Łączna liczba wyświetleń

niedziela, 2 maja 2021

DYWIZYJNA KOMPANIA KOLARZY

 DYWIZYJNA KOMPANIA KOLARZY

Jednym z mało znanych epizodów działań 7 Dywizji Piechoty w Częstochowie był rekonesans dywizyjnej kompanii zwiadu kolarzy pod dowództwem por. Zygmunta Szewczyka w łuku Liswarty w sierpniu 1939 r. Kompania została zorganizowana w budynku Częstochowskiego Klubu Sportowego „Brygada", znajdującego się na rogu ul. 7 Kamienic i Pułaskiego (dzisiaj: budynek Akademii Polonijnej).



Zdjęcie wykonane pod koniec lat `30, prawdopodobnie podczas wręczenia broni Absolwentom Kursu Podchorążych Piechoty. Na pierwszym planie widoczny Generał Janusz Gąsiorowski (dowodził 7DP we Wrześniu 1939r.), w oddali zapewne Majorowie z 27pp.

Kompania podlegała bezpośrednio dowódcy 7 Dywizji Piechoty, gen. Januszowi Gąsiorowskiemu. Liczyła w warunkach sierpniowej mobilizacji 216 żołnierzy. Dowódcą był por. Zygmunt Szewczyk. Żołnierzem nr 216, zewidencjonowanym przez sierżanta Kasprzyka z 27 pułku piechoty, był ochotnik Andrzej Mąkosza, syn Edwarda. Zgłosił się jako świeżo upieczony absolwent Gimnazjum im. Henryka Sienkiewicza w Częstochowie, członek Przysposobienia Wojskowego. Na dwa tygodnie przed wybuchem wojny pododdział ten, w całkowitej konspiracji, wysłany został nad Liswartę w rejon Podłęża Szlacheckiego. Tam mieli swoją bazę. Ich zadaniem była obserwacja granicy z RzesząNiemiecką. 1 września obudziły ich odgłosy walki pod Mokrą. Wkrótce odezwała się artyleria. Na niebie pojawiły się niemieckie samoloty. Niemcy sforsowali Liswartę i ruszyli na Częstochowę. Kompania zwiadu była zmuszona wycofać się na Panki. Tam doszło do zaciętych walk w rejonie torów kolejowych, nasypu kolejowego i wiaduktu. Jedna drużyna nie wróciła z tego boju. 2 września Zygmunt Szewczyk zameldował się u gen. Gąsiorowskiego w jego kwaterze. Zwiad otrzymał zadanie udania się w stronę Radomska, gdyż tego dnia było już jasne, że niemiecka 1 Dywizja Pancerna, widząc twardy opór na przedpolach Częstochowy, postanowiła obejść dobrze umocnioną redutę od północy w kierunku Mykanów - Gidle. Dywizyjna kompania kolarzy szybko została izolowana od macierzystego pułku.



Poświęcenie rowerów dla wojska, ufundowanych przez robotników fabryki M. Ciurzyńskiego w Poraju koło Częstochowy

