Łączna liczba wyświetleń

poniedziałek, 1 stycznia 2024

LATO, GDY PRZYJDZIE, CO Z NIM CZYNIĆ? WYPRAWY ROWEROWE I NIE TYLKO

 LATO, GDY PRZYJDZIE, CO Z NIM CZYNIĆ? WYPRAWY ROWEROWE I NIE TYLKO

Dawno minęły już czasy, gdy starym, poczciwym rowerem marki „diamant” (rok produkcji 1967 lub 1968) przemierzałem trasę z Kamienicy Polskiej do Katowic, do Zduńskiej Woli, do Wiślicy albo (ekstremalnie) z Bydgoszczy do Kołobrzegu i z Kołobrzegu do Gdańska. Żadna z tych wypraw nie trwała dłużej niż dwie doby. I to w czasach, gdy nie było ścieżek rowerowych, wypasionych kasków, okularów, koszulek termicznych, odżywek w batonikach, płynów w bidonach i GPS-u. Ot, straszne, siermiężne lata 70. A więc szalejąca „komuna”, brak podstawowych produktów spożywczych i totalny zamordyzm – jak twierdzą współcześni historycy. Na szczęście nie muszę przejmować się artykułami pisanymi na zamówienie na temat okrutnych lat zniewolenia.


Żyłem bowiem w tych czasach, czytałem literaturę światową, oglądałem niezłe filmy, rozmawiałem z ciekawymi ludźmi a nawet udało mi się ukończyć studia. Łącznie z podyplomowymi. Na szczęście nie wyjeżdżałem za granicę, bo mógłbym dziś być o coś tam posądzany. Znalazłem na mój temat „w sieci” jakieś papiery, ale okazało się, że ów człek o nazwisku zbliżonym do mojego służył w KBW, gdy mnie jeszcze nie było na świecie. Sądziłem, że moje wyprawy rowerowe są już zamkniętym rozdziałem. W końcu każdy „wyczynowiec” musi kiedyś odłożyć miecz, powiesić buty na kołku, zwolnić tempo, wyluzować, a rower przekazać do muzeum. Jakież było moje zdziwienie, gdy mój syn (nie posądzałem go o pasje kolarskie) zadzwonił i namówił mnie na wyprawę. – Jedziemy do ujścia Liswarty zielonym szlakiem – zawyrokował. Spanikowałem. Archaiczny rower rdzewiał w piwnicy. Moje nieużywane mięśnie nie nadawały się do użytku. O dziwo wyruszyliśmy. Oczywiście z nawigacją GPS. Duktami leśnymi, polnymi ścieżkami i mało uczęszczanymi, podrzędnymi drogami. Aż do miejscowości Kule nad Liswartą.


W pobliżu Wąsosza. Wszystko byłoby piękne, gdyby nie atak komarów. Zapamiętam sobie ten dzień. Na dodatek droga powrotna w upale i monstrualnym ruchu samochodowym, przebijanie się przez spaloną słońcem Częstochowę. Wreszcie na koniec burza z piorunami i ulewny deszcz. Należało przewidzieć, że data – 13 czerwca – nie zapowiadała sielanki. Na dodatek w przejeździe podziemnym pod stacją kolejową Raków uszkodzenie kola. Ktoś wyjął płytkę chodnikową. Dętka nie wytrzymała zderzenia z ubytkiem. A z rzeczy milszych? Wyprawa rowerowa w Boże Ciało do źródeł Liswarty. W gminie Babienica. Szkopuł w tym, że takich źródeł obecnie nie ma. System nawigacji pokazał łąkę w pobliżu przysiółka Mzyki, gdzie podobno dawniej rzeka miała swe źródła. Znów burza z piorunami i ulewa. Kilka kilometrów dalej nie spadła nawet kropla deszczu. O zwiedzaniu rezerwatu Grojec, tajemniczej góry, o której pisał Józef Lompa, już nie było mowy. Na rowerową wyprawę wiślańskim szlakiem chyba się już nie namówię. Wiek robi swoje. Jeszcze pamiętam straszny skurcz mięśni nad zalewem w Ostrowach nad Okszą. Ale miło wspominam rzeczkę Kocinkę, która dała nam nieco wytchnienia. Na wyprawy do Dzibic k. Kroczyc, Zalesic k. Julianki i nad zbiornik Nakło – Chechło (za Miasteczkiem Śląskim) wybrałem się samochodem. Wiem, że to nieekologiczne i niegodne cyklisty. Ale jaki NFOZ zapewni mi profesjonalne odżywki, napoje energetyczne, masaże i preparat na komary tygrysie? No i jaki warsztat naprawi gratis zósemkowane koło? Cała nadzieja w inżynierze Bernadzikowskim. Właśnie wrócił z Karpacza. Autor: Andrzej Bohdan
Źródło: Kwartalnik ,,Korzenie” nr109 , R.: XXIX 2/2019

