Łączna liczba wyświetleń

wtorek, 27 czerwca 2023

Konferencja nauczycielska w Siedlcu, gm. Rudnik Wielki. 1934r

 Konferencja nauczycielska w Siedlcu, gm. Rudnik Wielki. 1934r

W środę, 14 b. m. odbyła się konferencja nauczycielska w tutejszej 3 klas. publ. szkole powszech , na którą przybyło nauczycielstwo z dwóch gmin: Rudnika Wielkiego i Koziegłów w liczbie 23 osób. Celem konferencji były dwie lekcje wzorowe i referat. Jedna godzina geografji i przyrody, druga badaniu wyników pracy uczniów w kl. VI. Lekcję pierwszą prowadził kierownik szkoły, p. Antoni Sularz, lekcję drugą p. Konopczanka i p. Olszewski. Referat na temat wychowania obywatelsko - państwowego w klasach VI i VII wygłosiła p. Karłowska. Przewodniczył p. Wojciech Hyjek, sekretarzował p. Czesław Olszewski.

Izby szkolne, aczkolwiek znajdowały się w budynkach wynajętych były czyste, widne i ciepłe, wyglądały też bardzo ładnie. Dużo pięknych obrazów i map, moc pomocy naukowych, doskonałe opracowanie lekcji, oraz daleko posunięta inteligencja dzieci świadczyły, że kierownik p. Sularz oraz podległe mu nauczycielstwo pracuje bardzo energicznie. Pe - El. Źródło: Słowo Częstochowskie : dziennik polityczny, społeczny i literacki. R.4, nr 268 (23 listopada 1934)

poniedziałek, 26 czerwca 2023

Po hulance z kobietami smutna rzeczywistość. 1934r

 Po hulance z kobietami smutna rzeczywistość. 1934r

Mieszkaniec Koziegłów (koło Kamienicy Polskiej) Stanisław Ćwik zgłosił się do komisarjatu policji w Będzinie i zameldował dyżurnemu przodownikowi, że będąc w powrotnej drodze do domu zapoznał się na Placu Trzeciego Maja w Będzinie z dwoma nieznanymi mu bliżej osobnikami, którzy korzystając z tego, że był w stanie podchmielonym wyprowadzili go na pola t. zw. „Kamionki ” i tam go usiłowali obrabować. Kiedy Ćwik stawił opór. wówczas jeden z opryszków miał go uderzyć kamieniem w głowę i po zabraniu portmonetki, w której znajdowało się 100 zł. — zbiegł.

Policja wszczęła natychmiast w tej sprawie dochodzenie, które wykazało, że Ćwik napad zmyślił. Okazało się również, że Ćwik tego dnia bawił się w towarzystwie cór Koryntu, a przepiwszy pieniądze, złożył zameldowanie o napadzie Ćwik za wprowadzenie policji w błąd odpowie przed sądem. Źródło: Słowo Częstochowskie : dziennik polityczny, społeczny i literacki. R.4, nr 244 (25 października 1934)
 

Aleksander Pilc, pionier badań w dziedzinie wybuchowości i bezpieczeństwa technicznego w polskim przemyśle chemicznym, a zarazem utalentowany technolog- wynalazca i praktyk.

 Aleksander Pilc, pionier badań w dziedzinie wybuchowości i bezpieczeństwa technicznego w polskim przemyśle chemicznym, a zarazem utalentowany technolog- wynalazca i praktyk. Zapisał się w pamięci starszego pokolenia polskich chemików jako twórca i racjonalizator wielu przemysłowych procedur technologicznych.

Aleksander Pilc urodził się w Częstochowie 20 stycznia 1900 r. jako syn Romana Pilca i Apolonii z domu Wagner, w rodzinie mieszczańskiej pochodzącej z ziemi sudeckiej. Młody Aleksander po ukończeniu w 1919 r. gimnazjum realnego im. Henryka Sienkiewicza w Częstochowie, w okresie wojny polsko- bolszewickiej. Służył jako saper w baonie mostowym w twierdzy w Modlinie. Po zwolnieniu ze służby wojskowej wstępuje na Wydział Chemii Politechniki Warszawskiej. Pracę dyplomową wykonuje z dziedziny chemii fizycznej pod kierunkiem profesora W. Świętosławskiego i w listopadzie 1925 r., po złożeniu egzaminu z wynikiem bardzo dobrym uzyskuje Radę Wydziału Chemii dyplom inżyniera chemika. Praca jego wykonana niemal samodzielnie tak spodobała się profesorowi Świetosławskiemu, że zaproponował mu jeszcze przed ukończeniem studiów, w maju 1925 r. asystenturę w Zakładzie Chemii Fizycznej. Po uzyskaniu dyplomu zostaje na stanowisku starszego asystenta w tym zakładzie do końca 1927 r. W okresie stażu asystenckiego odbywa jednoroczną służbę w Szkole Podchorążych saperów w Modlinie uzyskując stopień podchorążego, a w kilka lat później podporucznika rezerwy. Praca dyplomowa inż. Pilca dotycząca syntezy pochodnych naftochinonochloroimin i naftochinonocholorodwuimin. Po przeprowadzeniu dalszych badań przez F. Kraczkiewicza staje się przedmiotem wspólnej z Świętosławskim publikacji zamieszczonej w Rocznikach Chemii a także w biuletynie międzynarodowym P.A.U.