- Zalegliśmy na cmentarzu w Janowie - mówi (dziś 94-letni) Andrzej Mąkosza. — Ostrzał artyleryjski był wyjątkowo silny. Próbowaliśmy przebić się w kierunku dowództwa dywizji, by zapewnić bezpieczeństwo gen. Gąsiorowskiemu, ale zadanie było już niemożliwe do wykonania. Ppor. rezerwy Antoni Bochniak zobowiązał się nawiązać kontakt z Krakowską Brygadą Kawalerii, ale nie wrócił do kompanii. Przebijaliśmy się na własną rękę z rejonu Lgoty Błotnej w kierunku Koniecpola obchodząc Staromieście, gdzie byli już Niemcy. Została nas już tylko połowa, około stu ludzi. Dla mnie wojna skończył się 4 września na Wąsoszu, dostałem postrzał w kolano. Uratowano mnie w młynie rodziny Sma-rzyńskich nad Białka. Por. Szewczyk został ciężko ranny, ale uniknąłniewoli. Walczył dalej. Gdy po okresie rekonwalescencji wróciłem do Częstochowy, wiosną 1940 r., pierwszym napotkanym na ulicy człowiekiem był właśnie mój dowódca- opowiada Andrzej Mąkosza. Mieszkał w Kielcach. Szewczyk włączył się w nurt konspiracji ZWZ/AK, awansował później do rangi majora w II oddziale kontrwywiadu, Radomsko-Kieleckiego Okręgu AK, miał pseudonim „Bartek."
— Wiem, że wystąpił dla mnie w latach osiemdziesiątych o przyznanie Krzyża Virtuti Militari za walkę na bagnety pod Truskolasami, ale wniosek nie przeszedł przez ZBoWiD. To pod Truskolasami wzięliśmy do niewoli rannego oficera niemieckiego, który dysponował dokładną mapą dyslokacji stanowisk naszej obrony. Nie wiem, co dalej się z nim stało. Gdy mieszkałem w Szczecinie, otrzymałem awans na podporucznika. Potem kombatanci o mnie zapomnieli - dopowiada pan Andrzej.
— Podobno moje papiery kombatanckie przesłano do Częstochowy, ale na spotkaniach już nigdy nie spotkałem się z moimi kolegami z kompanii. Moi najlepsi przyjaciele zginęli pod Pankami i Truskolasami. Przeżył podchorąży Konrad Nałęcki, znany po wojnie jako reżyser serialu „Czterej pancerni". To on na zdjęciu z podporucznikiem Korczykiem z 27 pułku piechoty i moimi siostrami - tuż przed wybuchem wojny, w czasie budowania umocnień w rejonie koszar przy ul. Dąbrowskiego - mówi pan Andrzej Mąkosza pokazując zdjęcie w albumie. I dodaje: - Po co komu te wspomnienia? Mniej już trudno odnaleźć się w dzisiejszych czasach. Wkrótce zacznę 95. rok życia. Jedyną radością jest możliwość latania szybowcem, niestety już tylko w roli pasażera, na lotnisku w Rudnikach. Tylko lotnicy o mnie pamiętają.



Szkoła podoficerska.

- Panie Andrzeju, był pan w pierwszych w dniach września na pierwszej linii frontu, potem uczestniczył w bitwie pod Janowem - to wystarczy, by przejść do historii.

- Nie uważam, bym dokonał czegoś niezwykłego. Spełniałem swój obowiązek. A tak naprawdę byłem prze całe życie muzykiem Filharmonii Szczecińskiej.

Notował Andrzej Kuśnierczyk Źródło: Kwartalnik ,,Korzenie” nr86 , R XXIII , 3/2013r Źródło zdjęć: http://odkrywca.pl/27-p-p-czestochowa,647074.html https://audiovis.nac.gov.pl/obraz/87480/af33621286e8240beec2a5a158ca9ce4/

sobota, 1 maja 2021

Widziane z Krakowa. (Wspomnienia Zdzisław Wagner)

Widziane z Krakowa. (Wspomnienia Zdzisław Wagner)

„Korzenie" zamówiły u mnie artykulik o konfliktach, bójkach, groźnych (ale i zabawnych) sytuacjach, jakie miały miejsce w Kamienicy Polskiej i okolicach przed pół wiekiem. [..] Niektóre zdarzenia, z nimi związane postaci, znane mi osobiście lub z opowiadań. Redaktorowi chodziło pewnie raczej o faktograficzną rejestrację opisów bójek „zakapiorów" niż literacką formę, z gatunku eseju, czy felietonu. Czy jednak jest to przedsięwzięcie bezpieczne? [...] Żaden z tych synonimów nie pasuje mi do kogokolwiek z grona bliskich znajomych z tamtych lat, ale już dalszych tak. A przecież nie byłem grzecznym i układnym młodzieńcem...