Olbrzymi pożar w Zawadzie, 1931r

 Olbrzymi pożar w Zawadzie, 1931r

We wsi Zawada, gm. Kamienica Polska, w zabudowaniach pp. Jana i Stanisława Hurasów, powstał wskutek zaprószenia ognia pożar, którego pastwą padł dom mieszkalny, stodoła ze zbożem i obora. Straty wynoszą 12 tys. zł. Źródło: Słowo Częstochowskie : dziennik polityczny, społeczny i literacki, poświęcony sprawom miasta Częstochowy i powiatu. R.1, nr 113 (31 lipca 1931)

Tajemniczy napad na kobietę. 1931r

 Tajemniczy napad na kobietę. 1931r

Napastnicy ciężko poranili przechodzącą na drodze publicznej mieszkankę Konina. Jednej z ostatnich nocy powracający z Częstochowy do Wrzosowej jeden z tamtejszych włościan, spostrzegł na szosie leżącą bezprzytomną kobietę i natychmiast zawiadomił o tem policję, która stwierdziła, że nieznajoma, dająca jeszcze słabe oznaki życia, była mocno skrępowana sznurem, szyję zaś miała ściśniętą cienkim drutem. Nieznajomą odwieziono do ambulatorjum Kasy Chorych, gdzie lekarz zajął się przywróceniem jej do życia. Przy nieznajomej znaleziono papiery, wystawione na imię Anny Klimczak. Po udzieleniu jej pierwszej pomocy zeznała, że zabrakło jej pieniędzy na podróż, to też zamierzała dojść pieszo z Krakowa do Częstochowy. W pobliżu Wrzosowej spotkała na szosie auto, z którego wysiadło dwóch osobników. Zaproponowali oni Klimczakowej, że odwiozą ją do Częstochowy. Kiedy ujechano kawałek drogi, jeden z osobników poczęstował ją papierosem, a gdy odmówiła, uderzył ją w twarz, poczem obaj skrępowali ją sznurem. Klimczakowa straciła przytomność. Policja prowadzi w tej sprawie energiczne śledztwo, celem wykrycia opryszków.


Źródło: Słowo Częstochowskie : dziennik polityczny, społeczny i literacki, poświęcony sprawom miasta Częstochowy i powiatu. R.1, nr 86 (28 czerwca 1931)

Jan Opaliński – malarz, grafik, ilustrator Tarota Magów. Peryskop kulturoznawczy.

 Jan Opaliński – malarz, grafik, ilustrator Tarota Magów. Peryskop kulturoznawczy.

Jan Opaliński – malarz, grafik, ilustrator Tarota Magów.
Poznałem go w Kamienicy Polskiej. Przyjechał ze swoją przyszłą żoną Katarzyną do domu Józefy z Chłądzyńskich Cianciarowej. Spotkanie odbyło się latem „nad basenem”. Do dziś pamiętam Kasię i Jana, młodych, radosnych, trzymających się za ręce (Kasia z kwiatami we włosach). Właśnie wtedy powiadomili mnie o ślubie. Odwiedziłem ich raz w Łodzi w drugiej połowie lat 70. Wiedziałem, że Jan kończył studia w Państwowej Wyższej Szkole Sztuk Plastycznych (obecnie Akademia Sztuk Pięknych).