Na początku 1928 r. inż. Piltz podejmuje pracę w fabryce azot w Jaworznie, uruchomionej z inicjatywy prof. Ignacego Mościckiego tuż po I wojnie światowej. W ciągu dwu i pół letniej pracy w „azocie” początkowo jako organizator laboratorium badawczego a następnie kierownik Działu Pieców Elektrycznych, Piltz daje się poznać jako utalentowany, pełen inicjatyw inżynier. Wprowadza kilka usprawnień wyjaśniających przyczyny strat produkcyjnych, proponuje nowe rozwiązania konstrukcyjne aparatury do otrzymania cyjanku sodu a także ulepszenia w dziale w pieców elektrycznych do syntezy cyjanowodoru. W 1929 r. w Jaworznie wstępuje a związek małżeński z Łucją z Kulińskich; z tego związku przychodzą na świat dwie córki, Zofia (1930) i Ewa (1936).
Na początku maja 1930 r. inżynier podejmuje pracę w będącej w fazie budowy i rozruchu Wytwórni Węgla Aktywnego w Skarżysku-Kamiennej. Początkowo pracuje przy montażu a następnie obejmuje kierownictwo laboratorium badawczego i ruchowego. W ciągu dziewięciu lat pracy w tych zakładach, związanej z obronnością kraju dokonuje szereg usprawnień technicznych i doprowadza do uruchomienia kilku nowych technologii: produkcji fosgenu, wysokoprocentowego tlenu węgla, chlorku etylu (metodą ciągłą), bezwodnika octowego, etyloaniliny (metodą ciągłą, ciśnieniową), dietylodifenylomocznika, węgli aktywnych i odbarwiających z odpadów produkcyjnych. Zgłasza też też trzy zastrzeżenia patentowe w trybie tajnym. Za swą pracę zostaje dwukrotnie odznaczony Srebrnym Krzyżem Zasługi (1932 i 1935). Na cztery miesiące przed wybuchem II wojny światowej inż. Piltz obejmuje stanowisko kierownika laboratorium badawczego w Zakładach Chemicznych „Grodzisk” W Grodzisku Mazowieckim.
Po wkroczeniu wojska niemieckiego do Polski inż. Piltz traci pracę w Grodzisku. Na początku listopada zostaje aresztowany i jako zakładnik przebywa w więzieniu do końca 1939 r. Zwolniony dzięki staraniom rodziny, od lutego 1940 r. zaczyna pracę w małej prywatnej firmie WU-BE (od nazwiska właścicielki Wandy Wigury- Butkowskiej) mieszkającej w Warszawie przy ulicy Okopowej. W tym czasie przy wystawianiu nowych dowodów osobistych zmienia pisownię swojego na fonetyczną polską. W wytwórni WU-BE inż. Pilc pracuje aż do sierpnia 1944 r. odpracowuje i wydrąża metody otrzymywania krochmalu z odpadkowych ziemniaków a także otrzymywania sody oczyszczonej metodą półsuchą. Po Powstaniu Warszawskim zostaje wywieziony do obozu pracy w Roztocku skąd powraca do Warszawy w początku czerwca 1945 r. i podejmuje pracę w Centralnym Zakładzie Przemysłu Chemicznego na stanowisku kierownika Działu Planowania i Organizacji. Jego pasją była jednak praca badawcza. W związku z przeniesieniem siedziby CZPChem do Gliwic, prof. Marian Świderek, dyrektor Instytutu Przemysłu Chemicznego w Warszawie angażuje w lipcu 1946 r. inż. Pilca doświadczonego technologa, początkowo jako kierownika pracowni, a po otworzeniu Głównego Instytutu Chemii Przemysłowej, na stanowisku kierownika Działu Produkcji Doświadczalnej w tym Instytucie. W wyniku kolejnej reorganizacji ośrodka badawczego na Żoliborzu od 1952 r. inż. Pilc zostaje kierownikiem Zakładu Technologicznego w Instytucie Chemii Ogólnej. Z żoliborskim instytutem (dziś Instytutem Chemii Przemysłowej im. Prof. I. Mościckiego) wiąże się na lat trzydzieści – na lata te przypada rozkwit jego twórczej działalności badawczej i wdrożeniowej. Już w 1954 r. dzięki swym osiągnięciom badawczym inż. Pilc na podstawie decyzji Centralnej Komisji Kwalifikacyjnej dla pracowników nauki uzyskuje nominację na stanowisko profesora.
W latach 1946 – 1965 prof. Aleksander Pilc jest inicjatorem i kierownikiem prac badawczych i ruchowych w ponad 20 wprowadzonych do praktyki procesów technologicznych, takich jak syntezy chlorku etylu, chlorku etylenu, etylenu z etanolu, nowej syntezy bezwodnika octowego, etyloaniliny, eteru difenylowego, melaminy (w skali 4500 ton/rok w Z.A. Kędzierzyn), acetonu, etyloamin, chlorku metylu i chlorku metylenu, glikolu etylenowego, eteru difenylowego i kilku innych. W większości były to procesy o niewielkiej skali produkcyjnej, odpowiadające ówczesnym potrzebom gospodarki krajowej, jednak wiele z nich miało elementy nowości i na 14 z nich prof. Pilc wraz ze współpracownikami uzyskał patenty krajowe (nr 34566 (1946), 34498 (1948), 34749 (1948), 34499 (1949), 34546 (1950), 34955 (1951), 38208 (1954), 38225 (1954), 38579 (1955), 43447 (1959), 343648 (1959), 45374 (1959), 49554 (1963), 49813 (1963)).
Stała współpraca z zakładami chemicznymi w kraju: Z.A. w Tarnowie (Mościcach), Z.A. Kędzierzyn, Z.Ch. Bydgoszcz, ZPO Rokita w Brzegu Dolnym, Z.Ch. Dwory w Oświęcimiu, Z.Ch. Boruta w Zgierzu i szeregiem mniejszych fabryk chemicznych kieruje w coraz większym stopniu uwagę i zainteresowania prof. Pilca na problematykę bezpieczeństwa technicznego procesów technologicznych i zapobiegania często zdarzającym się w przemyśle chemicznym wybuchów. Jako znakomity praktyk przemysłowy jest jednocześnie stale powoływany przez resort chemii i kierownictwa zakładów na eksperta dla wyjaśnienia przyczyn zaistniałych wypadków. Jego zainteresowania i wiedza fizykochemiczna, dociekliwość i inwencja są w tym bardzo pomocne, stopniowo staje się najwybitniejszym w kraju specjalistą i pionierem badań w dziedzinie wybuchowości. O ile jego prace technologiczne i wdrożeniowe kończyły się zazwyczaj poufnymi sprawozdaniami, czasem patentami, to w dziedzinie bezpieczeństwa technicznego i wybuchowości ma większą swobodę i duże możliwości publikowania swych prac. W latach 1946 – 1979 A. Pilc ogłasza głównie na łamach Przemysłu Chemicznego, w większości samodzielnie, aż 42 publikacje z rac oryginalnych a także artykuły przeglądowe. Dwa pierwsze artykuły związane z jego pracą w CZPChem dotyczą problematyki płac i wynagradzania robotników2). Siedem przyczynków ogłoszonych ze współautorami w latach 1950 – 1967 dotyczy procesów technologicznych: otrzymywania eteru difenylowego, otrzymywania melaminy, otrzymywania N-metyloaniny, opracowania katalizatora do syntezy acetonu, odwadniania kwasu maleinowego do bezwodnika, katalitycznego otrzymywania N-etyloaniliny w fazie gazowej i otrzymywania etylenodiaminy oraz jej pochodnych3). W roku 1963, w numerze jubileuszowym Przemysłu Chemicznego wydanym z okazji 35. rocznicy otwarcia na Żoliborzu siedziby Chemicznego Instytutu Badawczego, zamieszcza prof. Pilc wspólny ze Z. Leszczyńskim artykuł przeglądowy o pracach Zakładu Technologicznego Instytutu Chemii Ogólnej4). Od tego momentu prof. Pilc przekazuje stopniowo tematykę technologiczną w ręce swych współpracowników.
Po roku 1965 prof. Pilc obejmuje w pionie badawczym Instytutu Chemii Ogólnej kierownictwo Zakładu Reakcji Chemogenicznych i z niewielkim zespołem poświęca się wyłącznie badaniom związanym w wybuchowością i bezpieczeństwem technicznym. Już po przekroczeniu w 1970 r. wieku emerytalnego i reorganizacji związanej z utworzeniem Instytutu Chemii Przemysłowej pracuje nadal jeszcze przez pięć lat w pracowni, której kierownictwo przejęła jego najbliższa współpracownica Irena Zaborowska. Służy swą radą i bogatym doświadczeniem zarówno dawnym współpracownikom jak i zgłaszającym się doń przedstawicielom przemysłu.
Ponad trzydzieści artykułów i przyczynków naukowych opublikowanych przez prof. Pilca w latach 1950 – 1979 dotyczy problematyki wybuchowości, wiele z nich zachowało swą wartość do dnia dzisiejszego. Obecne światowe trendy troski o bezpieczeństwo pracowników zatrudnionych w przemyśle chemicznym i ochrony środowiska naturalnego wokół zakładów przemysłowych, szczególnie chemicznych, świadczą dobitnie o trafności ego decyzji podjęcia w kraju tej tematyki już w latach pięćdziesiątych. Pierwsze trzy artykuły Pilca związane z tą dziedziną dotyczą tlenku etylenu i oznaczania w powietrzu pyłów i ołowiu5). Zagadnienia bezpieczeństwa pracy w przemyśle chemicznym przedstawił w obszernym rozdziale Chemia i Technika6). Z tego zakresu prowadził też wykłady na kursach na poziomie średnim i wyższym, w tym również na Politechnice Warszawskiej. Od 1955 do 1966 r. publikuje na łamach czasopisma Przemysł Chemiczny cykl jedenastu artykułów pod wspólnym tytułem „Niebezpieczeństwo wybuchów palnych par i gazów w powietrzu”7). W cyklu tym kolejno omawia: (I) – zapobieganie wybuchom przez rozcieńczenie mieszaniny palnych par i gazów dodatkiem gazu obojętnego podając praktyczne wzory dla praktyki, (II) – definicję i terminologię z dziedziny wybuchowości, (III) – przybliżoną relację między temperaturą zapłonienia mieszaniny gazów a teoretycznie osiągalną temperaturą spalania tych gazów, (IV) – wpływ różnych czynników na wyznaczone eksperymentalnie wartości liczbowe dolnych granic wybuchowości dla różnych substancji i przybliżone metody obliczeniowe, (V) – dokładniejsze metody rachunkowe wyznaczania dolnych granic wybuchowości w oparciu o dane termodynamiczne w zestawieniu z eksperymentalnie wyznaczonymi. W kolejnych trzech artykułach zajmuje się: (VI) i (VIII) kinetyką spalania zachodzącego samoczynnie pod ciśnieniem atmosferycznym, (VII) wprowadza pojecie zredukowanej szybkości spalania. Następne dwa przyczynki naukowe z tego cyklu ogłoszone wspólnie z J. Strzeleckim (IX) i S. Kurowskim (X) o charakterze eksperymentalnym dotyczą opracowania oryginalnych metodyk i konstrukcji aparatury do pomiaru „rzeczywistej” temperatury spalania mieszaniny o stężeniu granicznym i do oznaczania temperatury zapłonienia stanowiącej według prof. Pilca miarę energii aktywacji reakcji zachodzących w procesie spalania. W ostatnim (XI) artykule z tego cyklu, ogłoszonym w dwóch częściach autor podaje metody obliczania parametrów wybuchowości w oparciu o teoretyczne rozważania, w szczególności obliczanie dolnych granic wybuchowości mieszanin gazowych w oparciu o eksperymentalnie wyznaczane wartości maksymalnej bezpiecznej szczeliny (MEBS).
O ile pierwsze prace prof. Pilca z wybuchowość w większości miały charakter teoretyczny i były oparte na danych z literatury technicznej, to późniejsze, dzięki finansowaniu tej tematyki przez odpowiednie departamenty Ministerstwa Przemysłu Chemicznego opierają się już na własnym materiale eksperymentalnym. Przy współudziale zdolnych inżynierów i techników powstają oryginalne konstrukcje aparatów wahadłowych termostatowanych do wyznaczania dolnej granicy wybuchowości, MBS, urządzenia dozujące i do sporządzania mieszanek palnych par i gazów. Podejmowane są trudne tematy wyznaczania dolnej i górnej granicy wybuchowości dla mieszanek węglowodorów zawierających chlor, czy wodoru z tlenkiem i podtlenkiem azotu8). Zostaje nawiązana też współpraca z placówkami badawczymi w NRD (Wyższą Szkołą Górniczą we Freibergu w Saksonii) i w CSSR, a w kraju z doświadczalną kopalnią „Barbara”. W latach 1971 – 1974 Pilc i współpracownicy publikują trzy przyczynki z badań wyjaśniających przyczyny samozapłonów olejów w sprężarkach, gazów odlotowych z instalacji mocznika i disiarczku węgla9). Dorobek naukowy swego zespołu przedstawił zaś prof. Pilc będąc już na emeryturze w specjalnym wydawnictwie Ministerstwa Przemysłu Chemicznego10).


