Łączna liczba wyświetleń

niedziela, 4 lutego 2024

Chłopiec ciężko raniony odłamkami granatu. Nierada 1932r

 Chłopiec ciężko raniony odłamkami granatu. Nierada 1932r

Pisaliśmy już niejednokrotnie o tragicznych skutkach zabaw ze znalezionemi na polach granatami, pozostałościami po wojnie światowej. Wpadki takie są w ostatnich czasach b. częste i pociągnęły już za sobą życie wielu osób, a mimo to, zdarzają się one w dalszym ciągu ponieważ znajdujący je lekceważą sobie wszelkie ostrzeżenia w tym kierunku. Podobny wypadek miał miejsce wczoraj we wsi Nierada. 16-letnl Jan Grzyb, pasąc bydło w polu, znalazł zapalnik od granatu. Chłopiec postanowił zbadać mechanizm zapalnika, począł więc nim manipulować. W pewnej chwili nastąpił wybuch wskutek czego odłamki zapalnika ciężko raniły Grzyba.

Uległ on urwaniu palca u lewej ręki, ciężkiego poranienia prawej, piersi oraz lewej nogi. Ofiarę własnej nieostrożności, przewieziono w stanie ciężkim do szpitala Najśw. Marji Panny. Źródło: Słowo Częstochowskie : dziennik polityczny, społeczny i literacki, poświęcony sprawom miasta Częstochowy i powiatu. R.2, nr 120 (29 maja 1932)
 

Para narzeczonych musiała paradować... w strojach kąpielowych. Słowik 1932r

 Para narzeczonych musiała paradować... w strojach kąpielowych. Słowik 1932r

Panna Genia Jedlińska, córka znanej chasydzkiej rodziny i jej adorator Moniek Berman są entuziastycznemi zwolennikami sportu, to też oboje są członkami żydowskiego stowarzyszenia sportowego. Ubiegłej niedzieli nad ranem wyjechała wspomniana parka na Słowik, celem zażycia miłej kąpieli i chłodu lasów. Znaleźli sobie wygodne ustronie i poczęli pluskać się w wodzie, jak rybki. Gdy słońce lepiej poczęło dopiekać wyszli na plaże, by nie stracić okazji wykąpania się w słońcu. Tymczasem, gdy parka, spoglądając ku niebiosom, marzyła i opalała się, podkradł się cicho wyrafinowany znawca bielizny damskiej i męskiej i konstatując, że okrycia tej zadumanej parki są bardzo eleganckie, zabrał je i ruszył w świat. Po kilku godzinach rozwiała się sfera marzeń i parka zauważyła kra­dzież.

Chcąc nie chąc, musiała nie zważając na w styd i moralność pozostać do późna w nocy w lesie i w tedy dopiero wyruszyła w strojach kąpielowych do Kielc. Źródło: Słowo Częstochowskie : dziennik polityczny, społeczny i literacki, poświęcony sprawom miasta Częstochowy i powiatu. R.2, nr 174 (2 sierpnia 1932)
 

CMENTARZE. (RUDNIK MAŁY, STARCZA)

 CMENTARZE. (RUDNIK MAŁY, STARCZA)

