6 lat!
5. Dalsza trasa Nawiedzenia
Mimo uwięzienia Obrazu postanowiono kontynuować Nawiedzenie, posługując się symbolami: pustą ramą, Ewangeliarzem i świecą. Tak rozpoczęło się Nawiedzenie w diecezji katowickiej. Symbol pustych ram towarzyszył również Nawiedzeniu Matki Bożej w trzech diecezjach południowej Polski (krakowskiej, tarnowskiej i przemyskiej) oraz dwóch na ziemiach wschodnich (administracji apostolskiej z siedzibą w Lubaczowie i diecezji lubelskiej).
Entuzjazm i zaangażowanie Ludu Śląskiego, przeżywającego rozpoczęcie Nawiedzenia (4 września 1966) bez Obrazu, lecz tylko z symbolami, dały do zrozumienia, że Nawiedzenie będzie trwało nadal i to z równie obfitymi owocami duchowymi. Sromotnie zawiodły się władze komunistyczne sądząc, że uwięzienie Obrazu zniszczy dzieło Nawiedzenia, które uważały za akcję polityczną Prymasa Wyszyńskiego. Ludzie nadal wierzyli w rzeczywiste spotkanie z Matką Bożą, tak jak poprzednio w kopii Jasnogórskiego Obrazu, tak teraz poprzez symbole. O tym wciąż przypominali Księża Biskupi i Misjonarze. Tę wiarę wyraził później papież Jan Paweł II w jednej z modlitw jubileuszowych do Matki Bożej Jasnogórskiej: Przypominam raz jeszcze ten czas, kiedy byłaś „uwięziona” na szlaku Nawiedzenia, a jednak Nawiedzenie trwało nadal. Nie przybywał do parafii Twój Obraz, ale Ty przybywałaś bez Obrazu - w pustych ramach, i poprzez te puste ramy wszyscy przeżywali Twoją obecność tak samo - boleśniej, może głębiej. Wierzyli, że nie możesz być nieobecna w dniu, w którym miałaś przybyć. Wierzyli, że nie można Ci zamknąć drogi! (3 lutego 1982).
6. Powrót Obrazu i dalsza trasa Nawiedzenia
Kończyło się Nawiedzenie w diecezji lubelskiej. Kolejną miała być diecezja sandomierska. Jeden z kapłanów tej diecezji - ks. Józef Wójcik podjął bardzo śmiałą myśl przywrócenia Obrazu na trasę Nawiedzenia. Udał się z tym zamiarem do Księdza Prymasa, który odpowiedział krótko: Widzę Księże Józefie, że Cię świerzbi! Uznał to za aprobatę, a przynajmniej za brak kategorycznego sprzeciwu. Całą odpowiedzialność wziął na siebie, wtajemniczając tylko jednego kapłana i Służki z Mariówki, które służyły samochodem.
Aby nie obarczać odpowiedzialnością Jasnej Góry, postanowił po prostu potajemnie wykraść Obraz. Tak się akurat złożyło, że wreszcie zlikwidowano posterunki MO przy Jasnej Górze. 13 czerwca 1972 r. Obraz został wywieziony z Jasnej Góry do Radomia. W wielkiej tajemnicy przechowywano go do rozpoczęcia Nawiedzenia. 18 czerwca 1972 r. w czasie procesji do kościoła Mariackiego kapłani sprytnie włączyli się w nią z Obrazem. W tym momencie Ksiądz Prymas (zapewne uprzedzony wcześniej) odwrócił się w kierunku Obrazu i dyskretnie uczynił znak krzyża, aprobując „szalony pomysł” ks. J. Wójcika. W kazaniu Ksiądz Prymas powiedział m.in.: Kościół musi mieć swoją Matkę. Była już na Godach w Kanie. Jakże się cieszymy, że wróciła! Narodowi potrzebna jest MATKA! Cieszymy się, że Obraz - dar Ojca Świętego - który jest własnością Episkopatu Polski i oddany został pod moją opiekę i odpowiedzialność - będzie waszą radością.
Od tego czasu Peregrynacja kontynuowana była już bez przeszkód w diecezjach: kieleckiej, administracji apostolskiej z siedzibą w Drohiczynie, diecezji łódzkiej, wrocławskiej, płockiej oraz archidiecezji gnieźnieńskiej. Ostatnim etapem wędrówki Obrazu była diecezja częstochowska.
7. Zakończenie I etapu Nawiedzenia
12 października 1980 r. zakończył się I etap Nawiedzenia wszystkich parafii w Polsce. Obraz z katedry częstochowskiej przyniesiono w uroczystej procesji na Szczyt Jasnej Góry, gdzie odprawiono pontyfikalną Sumę koncelebrowaną przez Sekretarza Episkopatu abp. Bronisława Dąbrowskiego, Biskupów diecezji częstochowskiej oraz Generała Zakonu Paulinów o. Józefa Płatka. Eucharystii przewodniczył abp Henryk Gulbinowicz z Wrocławia. Na wstępie bp Miłosław Kołodziejczyk odczytał List Ojca Świętego Jana Pawła II przysłany na tę uroczystość. Następnie bp Stefan Bareła, ordynariusz diecezji częstochowskiej, przekazał oficjalnie Obraz Nawiedzenie Księdzu Prymasowi na ręce jego delegata – abp. B. Dąbrowskiego, który wygłosił kazanie. Udział wzięło ok. 500 kapłanów i ok. 300 tys. wiernych. Żródło:
O. Melchior Królik, Historia Nawiedzenia, Dwumiesięcznik 'Jasna Góra', nr 4-5, 2007 r.