W 1979 r. na prośbę ówczesnego redaktora Przemysłu Chemicznego, prof. Pilc pisze dwa artykuły: „o relacjach między dolną granica wybuchowości, MEBS i wartością opałową palnych par i gazów” i „o współzależności różnych parametrów wybuchowości na przykładzie mieszanek dwusiarczku węgla z pentanem”, które ukazują się drukiem11). Pisze jeszcze dwa następne artykuły, jeden z nich przesyła do redakcji na przełomie lat 1979/1980, jednak jego stan zdrowia i bieg wydarzeń w kraju spowodowały, że prace te nie ukazały się w druku. W dorobku naukowym profesora Pilca szczególną wartość zachowały prace pozwalające na oszacowanie parametrów wybuchowości dla mieszanin substancji, dla których brak jest danych doświadczalnych. Po wojnie profesor Pilc był dwukrotnie laureatem Nagród Państwowych za działalność naukową i techniczną: indywidualnej II stopnia i zespołowej III stopnia. Został uhonorowany Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski, dwukrotnie Złotym Krzyżem Zasługi i wielu innymi oznaczeniami.
Profesor Aleksander Pilc ponad 50 lat służył swą wiedzą i doświadczeniem polskiemu przemysłowi chemicznemu, był rzecznikiem ruchu wynalazczego i racjonalizatorskiego wielce cenionym w stowarzyszeniach naukowo-technicznych. Był człowiekiem życzliwym o dużym uroku osobistym. Stroniąc od polityki był zawsze chętnym do współpracy i chętnie służył radą i pomocą młodszym kolegom. Był wieloletnim członkiem rad naukowych instytutu i rady technicznej odpowiedzialnej za bezpieczną organizację prac badawczych, szczególnie w skalach większych od laboratoryjnej. Zmarł po dłuższej chorobie dnia 16 lipca 1983 roku i został pochowany na Cmentarzu Wawrzyszewskim. Wspomnienie o Nim ukazało się w 1983 roku w czasopiśmie, na łamach którego tak często gościł jako Autor.
Szczególne podziękowania składam córce Profesora pani Zofii Grzelczyk za pomoc w zebraniu materiałów do artykułu.
prof. Kazimierz Zięborak