Stara sala OSP dzisiejszy budynek Straży Gminnej w minionych latach spełniał role sali teatralnej, widowiskowej i kinowej.W pierwszym rzędzie Natalia Sklarczyk i ks Stanisław Duda .Lata 50-te

Urodzeni pod koniec wojny i zaraz po wojnie młodzi mieszkańcy Kamienicy Polskiej, Romanowa, Rudnika, Jastrzębia, Poraja, Osin, Wanat, Zawady, Poczesnej czy Zawisny byli zdani na obcowanie ze sobą przy różnych okazjach. Okazji nie było wcale mało, ale najważniejszą z nich była zabawa taneczna. Zabawy odbywały się zazwyczaj w remizach strażackich, a latem pod chmurką. Mile wspominam zabawy w Kamienicy w starej sali, gdzie wiejska społeczność nie tylko bawiła się, ale licznie gromadziła na teatralnych spektaklach, różnego rodzaju akademiach, czy projekcjach filmów fabularnych kina objazdowego. Jeśli już jestem przy kinie, to mam przed oczami zdarzenie, które dotknęło mnie boleśnie na długo. I tu zrobię wyjątek, jedną z zakapiorskich sytuacji wspomnę. Któregoś wieczoru roku 1966 Iub l967, po zakończeniu seansu filmowego, wsiadłem na swojego „rumaka" - motorower marki „Komar" i zamiast jechać prosto do domu, wstąpiłem po drodze do gospody. Ta usytuowana była na rogu ulic Konopnickiej i Jastrzębskiej - w budynku należącym do państwa Brzozowskich. Byłem nie dłużej jak kwadrans. Po wyjściu stwierdziłem, że mojej ukochanej maszyny nie ma. Zniknęła w ciemnościach. Ruszyłem na poszukiwanie, wespół z kolegą, w kierunku Osin. Tam prowadził ślad. Mieliśmy podejrzenia, gdyż jeden z zakapiorów mieszkał w tejże miejscowości. Na dodatek był na tym samym seansie filmowym. Przeszukanie pomieszczeń gospodarczych nic nie wniosło do sprawy. Stratę przeżywałem bardzo boleśnie, wielokrotnie modliłem się do świętego Antoniego z prośbą o pomoc w odnalezieniu jednośladu. I co? Pomogło, z efektem opłakanym. Dopiero po roku, albo i więcej. Dostałem cynk, że jakiś bardzo zardzewiały szkielet motoroweru znaleziono w Warcie, przy moście łączącym Kamienicę z Osinami. Cóż było robić, machnąłem ręką, ale tamtego zdarzenia długo nie mogłem wybaczyć szumowinie. Widywaliśmy się później na zabawach tanecznych, które odbywały się w wielu sąsiednich miejscowościach. W Kamienicy jakby rzadziej.



"Klubu nad basenem" (Spóldzielni Tkaczy i Dziewiarzy) .Od lewej: p.Leszek Szmida, p.Andrzej Kowalewski, p.Zosia Blachnicka, p.Ewa Dziedzic, p.Zbyszek Bałdyga, p.Wojciech Łebek, p.Ryszard Tyc. Lata 70-te.Z albumu Wojciecha Łebka.