CMENTARZE
W dawnych wiekach nawiedzały Europę groźne epidemie, nazywane powszechnie „morami". Epidemie te siały wielkie spustoszenia wśród ludności i nie ominęły one również Polski. W rzeczywistości była to dżuma albo cholera. Choroby te występowały latem i były bardzo zaraźliwe. Rozprzestrzeniały się szybko i wymierała na nie na raz większość mieszkańców miast, osiedli i wsi. Dotarły one r6wnież do Rudnika Małego i jego okolic. Przetrwały tu do czasów współczesnych opowiadania o tych tragicznych wydarzeniach z tamtych lat. Według tych przekazów był taki czas, że na te epidemie wymarła naraz większość mieszkańców wsi Rudnika Małego. Ludzi Nie nadążano grzebać na cmentarzu, który był daleko. Dlatego z polecenia władz wykopano za wsią rowy na piaszczystym i wydmowym gruncie, jaki był wówczas w okolicy Małego Bagna. Podobno ci, którzy zachorowali, przychodzili sami nad te rowy i tam umierali, aby ułatwić pochówek tym nielicznym, którzy zostali przy życiu. Starzy ludzie opowiadali w szczegółach jak to w czasie epidemii jedna kobieta dotknięta zarazą szła przez wieś do rowów okryta płachtą, aby tam umrzeć Zobaczyła ją ze swojego podwórka inna kobieta i zapytała : „Kumosiu, dokąd to zdążacie?" Tamta odpowiedziała: „Do piachu, do piachu, moja kumosiu." Poczekajcie zatem na mnie chwilę! Ja tylko zabiorę jakąś płachtę i pójdziemy razem, bo na mnie też pora - powiedziała kumosia. Po drodze dołączały do nich i inne kumosie, tak, że w końcu wsi była ich już spora grupka. Opowiadania te nie odbiegają od prawdy, dotknięci zarazą znali objawy tej choroby i wiedzieli, że nie ma dla nich żadnego ratunku. Choroba ta objawiała się najpierw wymiotami, potem ryżową biegunką, gwałtowną utratą wody w organizmie, a następnie skrajnym osłabieniem i śmiercią. O tym ludzie wiedzieli i świadomi byli tego, że w ostatniej chwili nie będą mieli siły dojść do rowów,a pochować ich nie będzie miał kto. Woleli zatem dojść tam wcześniej i na miejscu pochówku poczekać na śmierć. Prawda była przerażająca, bo każdy, u kogo zaczęły się objawy choroby, umierał przeważnie w ciągu czterech godzin. Ci, którzy zachorowali wieczorem, nie doczekali rana, a ci, którzy-zachorowali rano, nie doczekali wieczora, a nawet południa. Z tego właśnie powodu w czasie pomoru powstawały cmentarzyska na obrzeżach wsi, aby ułatwić szybkie grzebanie zmarłych i nie roznosić zarazy. Źródła historyczne podają, że taki wielki pomór w tej okolicy miał miejsce w 1654 roku i trwał od maja do października. Na samym początku sprowadzenie zarazy przypisywano czarownicom i dlatego wszystkie kobiety podejrzane o czary, były bezlitośnie palone na stosach.. Kurier Zachodni z dnia 9-go marca 1930 roku w artykule pod tytułem „Z pomroków dziejowych Zagłębia" podaje, że w okolicach Koziegłów spalono na stosach w owym czasie około 50 czarownic Zaraza najbardziej opanowała Koziegłówki, Ligotę Woźnicką, i Babienicę. Straszne rzeczy działy się w owym czasie w tej okolicy. Ludzie aby uchronić się przed zarazą, opuszczali swoje domy i wsie. Uciekali w lasy, tam się chowali w jakichś szałasach lub ziemiankach naprędce wykopanych.