LITERATURA
1. W. Świętosławski, A. Piltz, F. Kraczkiewicz, Roczn. Chem. 1931, 11, 40-48; Bull. Intern. Acad. Polon. 1931, No 2A, 148-151.
2. A. Pilc, Przem. Chem. 1945-46, 25; ibid 1947, 175.
3. A. Pilc, L. Rybacki, H. Osmólski, Przem. Chem. 1950, 194; A. Pilc, S. Domanusowa, ibid, 1952, 256; A. Pilc, L. Rybacki, ibid, 1952, 256; E. Treszczanowicz, A. Pilc i in., ibid 1955, 33; J. Kubica, L, Rybacki, Z. Leszcyński, A. Pilc, ibid 1962, 41, 458; Z. Leszczyński, S. Kurowski, I. Zaborowska, A. Pilc, ibid, 1965, 44, 202; Z. Leszczyński, J. Kubica, A. Pilc, W. Bacia, ibid, 1967, 46, 210.
4. A. Pilc, Z. Leszyński, Przem. Chem. 1963, 42, 693.
5. A. Pilc, A. Ostrzycki, Bezpieczeństwo i Higiena Pracy 1950, 4, 4; A. Pilc, ibid, 1951, 5, 14; A. Pilc, O. Kirkor, ibid, 1952, 6, 220.
6. A. Pilc, Chemia i Technika, tom V, PWT, Warszawa 1950, S. 742-784.
7. A. Pilc, (I) Przem. Chem. 1955, 20; (II) ibid, 1955, 357; (III) ibid, 1955, 350; (IV) ibid, 1956, 433; (V) ibid, 1957, 591; (VI) ibid, 1958, 37; (VII) ibid, 1960, 39, 177; z M. Przetakiewiczem (VIII) ibid, 1960, 39, 452; z J. Strzeleckim (IX) ibid 1962, 41, 243; z S. Kurowskim (X) ibid, 1962, 41, 324; (XI) ibid, 1966, 45, 509, 544.
8. A. Pilc, J. Strzelecki, Przem. Chem. 1968, 47, 151; z J. Kubicą, H. Dobrowolskim, W. Weigtem, ibid, 1968, 47, 218, 299; z H. Czyżewską, ibid, 1968, 47, 421; z H. Czyżewską, I. Zaborowską, S. Kurowskim, ibid, 1968, 47, 550; z S. Kurowskim, ibid, 1968, 47, 696.
9. A. Pilc, M. Zdanowski, Archiwum Procesów Spalania 1971, 2, 65; z I. Zaborowską, H. Czyżewską, B. Nisenholc, ibid, 1971, 2, 329; L. Starski, I. Zaborowska, A. Pilc, ibid, 1974, 5, 91.
10. A. Pilc, I. Zaborowska, Ochrona Przeciwpożarowa w Przemyśle Chemicznym 1971, Nr 3, 1; z I. Zaborowską, L. Starskim, Z. Wietewską, ibid, 1972, Nr 2, 1.
11. A. Pilc, Przem. Chem. 1979, 58, 476, 527.
Źródło: http://www.absolwenci.sieniu.czest.pl/index.php...
Foto: http://stronyrodzinne.prv.pl/piltz/piltz.html