Dużą aktywnością w dziele organizowania imprez tanecznych, w drugiej połowie lat sześćdziesiątych, mogli pochwalić się w Jastrzębiu i Poczesnej. Tamtejsze salę przy remizach często odwiedzane były przez młodzież z mojej wioski. Podczas zakrapianych zabaw trzeba było mieć oczy szeroko otwarte i uważać, do kogo „uderzyć w stolik", aby upatrzoną poprosić do tańca, nie dostać „kosza" lub nie usłyszeć słownej wiązanki od towarzyszy stolika. Często dobre zabawy zależne były od wybranej dziewczyny, która chętnie przyjmowała zaproszenia do kolejnych tanecznych kawałków. Udane zabawy były i takie, kiedy wracało się do domu bez uszczerbku na zdrowiu, w przyzwoitym stanie i z nowymi nadziejami na kolejną taneczną imprezę. Ważny był wówczas środek transportu. Luksusem było zabranie się motocyklem kolegi. Wśród moich znajomych najbardziej „wypasiony" pod tym względem był Czesio Wnuk (nie żyje od dwóch lat). Posiadał wuefemkę, polski motocykl, popularny w tamtym czasie. Pojazd przeznaczony na dwie osoby często zmuszany był do przekraczania wyznaczonej normy. Pamiętam jeden z powrotów z Jastrzębia do Kamienicy, tuż nad ranem. Czesio kierował motocyklem i zadysponował nam trzy siedzenia z tyłu, przedłużając siedzisko przy pomocy deski. Dojechaliśmy do celu szczęśliwie, tylko moje spodnie poddały się, rozdarte na bocznym szwie trafiły do krawca. Wspomniany Czesiek był moim kuzynem, starszym kolegą, wśród ówczesnej naszej „paczki" mógł pochwalić się indeksem gliwickiej uczelni. Życzliwy, wierny kompan, no i właściciel paru balonów z winem swojskiej produkcji. Jeśli dobrze pamiętam, to napój ten robił z róży. Wspaniały w smaku, dodawał odwagi przed wyjazdowymi wypadami w obce tereny. A w tych również brał udział brat Czesława, Bogdan. Chociaż lubiany przez koleżanki, do dzisiaj pozostał wierny swojej zasadzie: samotności w życiu nigdy nie za wiele. Był jednym z tych, któremu groził podatek od bezdzietności i stanu kawalerskiego. Tak zwane „bykowe", które zostało zniesione pod koniec lat sześćdziessiątych, na jego szczęście, a może i nieszczęście. Bo cholera wie, czy nie przez to pozostał w kawalerstwie. Gdyby nie zlikwidowali, to może, przymuszony podatkiem, Bogdan zaręczyłby się z jakąś jastrzębską córką górnika z kopalni rudy żelaza, spłodził odpowiednią ilość pociech i cieszył się dzisiaj z wnuków. A może i błądzę, gdyż nie wiem, czy chciał wiązać swoją przyszłość z obcą kobietą. Przy najbliższej okazji, podróży na mecz piłkarski przy ul. Magazynowej, zapytam Bogdana o fakty. Wychylimy strzemiennego, to może nie zruga mnie za powyższe słowa.



Kamienica Polska. Pierwszy od lewej p.Jerzy Pałasiński, na motocyklu SHL p.Zdzisława Wołos z domu Pałasińska i p. Ryszard Wołos. Lata 60-te. Udostępniła p. Zdzisława Wałos Bywalcy

Jak niebezpieczne były powroty z zabaw tanecznych, uświadomiłem sobie wtedy, gdy dotarła do mnie wiadomość o tragicznej śmierci mojego kolegi ze szkolnej ławy, Staszka Fazana. Był pasażerem motocyklowej jazdy, kierujący kolega źle wyliczył prędkość w stosunku do zakrętu, tuż przed mostem na Warcie. Dla Staszka była to podróż ostatnia, z której nie wrócił do domu. Był wspaniałym kompanem, uczciwy, grzeczny, zawsze z uśmiechem na ustach, po prostu fajny kolega. Niebawem miał zostać ojcem, nie doczekał narodzin córki.

Nie będzie opowiadania o bójkach, o zadziornej i impulsywnej młodzieży lat sześćdziesiątych, wychowanej na filmowych bohaterach telewizyjnego serialu „Bonanza" lub kowbojskich obrazów takich jak „Rio Bravo" Howarda Hawksa, czy „Siedmiu wspaniałych" Johna Sturgesa. Chociaż sowieckiej produkcji filmowej o wojnie było zatrzęsienie, to nie ona była dla nas magnesem i wzorem, wielu z nas było za wolnością słowa i wyboru. Wolność zawitała dopiero dwadzieścia lat później.