1910. Tkacz w Kamienicy Polskiej.

 1910. Tkacz w Kamienicy Polskiej.Kamienica Polska jest kolonją przemysłową nad rzeką Wartą i Kamieniczką w pow. Częstochowskim, w odległości paru wiorst od stacji Poraj kolei Warsz.- Wied. W początkach XIX stulecia (w 1818 r.) osiedlili się tu koloniści z Czech i Moraw, przeważnie tkacze. Kobiety przędły na kołowrotkach cieniutką przędzę lnianą i konopną, mężczyźni tkali na ręcznych krosnach piękną bieliznę stołową. Zarobki z tago żródła płynące starczały na przyzwoite utrzymanie rodzinom tkackim. Niektórzy zabieglejsi i umiejętniejsi tkacze podorabiali się nawet w Kamienicy, Ale czasy się zmieniają. Tkactwu ręcznemu przybył grożny konkurent w postaci siły mechanicznej, w postaci fabryk, wyrabiających tkaniny mniej trwała, natomiast a wiale tańsze i efektowniejsze. Wartość pracy ręcznej wskutek tego spadła, zarobki tkaczów obniżyły się. Z czasem doszło do tego, że większość tkaczów kamienickich pracowała głównie dla paśredników-handlarzy, dostarczających przędzy (niesnutej i niezwijanej) właścicielem warsztatów tkackich i płacących od zrobionej sztuki towaru. Rodzina, złożona z 8—4 osób pracujących, zarabiała 4 do 6 rb. tygodniowo; więc część zarobku pochłaniał przedsiębiorca pośrednik. Taki stan rzeczy trwał przez szereg lat ostatnich. Do domów niezamożnych tkaczów coraz częściej zaczęła zaglądać bieda. To ich skłoniło do samoobrony przed wyzyskiem. Przed paru laty zabrali się do organizowania spółki wytwórczo-handlowej. „Trzeba się wziąć za ręce, mówili niektórzy, trzeba wspólnie o lepsza warunki pracy walczyć*.