Zdziczali i wygłodzeni omijali jeden drugiego , aby się nie zarazić. Wyczuwały to dzikie drapieżne zwierzęta. Włóczyły się po opustoszałych wsiach, odżywiając się ludzkimi trupami i roznosząc dalej zarazę. Ludzie z Koziegłówek i bliskiej okolicy z rozpaczy i strachu gromadzili się w kościele parafialnym, bo tylko on uważany był za najzdrowsze miejsce, będące pod okiem Opatrzności. Oprócz miejscowych ludzi do kościoła w Koziegłówkach ciągnęły zdziczałe bandy obojga płci. Okropne sceny rozgrywały się w murach tego kościoła. Jedni umierali, inni rozpaczali modląc się i czekając na śmierć, a jeszcze inni wyczyniali zwierzęce orgie wewnątrz kościoła. Z powodu tej epidemii większość wiosek zupełnie się wyludniła. W Koziegłówkach zostało tylko 16 osób, w Ligocie koło Woźnik tylko 2 baby z rodziny Sekułów, w Babienicy koło Lubszy, została tylko 1 baba na stan ludności 360 osób przed epidemią. Większość miejscowości w tym rejonie przez długie lata zaludniała się na nowo. Z powodu takich epidemii powstawały te dzikie cmentarzyska w pobliżu wsi, gdzie grzebano naprędce masowo zmarłych .Niektóre z tych miejsc w późniejszych czasach, zostały upamiętnione kapliczkami lub krzyżami i tak: w Rudniku Małym w pobliżu "Małego Bagna", gdzie jeszcze do 1930 roku stał krzyż oraz w końcu wsi od strony zachodniej, gdzie do dziś stoi kapliczka Świętego Jana, w Ligocie gdzie stoi kapliczka Świętej Rozalii, w Lubszy na Ślężkowym, gdzie również stoi kapliczka, w Psarach i Babienicy, w pobliżu obecnej szkoły. W Rudniku Wielkim w czasie budowy drogi do Romanowa za skrzyżowaniem dróg z Kolonii na Własnę, również natrafiono na stare groby, co świadczy o tym, że i w tym miejscu było cmentarzysko. W czasach zaboru rosyjskiego, kiedy Rudnik Mały należał do parafii w Koziegłowach, zmarłych mieszkańców wsi grzebano na tamtejszym cmentarzu . Była to odległość około piętnastu kilometrów od Rudnika Małego. Zmarłego wieziono na cmentarz kilka godzin po bezdrożach chłopskim wozem. Z tego powodu pogrzeby były bardzo uciążliwym obrządkiem, zwłaszcza dla rodziny pogrążonej w bólu i smutku po stracie swoich bliskich. Ostatnimi członkami mojej rodziny, którzy zostali pochowani na cmentarzu w Koziegłowach byli moi pradziadowie, Jan i Zuzanna z Matyjów. Jeszcze w czasie zaboru rosyjskiego, z chwilą powstania nowej parafii w Starczy w 1911 roku, wystąpiono do władz o zlokalizowanie cmentarza na gruntach Rudnika Małego, na tak zwanych „Pastwiskach", w miejscu, gdzie obecnie znaj dują się obiekty Kółka Rolniczego. Przed zatwierdzeniem tej lokalizacji przyjechała na miejsce komisja, składająca się z rosyjskich wojskowych funkcjonariuszy, w celu oględzin proponowanej lokalizacji. Komisja ta nie zgodziła się na urządzenie cmentarza w tym miejscu z powodu bliskości rzeki i spadku terenu w jej kierunku. Przepisy ówczesnej Rosji zabraniały urządzania cmentarzy w pobliżu rzek ponieważ wody opadowe i podskórne z cmentarza mogły przenikać do rzeki. Komisja ta na miejscu wskazała teren o kilkaset metrów dalej w kierunku Grocholek. Zgodnie z tą decyzją w roku 1913 zlokalizowano tam cmentarz, który do dziś istnieje w tym miejscu. Oceniając tę decyzję urzędników rosyjskich, trzeba przyznać, że mieli oni rację i wybrali idealne miejsce na urządzenie cmentarza. Jest to bowiem teren równinny, piaszczysty, suchy i wokół zalesiony. Znajduje się on powyżej doliny rzeki i bez spadku w jej kierunku. Jest tutaj cisza i spokój, jakiego trudno już zaznać w okolicznych wsiach. Niewielką część cmentarza od strony wschodniej wydzielono na pochówek zmarłych wiernych istniejącego już wtedy w Starczy Kościoła Mariawickiego. Obecnie wejście na obydwa cmentarze jest wspólne. Dawniej ,w czasach przedwojennych Drugiej Rzeczypospolitej do 1939 roku na cmentarzu tym nie było ani jednego nagrobka kamiennego, czy nawet betonowego. Powszechna bieda ludności miała również i tutaj swoje odbicie. Wszystkie groby były bezimienne, usypane i uklepane z ziemi, obramowane co najwyżej darnią. Czasem, aby łatwiej było rozpoznać grób swych bliskich, ustawiano na nim drewniany lub metalowy krzyżyk, zakupiony na odpuście albo też jakąś fajansową figurkę aniołka . Cały cmentarz był obsadzony brzozami przez Michała Bodorę kawalera ze Starczy, a większość z nich rosła tam już od wielu lat. Cmentarz sprawiał wrażenie gaju brzozowego. Mimo, że jest okrytych bielą zimowego szronu. Takiego widoku nie zapomina się nigdy.