Jeśli będzie taka potrzeba, powrócę wspomnieniami do tamtych lat, z serdecznym spojrzeniem, bez bójek do krwi, ale też bez koloryzowania ówczesnej rzeczywistości. Wspomnienia Zdzisław Wagner ( Kraków) Źródło: Kwartalnik ,,Korzenie” nr81 , R XXII , 2/2012r Fotografie: Zbiory Muzeum Regionalnego w Kamienicy Polskiej oraz archiwum Kwartalnika ,,Korzenie”

MIEJSCE PRZYJEMNE. Romanów

 MIEJSCE PRZYJEMNE. Romanów

W tyskim mieszkaniu pani Ewy z Górniaków Niścior rozmawiamy o „Korzeniach", a więc o dawnych mieszkańcach Kamienicy Polskiej i Romanowa. Pani Ewa z rozrzewnieniem wspomina czasy młodości spędzonej w Romanowie. To podróż w przeszłość; jasnym punktem wspomnień jest dom dziadków: Rozalii (z Sitków) i Jana Filipczyków. Matka pani Ewy, Wanda z Filipczyków, zmarła młodo, w wieku 42 lat. Na fotografiach rozłożonych na stole widać kobietę o niepospolitej urodzie i wdzięku. W najbliższym sąsiedztwie Filipczyków mieszkali Rychterowie, Bogaczowie, Polaczkowie, Kidawowie i Blachniccy. Dzieci z tych rodzin były kompanami dziecięcych zabaw.



Dziadek ze strony ojca, Stanisława Górniaka, to wspominany w „Korzeniach" Władysław, który grał w strażackiej orkiestrze. Poprzez Górniaków istniało pokrewieństwo z Wałaszkami. Jadwiga Górniak wyszła za pana Błaszczyka (dom pani Jadzi Błaszczykowej w pobliżu kościoła prezentowany był w „Korzeniach"), Maria za Bolesława Goldsztajna, udzielającego się w kościelnym chórze.



Ulubioną ciocią pani Ewy była Czesława z Filipczyków Jończy. Pięknie haftowała, potrafiła się gustownie ubierać. Wanda i Stanisław Górniakowie z córkami, Zofią i Ewą, mieszkali w okazałym, piętrowym domu pana Cichonia, tzw. Romanowiance. Gdy w sierpniu 1939 r. w budynku zakwaterowano rezerwistów z batalionu Obrony Narodowej - przeprowadzili się do państwa Blachnickich. (Moment wymarszu oddziału uwieczniony został na fotografii udostępnionej „Korzeniom" przez Edwarda Blachnickiego .



Pani Ewa wyjechała z Romanowa tuż po wojnie, mieszkała w Brzegu, potem w Opolu. Utrzymywała cały czas kontakty z dawnymi przyjaciółmi, do których w pierwszym rzędzie zaliczali się Jan Fazan, Jerzy Walenta, Wojciech Krzechki. Ciepło wspominała Romanów w nocnych programach Polskiego Radia w Katowicach (zapraszana była do „Klubu Samotnych"). Powojenna Kamienica Polska dla pani Ewy to wizyty u Górniaków i odwiedzanie grobów na Wszystkich Świętych. Bez porównania więcej ciekawych rzeczy działo się przed wojną, gdy do Romanowa przyjeżdżali letnicy z Częstochowy. Na grzyby chodziło się za dom - nie istniała jeszcze droga szybkiego ruchu. Na jednej z wielu fotografii uwieczniony został samochód inżyniera Marca, który nadzorował budowę klinkierowki od strony Koziegłów. Za kierownicą samochodu zasiadła pani Wanda Górniak, obok niej kilkuletnia córka Ewa.