O DYNGUSIE. Moje wspomnienie z lat młodości. Autor: Zdzisław Wagner

 O DYNGUSIE. Moje wspomnienie z lat młodości. Autor: Zdzisław Wagner

Drugi dzień Świąt Wielkanocnych był najbardziej oczekiwany przez młodych chłopców z Kamienicy Polskiej, poprzedzony wielodniowymi przygotowaniami. Zaczynało się od produkcji witek wierzbowych zwanych winowaczkami. Pamiętam, że najlepsze do tego celu były młode wierzby rosnące na mokrych terenach, w pobliżu ulicy Magazynowej, za domostwami moich kuzynów, Czesława i Bogdana Wnuków. Zrywało się cienkie gałązki i po uporządkowaniu, pleciono na mokro specjalnymi węzłami krzyżowymi. Powstawała winowaczka o długości 50-70 cm, o przekroju kwadratu około 3 cm. Nazwa tegoż „narzędzia pokuty” w rękach młodych mężczyzn pochodzi, jak się wydaje, od karcenia za winy miejscowych dziewczyn. Zależnie od regionu, bicie witkami interpretowano również, jako „suszenie” konieczne po wcześniejszym oblaniu wodą. Tak zwany dyngus, słowo od niemieckiego „dingen”, oznacza „wykupywać się”, zaś dyngus po słowiańsku nazywał się „włóczebny”, czyli zwyczaj składania wizyt u znajomych i rodziny, połączonych z poczęstunkiem.

Śmigus był odrębnym zwyczajem polegającym na laniu wodą i biciu wspomnianymi witkami. Z czasem śmigus z dyngusem zlał się we wspólną tradycję, nie do końca utrzymaną do dziś. W Kamienicy jedno i drugie miało miejsce w mojej młodości, odwiedzano domostwa i po wcześniejszym zlaniu wodą kobiet, młode panny bito winowaczkami, by odpokutowały za winy i szybko wydały się za mąż. Po laniu i biciu zasiadano za stołem świątecznym zastawionym wędlinami, jajkami, ciastem i wódeczką. Zwłaszcza tej ostatniej nie mogło zabraknąć. Odwiedzaliśmy wiele domów, jednak zawsze pozostawał niedosyt, przynajmniej u mnie, w postaci nieodwiedzonych w porę adresów. Z jakich przyczyn? Nie odważę się wspomnieć.
 

O DYNGUSIE NIEPEDAGOGICZNYM.

 O DYNGUSIE NIEPEDAGOGICZNYM.

Próbowałem upleść winowaćkę. Katastrofa. Kiedyś zaplatał je dziadek Antoni. Tata również nieźle sobie radził. Mnie brakowało cierpliwości, by się nauczyć tej sztuki. Moja rola ograniczała się do przyniesienia wiklinowych witek z ogrodu Szejna. W obrębie dawnej Kamienicy było kilka szkól zaplatania. Końcowy efekt pracy mistrzów w tym fachu budził podziw „dyngusiorzy". Panny na wydaniu raczej nie miary możliwości kontemplowania precyzji splotu. Chyba, że ów splot odcisnął się pięknie, niczym pieczątka naczelnika stacji w „Pociągach pod specjalnym nadzorem", na pośladku dziewczęcia. Mogła go sobie obejrzeć stojąc tyłem do lustra... O sposobach prześladowania kobiet w czasie dyngusu krążą po Kamienicy legendy. O pławieniu w rzece albo w studniach. O nabytych w czasie owych podtopień zapaleniach płuc, kończących się niekiedy zejściem śmiertelnym. Próba opisania dyngusu kamieniczan to zadanie karkołomne. Wręcz niewykonalne. Jak oddać ów specyficzny nastrój wielkanocnego poniedziałku?