Miał już chyba własną pracownię, jeśli dobrze pamiętam na jakimś strychu; zażarcie dyskutowaliśmy o polityce. Małżeństwo Jana i Kasi niestety rozpadło się. Niedawno dowiedziałem się o jego śmierci (zmarł w 2014 r.). Nadrabiając zaległości przejrzałem jego artystyczne dossier. Jego profesorem był Juliusz Narzyński (uczeń sławnego Artura Nachta – Samborskiego), zapewne dlatego posiadał znakomity warsztat, najbardziej podobały mi się jego wspaniałe kobiece akty. Co zaskakujące, zilustrował Tarot Magów Jana Witolda Suligi. Był uznanym i cenionym w środowisku plastycznym twórcą. Uprawiał także grafikę. Miał wiele wystaw, jedną z pierwszych była wystawa w Kairze (w 1978 r.) na Uniwersytecie Amerykańskim. Dzieła Jana Opalińskiego osiągają na aukcjach wysokie ceny.
Dziękuję Izabeli Cianciarze za zgodę na zreprodukowanie dwóch obrazów, które Jan Opaliński stworzył w czasach studenckich, a które wisiały na werandzie domu Jana i Józefy Cianciarów w Kamienicy Polskiej. Jeden przedstawia szkic domu Cianciarów - z werandą (to na tej werandzie rozmawialiśmy z Katarzyną na temat książek z biblioteki w Kamienicy Polskiej), a drugi Górę Kapuścińskiego.
Andrzej Bohdan

Młodociany złodziejaszek skradł samochód. Kamienica Polska 1931r

 Młodociany złodziejaszek skradł samochód. Kamienica Polska 1931r

W ubiegły poniedziałek skradziono ze stodoły p. Izydora Nabiałka w Kamienicy Polskiej, półciężarowe auto firmy „Chevrolet". Jak się okazało, kradzieży dokonał 14-letni piekarczyk Józef Polak, który na skradzionej maszynie dojechał aż do wsi Woźniki za Radomskiem, gdzie z braku benzyny musiał się zatrzymać.

Auto zostawił u sołtysa, przyczem sam udał się po benzynę. Po kilku godzinach wpadła policja na trop zbiega, auto zostało odebrane, zbieg narazie się ulotnił. Źródło: Słowo Częstochowskie : dziennik polityczny, społeczny i literacki, poświęcony sprawom miasta Częstochowy i powiatu. R.1, nr 44 (7 maja 1931)

LISTA CZŁONKÓW ZWIĄZKU B. OCHOTNIKÓW ARMJI POLSKIEJ ODDZIAŁ KAMIENICA POLSKA. 1936R

 LISTA CZŁONKÓW ZWIĄZKU B. OCHOTNIKÓW ARMJI POLSKIEJ

ODDZIAŁ KAMIENICA POLSKA. 1936R
Osada Kamienica Polska liczy około 3000 tysiące dusz. Przed wielką wojną na terenie naszym starsza generacja obywateli pracowała ideowo, zakładając bibljotekę, sklep spółdzielczy oraz pracując konspiracyjnie przeciw caratowi, o czem w starych dziennikach znaleźć można liczne wzmianki. M. inn. w „Zorzy“ natrafia się kilkakrotnie nazwisko p. Jana Cianciary. Tacy obywatele urabiali grunt dla Niepodległości. Młodzież także była odpowiednio urabiana. Gdy wybuchła wojna światowa wstępowała do legjonów, a młodzi pracowali podziemnnie w P.O.W . Po rozbrojeniu zaborców prawie wszyscy wstąpili do oddziałów ochotniczych, a było tej „wiary“ zgórą setka. Dzisiaj nie można już się ich doliczyć: jedni zginęli (tym miejscowy Komitet obywatelski ufundował dwie tablice pamiątkowe— wmurowując jedną na ścianie gmachu szkoły powszechnej, drugą w kościele parafjalnym) a reszta rozbiegła się po całej Polsce za chlebem. Zorganizowanych jest nas 43-ch.