Ważne miejsce we wspomnieniach pani Ewy zajmuje wątek powstańczy. W domu Filipczyków przechowywana była w kanapie broń. To w Romanowie schronili się uciekinierzy ze Śląska opolskiego, po niekorzystnym II powstaniu w 1920 r.: m.in. Jan Nocoń spod opolskich Szczepanowic (ożenił się w 1921 r. w Wacława Filipczyk) i Szymon Koszyk. Przez cały 1921 r. przez Romanów przechodziły transporty broni na Śląsk pochodzące z dywizji częstochowskiej. W czasie jednego z transportów w Kamienicy Polskiej zginął 19- letni Władysław Filipczyk (brat Wacławy z Filipczyków Noconiowej). Został pochowany przez małżonków Burzyńskich, aptekarzy, w Koszęcinie.



Lata okupacji nie były dla Romanowa łatwe. Istniała tu siatka konspiracyjna, łatwo było o nieszczęście. W Oświęcimiu zginął stryj pani Ewy, Tadeusz Górniak. Zginął także Jerzy Rychter, jak widać na fotografii - niezwykle przystojny młody człowiek.

Beztroskie lata w Romanowie kojarzyć się będą zawsze z zabawami na świeżym powietrzu w Gmińskim Lesie. Rzymianie/ urocze zakątki określali mianem ,',locus amoenus" - miejsce przyjemne. Do takich miejsc zalicza pani Ewa z Górniaków Niścior Romanów. I próbuje przekonać o tym swoje córki, Ewę i Joannę.

Notował: Andrzej Kuśnierczyk
Zdjęcia pochodzą z albumu pani Ewy z Górniaków Niścior. Źródło: Kwartalnik ,,Korzenie” nr35 , R X , 4/2000r

NIERADA parafia Poczesna szkoła elementarna 1817

 W nawiązaniu do informacji Ani Fukushima o miejscowości Bargły

http://www.genealodzy.czestochowa.pl/pl/forum/4-forum-ogolne/7795-BARGLY-historia-wsi-wykaz-mieszkancow#15203

chciałbym przywołać treść kilku dokumentów mówiących o istniejącej w 1817 roku w Nieradzie i Poczesnej szkole elementarnej . Pierwszy tłumaczony dokument to:

„Konsygnacya Egzystujących Szkól elementarnych, i maiących bydz ieszcze erygowanych w Parafii Poczesieńskiej Powiatu Częstochowskiego, do Obwodu Wieluńskiego Woiewództwa Kaliskiego, podana przes Woyciecha Warzechę plebana pocieszyńskiego. Dnia 11 miesiąca czerwca Roku 1817.”
(pisownia oryginalna):

 

Do tego załączona jest „ Tabella szkół w parafii Poczesna” o treści:


 

Następny dokument z 16.10.1817 informuje:


„Działo się w Nieradzie dnia 16 miesiąca Października Roku 1817 .

Stosownie do Zalecenia JM..? X. Michała Zagalskiego Dziekana Częstochowskiego, odwiedziwszy Szkołę egzystującą, w Parafi Poczesieńskiey sytuowaną, okazało się, że żaden dotąd Dom szkolny nie egzystuie, lecz w Domach u Włościan mieyscowy Nauczyciel, Naukę odbywać iest przymuszony.

Dziatek oboiey Płci znajdowało się na ten Czas w Ogólnoście 16 a których w poznawaniu 6, w Sylabizowaniu 6 i w Czytaniu 4 dosyć edukowane.

Imię i Nazwisko nauczyciela iest Jan Rais, który dosyć dobrą posiada Zdatność, i Pilność iego dosyć się okazuje. Wzmiankowany Nauczyciel, od Włościan iest umówiony, i na Złotych Polskich 75 i pół ósma Korca Żyta Nro 7 i ½ , rocznie iest ugodzony , i od Wielmożnego Pana Podprefekta Częstochowskiego, niemaiący Szanownego Amtu Poczesieńskiego iest przyjęty. Równie załącza się, że w Poczesny (nie?) znajduje się Szkółka wakująca.