Ową tajemniczą, radosną aurę, która ma swe źródło w słowiańskim święcie wiosny. W kulcie witalności, młodości i płodności. Słowa tu nie wystarczą. Dyngusiorze musieli wstać bardzo wcześnie, by zrealizować swój plan. Do domów, w których wylegiwały się w łóżeczkach zaróżowione na twarzy, od pokrzepiającego snu, dziewczęta niełatwo byto wejść. Najczęściej zamki, zasuwy, haczyki i różne barykady można było pokonać dzięki męskiej solidarności. Ojcowie wspaniałomyślnie godzili się na wychłostanie swych latorośli. Zdarzało się, że i matki podlotków chętnie wpuszczały dyngusiarzy, gdyż uznawały do-roczne smagnięcie witkami po pupach za najlepszy środek na dziewczęcą gnuśność i lenistwo. Próbuję po latach odtworzyć szlak dyngusowych peregrynacji. Zaczynaliśmy z tatą od obicia kuzynek, córek cioci Celiny z kidawów Kuśnierczykowej. O cioci Celinie fachowo należałoby pisać „stryjenka", ale akurat w Kamienicy jakoś nie lubiano tej temiinologii. Bracia taty, Stanisław i Leon, dziwiliby się niepomiernie, gdybym powiedział któremuś z nich „stryjku". Wyraz ten raczej ze strychem im się kojarzył. Wracam do wielkanocnego polowania na podlotki. Kolejnymi ofiarami na liście były kuzynka Mariola, mieszkająca za drogą, i jej serdeczna przyjaciółka Basia Litarska, przyjeżdżająca na święta z Opola, do babci - Marii Pilcowcj. Niezła zabawa była wówczas, gdy atakowaliśmy większą grupkę dziewcząt używając modnych wówczas „jajeczek" z wodą. Nie pamiętam, czy kupowało się ów sprzęt w kiosku, czy na odpuście. Niektórzy mieli nowoczesne pistolety na wodę, ale zdarzało się, że zawodziły one w decydujących momentach, akurat wówczas, gdy trzeba było pochwyconemu przez kolegów dziewczęciu zadozować nieco wody za koszulę. Dziewcząt w latach 60. nie brakowało. W każdym domu dwie albo i trzy, wiadomo - powojenny wyż demograficzny. Na dodatek wiele panienek zjeżdzało na święta do rodzin. Stanowiły dla nas atrakcyjny kąsek. Wszak obicie winowaćką i zlanie wodą „paniusi z miasta" było dla wiejskich chłopaków wyzwaniem. I - co tu dużo gadać - przyjemnością. W tamtych czasach żadnej kobiecie nie przyszło do głowy uznać nasze radosne harce za akt przemocy, męskiego szowinizmu czy rodzaj molestacji. Przeważał akcent zabawowo-edukacyjny. To była odmiana ulubionej w naszym dzieciństwie gry komputerowej - bez komputerów rzecz jasna - podchodów. Właśnie gonitwy i „zapasy" z dziewczętami miały walor edukacyjny. To wtedy kilku- i kilkunastoletni chłopcy dowiadywali się, że niektóre, co bardziej wyrośnięte dziewczęta mają pod białymi świątecznymi bluzkami biustonosze. Pamiętam, że młodsza Nucówna „z pola" (jej imię doskonale pamiętam, ale nie wiem, czy życzyłaby sobie upublicznienia naszych dyngusowych przygód) świetnie prezentowała się ze zmoczonymi włosami, w bluzce ociekającej wodą- kitle przylegającej do ciała. Ten efekt miałem na myśli podkreślając edukacyjny walor naszych młodzieńczych zabaw koedukacyjnych. (Na długo przed wynalezieniem konkursu „miss mokrego podkoszulka"). W czasie dyngusu odkładano na chwilę surowe zakazy i napomnienia. Oblać wodą można było każdą dziewczynę, ale tak naprawdę polowało się tylko na niektóre... O ile dobrze pamiętam nie używaliśmy w rozmowach nazwy „lany poniedziałek". To określenie kojarzy mi się z działalnością wyrostków biegających po miastach z wiadrami i plastikowymi butelkami. U nas na wsi było subtelniej. Strażacy łagodnym strumieniem z hydronetek polewali idące do kościoła panny. Unikano jednak moczenia matron; wiadomo, że dostojnym paniom wystrojonym w futra lub zwisające lisy poczucie humoru nie zawsze dopisywało. Ciekawe, że dyngusowa marszruta taty zawsze wiodła w stronę Romanowa, a nie w stronę „końca Kamienicy". Pierwszy z odwiedzanych przez nas domów to gościnny dom Jana i Jadwigi z Krzechkich Fazanów. Choć tata zawsze zachęcał mnie do tęgiego używania winowaćki, nie potrafiłem skorzystać z przypisanego dyngusowym obyczajom prawa. Jakże mógłbym zrobić krzywdę osobie, którą ceniłem i lubiłem za życzliwość, spokój, serdeczność. Markowałem tylko dyngusową chłostę. Wszak najważniejszym momentem dyngusowania były pogaduszki, wspominanie legendarnych dyngusiorzy, monstrualnych wręcz ilości uzbieranych przez nich jaj wożonych na taczce, a nade wszystko wymyślnych sposobów dostawania się przez okna do domów panien. Następny popas wypadał u Madrów, potem - po sąsiedzku u Polaczków i Kalinowskich. Pamiętam miłe chwile u Paszów (słabość taty do pani Grażynki, po mężu Krzechkiej, udzielała się i mnie) u Józi z Chłądzyńskich Cianciarowej. Bałem się nieco u Najnigierów w Romanowie, bowiem Bonifacy straszył (skąd mogłem wiedzieć, że to żarty?), że posadzi mnie na fotelu dentystycznym. Dyngus kończyliśmy tradycyjnie u Józefy i Tadeusza Kuśnierczyków, pod lasem. Dopiero po latach dotarło do mnie, że trasa wędrówki taty była po prostu konsekwencją rodzinnych powiązań. Zapewne byliśmy jeszcze w kilku innych domach, ale nie wszystkie fakty z wczesnego dzieciństwa się pamięta. Pamięta się jednakdoskonale smak wybornych ciast i bab wielkanocnych. Co jak co, ale na Wielkanoc pieczono w Kamienicy prawdziwe pyszności. Po rytualnym obrządku z użyciem winowaćki, gospodyni zadawała pytanie: - co zbierasz, jajka czy pieniądze? Zawsze byłem w kropce. Skromność podpowiadała, by opowiedzieć się za kraszankowym nabiałem, jednak dusza tęskniła za odrobiną grosza, wszak w szkolnym sklepiku można było sprawić sobie tyle słodkich uciech. Dropsy, irysy, toffi i kompletny szlagier smakowy tamtych czasów: draźe indyjskie. Wspomnienia dyngusowania z tatą stanowią jaśniejszą, pogodną stronę refleksji nad minionym. Tata spełniał się jako dyngusiorz doskonale. Pamiętam, jak uciekały przed nim w popłochu ciotki z Warszawy. Mama niekiedy miała za złe te iście chłopięce zabawy. Z perspektywy półwiecza wiem, że właśnie zachowanie w sobie chwil chłopięcej radości i beztroski jest w życiu najważniejsze. Na co komu we wspomnieniach ponura i napuszona poza. Na co śmiertelna powaga, dbanie o pozory, o to „co ludzie powiedzą". Liczy się osobowość, życzliwość, radość. że było hałaśliwie? Przynaj mniej jest co wspominać. Ci, co gardzili kamińską tradycyją i podtrzymywanymi dzięki niej kontaktami z ludzmi, nie wiedzą nawet co stracili. Któraś z kamieniczanek, zapewne pani Henryka Mader, mówiła: -jak Kazik przyszedł po dyngusie, to wtedy dopiero czuło się, że są święta. Święta bez Kazika, to nie święta. Lubię, gdy tak wspominają tatę. Choć nie dyngusuje już siedem lat. Próbuję jakoś podtrzymać tradycję. Niezbyt dobrze mi wychodzi. Winowaćka zrobiona przeze mnie z witek przywiezionych z Poczesnej, była koślawa i beznadziejnie spleciona. Ale nawet tak niedoskonała, niczym wyrzut sumienia dla kamieniczan z sudeckim rodowodem dobrze przysłużyła się tradycji. Bo tak się szczęśliwie składa, że na domy Marioli i Basi zawsze mogę liczyć. Dzięki gankowi.