Ale robota organizacyjna nie szła, Nie wszystkim bowiem była na rękę praca zrzeszona. Handlarze-pośrednicy, widząc się zagrożonymi w swych interesach, starali się przeciwdziałać powstaniu kooperatywy. Nie szczędzili też pracy, a nawet i wydatków, aby dobre zamiary unicestwić, Robili to, oczywiście, skrycie, udając jednocześnie przyjaciół wyzyskiwanych niemiłosiernie tkaczów. I może dotychczas robota organizacyjna | nie posunęłaby się nawet na krok, gdyby nie zjawił się w Kamienicy Polskiej człowiek młody, energiczny, śmiały i rzutki, o dużym zmyśle organizacyjnym — w osobie proboszcza, ks. Zygmunta Sędzimira. Rozejrzawszy | się w sytuacji, zbadawszy sprawę dokładnie, zabrał się energicznie do roboty. Począwszy od września r. z. do l maja r. b. odbyło się pięć zabrań organizacyjnych dosyć licznych. Na zebraniach tych omówiono warunki, przedyskutowano statut, posłany do legalizacji, poczyniono kroki przed wstępne. Przeszkody tymczasem piętrzyły się: niechętni przyszłej spółce handlarze intrygowali, jak mogli, aby do zawiązania się kooperatywy nie dopuścić. Silna woła zwyciężyła jednak, Statut został zatwierdzony i w dniu 1 maja r. b, odbyło się ostateczna zebranie organizacyjne, na którem powołano zarząd, z trzech osób złożony, mianowicie z pp.: Al, Szmidli, Fr. Wagnera i Ant. Grucy. Ks. Ź. Sędzimir został kierownikiem moralnym spółki do czasu jej zupełnego zorganizowania się. Do spółki zapisało się narazie 80 udziałowców, posiadających z górą 100 warsztatów tkackich ręcznych. Wysokość udziału określono na 50 rb., z zastrzeżeniem jednak, iź jeden stowarzyszony nie może posiadać więcej ponad 3 udziały. W ten sposób dało się uniknąć przewagi możniejszych w stowarzyszeniu i jednocześnie zapewnić ustrój demokratyczny „Tkacza". Wszystkie urzędy płatne i honorowe w stowarzyszeniu mogą pełnić tylko członkowie: nawet woźny musi być udziałowceem i posiadać swój warsztat tkacki. „ Tkacz" jest kooperatywą wytwórczo handlową. Zarząd nabywa przędzę i już zupełnie gotową, t. j. snutą i zwijaną, rozdaje do roboty stowarzyszonym, płacąc im od zrobionej sztuki 2 rb. 15 kop. do 4 rb. 20 kop. Zapewnia to pojedyńczemu tkaczowi 5 do 8 złotych dziennego zarobku. Sprzedażą wyrobionych tkanin zajmuje się zarząd. Po zamknięciu roku czyste zyski podzielone zostaną pomiędzy udziałowców, oczywiście, po odtrąceniu stosownej części na kapitał zapasowy i rezerwowy. Obecnie wyrabiane są przez spółkę kamienicką tkaniny bawełniane bluzkowe i koszulowe przeważnie. Tkaniny te są gustowne, trwałe i stosunkowo tanie, Na niedawno odbyty w Warszawie zjazd stowarzyszeń spożywczych ks. Z. Sędzimir przywiózł kilkadziesiąt sztuk towaru. Znaczną część rozebrali delegaci do swych sklepów lub dla siebie, pozostałe kilka sztuk zabrał sklep przemysłu ludowego przy ul. Brackiej 18. Stowarzyszenie „Tkacz* liczy na poparcie społeczeństwa polskiego, a głównie pokrewnych mu instytucji, t.j. kooperatyw spożywczych, które na brak zbytu uskarżać mu się nie pozwolą, SŁ. G. Żródło:

Społem : tygodnik poświęcony sprawom kooperacji R.5, nr 14 (29 sierpnia 1910)

1966r. Najmłodsze i najpiękniejsze.