Dokument ten podpisali: Wojciech Warzecha Pl (eban), Jan Rais Nauczyciel, Jan Citpiert? (nieczytelne) Sołtys, Kuba Piet Radny.”


Przypuszczam, że dokumenty te prawdopodobnie zostały sporządzone przez Plebana kościoła w Poczesnej  z polecenia władz Komisji Rządowej Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego (KRWRiOP), powołanej w 1815 roku jako naczelna władza szkolna Królestwa Polskiego.

Była kontynuatorką funkcjonującej w Księstwie Warszawskim Izby Edukacyjnej (1807) i Dyrekcji Edukacji Nar. (1812). Składała się z ministra i 16 członków, wśród których znajdowali się przedstawiciele Kościoła katolickiego i ewangelickiego. Później (1832–61) występuje pod nazwą Komisja Rządowa Spraw Wewn., Duchownych i Oświecenia Publicznego. Od 1861–64 ponownie jako KRWRiOP i od 1864 do 67jako Komisja Rządowa Oświecenia Publicznego.


Kolejny dokument dotyczący szkoły w Nieradzie to :

„Raport o Uczniach Szkoły Elementarnej W Styczniu Lutem Marcu”

Dokument wymienia z imienia i nazwiska uczęszczających do szkoły w Nieradzie uczniów, wskazuje liczbę nieobecności ale przede wszystkim ocenia pilność, zdolność i ich postępy w nauce.

Dzisiaj pierwszoklasiści także oceniani są za pomocą „ocen opisowych” a wówczas obowiązywały oceny: Chwalebna, Mierna, Znaczna i Niska?.

Poniżej Tabella” (pisownia oryginalna)



 

Jeszcze jeden dokument w formie tabeli (nie opatrzony datą ) w rubryce „Stan domu” informuje: „Żaden Dom szkolny nieznajduje się ,lecz u Włościan odbywa się Szkółka. Stan dzieci w Ogólności 16.

Rubryka: „Jaki postępek w Dzieciach” napisano” poznają 6, sylabizują 6, czytają 4,

Rubryka „piszą i czytają” bez wpisu.

„Imię i nazwisko Nauczyciela” Jan Rais.

Autor: Florian Huras. https://www.genealodzy.czestochowa.pl/zasoby/artykuly/609-bargy-szkoa-elementarna-1817?fbclid=IwAR0ASP3E6cua1y8qkk0VlqRg8KBOrUVkU2NghZdioILZFWKiwmSzlqbCmBA

„CHOLERNIK" W KAWODRZY GÓRNEJ. Autor: Longin Grabara (Łódź)

 „CHOLERNIK" W KAWODRZY GÓRNEJ. Autor: Longin Grabara (Łódź)

Objawy cholery, choroby wywołanej przez bakterię przecinkowca cholery, to gwałtowne, niekontrolowane biegunki i wymioty. Są one efektem działania toksyn produkowanych przez bakterie na jelita człowieka. Ilość wydalanych płynów wynosi ok. 15 litrów na dobę. Razem z płynami wydalają się ważne dla funkcji życiowych elektrolity: sód, chlor, magnez, wapń i potas. W miarę powiększania się odwodnienia pojawia się pragnienie, suchość w ustach, chrypka, charakterystyczny piskliwy głos („głos choleryczny"), zapadnięte oczy, rysy twarzy są zaostrzone („twarz choleryczna"). Przy szybkiej utracie masy ciała pojawia się niedociśnienie, osłabienie, przyśpieszenie akcji serca, zaburzenie świadomości, śpiączka, zgon.

Ten ponury obraz cholery dominował w wieku XVIII i w wieku XIX. Leczenie chorych na cholerę sprowadzało się do: izolacji chorego i jego rodziny, sąsiadów, całych wsi, bądź kwartałów miast. Stosowano do zwalczania choroby chlorek wapnia, smołę, ogień, siarkę, proch strzelniczy. Stosowano u chorych przymus picia wina i wódki.