Autor: Andrzej Kuśnierczyk

Źródło: Kwartalnik ,,Korzenie” nr61, R XVII , 2/2007r

Uruchomienie agencji pocztowej Kamienica-Polska. 1934r

 Uruchomienie agencji pocztowej Kamienica-Polska. 1934r

Agencja pocztowa Kamienica - Polska w pow. częstochowskim zostanie uruchomiona 16 b .m . — Agencja ta będzie połączona kursem traktowym z agencją pocztową w Poraju k. Częstochowy. Do miejscowego okręgu doręczeń nowo kreowanej agencji pocztowej w Kamienicy-Polskiej włącza się wieś Kamienica-Polska. Do zamiejscowego okręgu doręczeń natomiast włącza się wsie: Zawada, Waanaty, Osiny, Rększowice, Hutki, Jamki, Wąsorz, Łazice, Nierada, Łysieć, Klepaczka, Starcza, Poczesna, Poczesne kol.,Bargły, Zawisna, Zawodzie, Dębowiec, Rudnik Wielki i Rudnik Mały. Na stanowisko kierownika agencji w Kamienicy Polskiej zaangażowany został p Bronisław Langier. Źródło: Słowo Częstochowskie : dziennik polityczny, społeczny i literacki. R.4, nr 257 (10 listopada 1934)

Statystyki. Kamienicana.

 Statystyki. Kamienicana.

W zestawieniu statystycznym z 1867 r. dotyczącym pogłowia zwierząt gospodarskich powiatu częstochowskiego w gminie Kamienica Polska odnotowano 44 konie, 1158 sztuk bydła, 102 sztuki trzody. Nie hodowano zupełnie owiec. Dla porównania podajemy dane z innych gmin. Bargły (ówczesna nazwa gminy Poczesna) - konie 112, bydło 1069, trzoda 57, owce - 900. Huta Stara-konie 231, bydło 1403, trzoda 160, owce - 3 500. Olsztyn - konie 369, bydło -1035, trzoda 265, owce 3275. Dane pochodzą z publikacji Franciszka Sobalskiego pt. Materiały do stosunków gospodarczo-spolecznych pow. częstochowskiego w XIX i XX w. zamieszczonym w IV tomie „Ziemi Częstochowskiej", s. 153 W tej samej publikacji (na str. 157) podano liczbę gospodarstw rolnych w gminie Kamienica Polska w 1930 roku: 418, w tym rodzin bez roli 100. Analogicznie w Hucie Starej 707 -318, w gminie Poczesna 472 -77, w gminie Olsztyn 1 154 - 138.


„Stosunkowo dużymi ośrodkami tkactwa były wsie Kamienica Polska, Huta Stara i Czarny Las - czytamy na str. 162 omawianego opracowania. „Według danych z r. 1867 w Kamienicy Polskiej było czynnych 257 warsztatów tkackich, które zatrudniały łącznie 514 robotników. Produkcja różnych płócienek bawełnianych (za okres do września tego roku) wynosiła tu 935 480 arszynów. W Hucie Starej było 110 warsztatów, zatrudniających 220 osób, które wyprodukowały 109 200 arszynów płótna bawełnianego, kretonów i perkalików..."
Źródło: Kwartalnik ,,Korzenie” nr61, R XVII , 2/2007r