CZŁONKOWIE ZARZĄDU: Benke Józef prezes, Jadowski Antoni vice-prezes, Hajńdrych Franciszek skarbnik, Kardyński Jan sekretarz, Rapczyński Jazef czł. zarządu, Kołaczkowski Maks czł. zarządu, Gall Bolesław komendant. CZŁONKOWIE ODDZIAŁU: Benke Józef, Banaś Andrzej, Kardyński Jan, Forc Józef, Krzyczmonik Władysław, Gajczyk Józef, Polaczek Józef, Pilc Antoni, Walentek Mateusz, Rapczyński Józef, Hajńdrych Franciszek, Gładzik Bronisław, Jadowski Antoni, Kołaczkowski Maks. Marsik Bronisław, Sobota Roman, Polaczek Edward, Rychter Ludwik, Rybak Adam, Jeruszka Leon, Szkoda Stanisław, Krauze Piotr, Szaflik Antoni, Prauza Ignacy, Gall Bolesław, Sobota Jan, Rak Maksymiljan, Wróblewski Roman, Holi Józef, Molski Jan, Łebek Jan, Przyłucki Jan, Churas Ignacy, Stuglik Ludwik, Godzina Walenty, Czekalski Ryszard, Mianowski Zygmunt, Bielobradek Bronisław, Giedryk Kazimierz. Cianciara Jan. Cianciara Walery. Klar Antoni. Czerny Ksawery. Źródło: OCHOTNIK

NIEPODLEGŁOŚCIOWIEC 1914-1921 , 15/16 sierpnia 1936 r 

Gorący wsad. Żelazko na duszę (lub ma).

 Gorący wsad. Żelazko na duszę (lub ma).


Zapotrzebowanie na sprawne żelazka w XIX wieku było ogromne. Rzecz szła nie tylko o modę, ale i osobistą higienę, gorące żelazo bowiem częściowo chociaż odświeżało bieliznę i odzież. Julian Ursyn Niemcewicz w „Podróżach historycznych po ziemiach polskich w latach 1811 – 1828 odbytych” notował, że w kopalniach i hutach w miejscowości Chlewiska „już pięć tysięcy cetnarów żelaza się wytwarza”. Urobek zaś na miejscu był przerabiany na kotły, osie i garnki, a „dziś zaczęto lać żelazka do prasowania”.

Pierwszym udoskonaleniem było wprowadzenie żelazka z duszą. Żelazny wsad nagrzewano na kuchence i umieszczano wewnątrz specjalnego urządzenia wykonanego najczęściej z mosiądzu. Rączkę izolowano drewnem lub porcelaną, a samo żelazko często zdobiono metalowymi elementami.

W domach bywało po kilka dusz do żelazka – gdy korzystano z jednej, druga się nagrzewała. Wynalazek ten miał podstawową zaletę – nie brudził prasowanej bielizny. Nie wyparł jednak żelazek lanych, do których też wprowadzono pewne udogodnienia: w 1871 roku niejaka pani Mary Potts opatentowała własne żelazko z odczepianą rączką, dzięki czemu uchwyt już nie parzył. Dodatkowo z żelaza robiono mu tylko stopę i boki, a wypełniano materiałem słabo przewodzącym ciepło, na przykład gliną.

W ten sposób metal dłużej pozostawał nagrzany. Każdy rodzaj żelazka miał inne zastosowanie, o czym informuje swoje czytelniczki Ćwierczakiewiczowa: „żelazo do prasowania drobiazgów powinno być stalowe bez duszy, (...) żelaza węglami drzewnemi ogrzewane są bardzo oszczędne, lecz mają tylko zastosowanie przy prasowaniu bielizny z magla, wilgotną mogą popiołem pobrudzić”. Specjalne żelazka służyły również do zaprasowywania koronek, inne z kolei do „rurkowania” czepców i gorsetów.