Śmiertelność wśród chorych na cholerę wynosiła ok. 50%. Największa epidemia wybuchła w Kalkucie w 1817 roku; dolina Gangesu jest uznawana za środowisko endemiczne tej choroby, miejsce, w którym zarazki cholery tkwią stale i mogą wywołać masowe zachorowania. W latach dwudziestych XIX wieku cholera wędrowała, objęła duże obszary Rosji (zmarł na nią co 20. Rosjanin). Do Polski epidemia dotarła w 1831 roku - spośród chorych umierał co 30. Polak. Epidemie cholery nękały Polskę w latach 1825,1831,1855,1866, 1871, 1905. Wśród ówczesnych Polaków panowało przekonanie, że cholerę przywlekli Rosjanie. W skład oddziałów wojskowych okupujących Polskę często wchodzili żołnierze rekrutujący się ze wschodnich i południowych rubieży Rosji, masowe zachorowania były częste w tamtejszych garnizonach. Wiek XII był wiekiem ospy wietrznej, wiek XIII - wiekiem trądu, wiek XIV - dżumy, XV - syfilisu, XVI - dyzenterii (czerwonka), XVII - gruźlicy, XVIII - tyfusu. Wiek XIX to wiek cholery. Zmarło ok. 40 min chorych. Wiek XX to wiek grypy (tzw. „hiszpanka" pochłonęła ok. 25 min chorych. Jaki będzie XXI wiek?



Cmentarz choleryczny "Cholernik". Kawodrza Górna

Ludzi zmarłych na cholerę grzebano na ogół w odosobnionych miejscach. Ale zdarzały się pochówki na cmentarzach już istniejących, jednakże w od osobnionych kwaterach. Ze znanych mi miejsc grzebania zmarłych na cholerę w Częstochowie mogę wymienić: 1) skrzyżowanie ulicy Warszawskiej z drogą prowadzącą do Kiedrzyna - dzisiaj to miejsce nazywa się Rondem Trzech Krzyży, 2) miejsce obok cmentarza przy kościele pw. Najśw. Serca Jezusowego - dzisiaj nie ma już tam żadnego śladu, 3) cmentarz „cholernik", stosunkowo dobrze zachowany, znajdujący się na polach Trzepizura w Kawodrzy Górnej.



Cmentarz choleryczny "Cholernik". Kawodrza Górna

Niestety nie udało się ustalić, z której epidemii zostali pochowani chorzy — zmarli na cholerę. Warto jeszcze wspomnieć o miejscach upamiętniających epidemię cholery: cmentarz św. Rocha, patrona zakaźnie chorych, znajdujący się w pobliżu tras pielgrzymkowych, kapliczka przy zbiegu ulic Piastowskiej i Sabi-nowskiej, gdzie wg. podań „zatrzymała się" epidemia. Odkryte przez Roberta Kocha - podczas jego podróży do Indii w roku 1883 - zarazki wywołujące cholerę, przecinkowce, poznanie ich morfologii oraz postępy higieny i medycyny sprawiły, że dzisiaj cholera nie wydaje się chorobą groźną, wszakże pod jednym, ale za to bardzo ważnym warunkiem: musi być rozpoznana i właściwie leczona najpóźniej w kilka godzin po zachorowaniu.

Autor: Longin Grabara (Łódź)

Od redakcji: Przewodnikiem wycieczki zorganizowanej pzrez Ośrodek Dokumentacji Dziejów Częstochowy był Bonifacy Zych. Lekarz Longin Grabara pochodzi z Kawodrzy Górnej. Źródło: Kwartalnik ,,Korzenie” nr85 , R XXIII , 2/2013r http://www.straznicyczasu.pl/viewtopic.php?t=342

1965r. Kariera w rytmie passdoble.