Uprzywilejowane mieszczuchy

Żelazka opalane węglem drzewnym zwane były kokotkami, bo ich rączki dekorowano często figurką koguta. Łapiąc za ozdobę, można było podnieść wieczko i nasypać do środka gorących węgli. Tu jednak pojawiał się problem, bo bez dostępu powietrza węgle przygasały. Niektóre modele miały otwory wzdłuż stopy, jednak wtedy łatwo było ubrudzić tkaninę. Na innych montowano komin umożliwiający cyrkulację powietrza.

Oprócz węgla używano przeróżnych paliw: denaturatu, karbidu, benzyny, a nawet gazu. Żelazka tego rodzaju, już ze stalową stopą i emaliowanym często korpusem, miały charakterystyczny zbiornik na płynne paliwo zamontowany z tyłu. W żelazkach gazowych znajdował się zawór, do którego podłączano wyprowadzaną ze ściany rurkę z gazem. Tak prasować mogli jednak tylko mieszkańcy dużych miast, w których działało już gazowe oświetlenie. Alternatywą było podłączenie urządzenia do butli.

Technologicznym przełomem okazało się zastosowanie elektryczności. W 1881 roku Henry W. Seely z Nowego Jorku otrzymał stosowny patent. Jego żelazka nie podłączało się jednak na stałe do kontaktu podczas prasowania. Urządzenie stawiano na specjalnej płycie, podczepiano do prądu i czekano, aż się nagrzeje. Dopiero wtedy można było przystąpić do pracy.

Z czasem model udoskonalono i żelazko podłączano dwoma osobnymi drucikami bezpośrednio do źródła prądu. Druciki znajdowały się w górnej części urządzenia. A to dlatego, że w domach brakowało kontaktów i żeby prasować, odłączało się od prądu żarówkę w suficie i podłączało żelazko. Stąd prosty wniosek, że prasować można było jedynie za dnia.

Niedogodności te zostały z czasem usunięte, a elektryczne żelazko podłączano już do kontaktu. Nowy wynalazek szybko zdobył popularność, choć gospodynie niechętnie rezygnowały z tradycyjnych metod prasowania – głównie na wsiach, gdzie dostęp do prądu był ograniczony. Do zmiany przyzwyczajeń zachęcał E. Hilczer w niewielkim dziele „Żelazko elektryczne” z 1922 roku: „żelazko elektryczne (...) pracuje nadzwyczaj czysto, nie wymaga utrzymywania żaru czy też ciągłej zmiany duszy, jak żelazka zwyczajne, przez co zaoszczędza dużo czasu”. Do długiej listy zalet można dodać także wynalezienie termostatu, który pojawił się w latach 30. XX wieku, oraz zbiorniczek na wodę, zwilżający prasowaną bieliznę.

Technologiczne nowinki wpływały także na wygląd żelazek. Ciężkie, żelazne klocki z drewnianą czy kutą rączką zastąpiły nowoczesne urządzenia produkowane z kilku materiałów. Stopa pozostawała stalowa, jednak korpus robiono z emaliowanej stali, plastiku, a nawet porcelany. Popularna w latach 30. estetyka streamline’u natchnęła producentów do wyrobu żelazek o opływowych, smukłych kształtach. Korpusy malowano na wszystkie kolory tęczy, dodawano elementy chromowane czy drewniane i zaopatrywano je w pokrętła oraz wskaźniki, które przywodzą na myśl raczej luksusowy samochód niż poczciwe żelazko.

Tekst: Stanisław Gieżyński
Wykorzystano: E. Balcerzak i inni „Wybrane problemy kultury materialnej polskich miast w XVIII i XIX wieku”, 1983; R. Reinfuss, „Ludowe kowalstwo artystyczne w Polsce”, 1983; J. Raymond „Streamlined irons”, East Stroudsburg, 2008 (www.streamlinedirons.com)
Źródło: https://www.weranda.pl/.../kolek.../jak-zmienilo-sie-zelazko 

1965r. Kariera w rytmie passdoble.