Źródło: ,, Rany i Blizny Małej Ojczyzny” , aut: Józef Bakota, Warszawa 2000r, str. 120-124 

Czerwony kur w powiecie. Wanaty 1932r

 Czerwony kur w powiecie. Wanaty 1932r

W zabudowaniach p. Józefy Grzyb we wsi Wanaty, gm. Kamienica Polska wybuchł wczoraj o godz. 13 pożar. Pastwą płomieni padł dom mieszkalny, stodoła i chlew. Straty wynoszą 1.700 zł. Przyczyną pożaru było wadliwe urządzenie komina.


Źródło: Słowo Częstochowskie : dziennik polityczny, społeczny i literacki, poświęcony sprawom miasta Częstochowy i powiatu. R.2, nr 192 (24 sierpnia 1932)

Z Kamienicy Polskiej. Zawody straży pożarnych. 1932r

 Z Kamienicy Polskiej. Zawody straży pożarnych. 1932r

W ub. niedzielę odbyły się tu zawody okolicznych straży pożarnych. Do zawodów zgłośły sie straże z Bargłów, Błeszna, Brzezin Dużych, Brzezin Małych, Kamienicy Polskiej, Osin, Poczesnej i Wrzosowej. Drużyny po przybyciu, odbywały wstępne ćwiczenia, poczem udały się do kościoła. Po przerwie obiadowej nastąpiły faktyczne zawody, do których stanęło 6 drużyn. Wszystkie drużyny wykazały w dużym stopniu znajomość pożarnictwa, co też podkreślił sąd konkursowy pod przewodnictwem p. Sojeckiego. Na zawodach był również m. in. inspektor Okr. Wojewódzkiego.

Okolicznościowe przemówienia, wygłoszone przez przedstawicieli pożarnictwa i prezesa miejscowej straży pożarnej, p. B. Bielobradka, zakończyły o zmroku uroczystość.

Źródło: Słowo Częstochowskie : dziennik polityczny, społeczny i literacki, poświęcony sprawom miasta Częstochowy i powiatu. R.2, nr 130 (10 czerwca 1932)

Dzień Spółdzielczości w Kamienicy Polskiej. 1932r

 Dzień Spółdzielczości w Kamienicy Polskiej. 1932r

O godz. 17 w sali szkoły powszechnej w Kamienicy Polskiej odbyło się zebranie członków i sympatyków miejcowej spółdzielni z racji „Dnia Spółdzielczego ”. Zebranie zagaił niestrudzony na terenie tutejszym kierownik miejscowego ruchu spółdzielczego, p. dr. Giedryk, udzielając następnie głosu przybyłym z Częstochowy delegatom „ J e d n o ś c i” częstochowskiej pp.: Broszkiewiczowi i Lizurkowi, którzy w przemówieniach swych zobrazowali historję ruchu spółdzielczego od jego zarania do chwili obecnej. Okolicznościowe przemówienie wygłosiła uczenica VII oddz. miejscowej szkoły powszechnej, M. Leszczyńska, jako przedstawicielka spółdzielni szkolnej. Ostatni przemawiał kierownik szkoły, p. R. Czekalski, który zwrócił się do zebranych z gorącym apelem , aby popierali spółdzielnię i w stępowali w szeregi tych, którzy patrząc w lepszą przyszłość kroczą pod tęczowym sztandarem . Po rozdaniu odezw i broszur o ruchu spółdzielczym, zebranie zostało rozwiązane. Widz


Źródło: Słowo Częstochowskie : dziennik polityczny, społeczny i literacki, poświęcony sprawom miasta Częstochowy i powiatu. R.2, nr 130 (10 czerwca 1932)

ZARYS DZIEJÓW MIEJSCOWOŚCI ŁYSIEC.

 ZARYS DZIEJÓW MIEJSCOWOŚCI ŁYSIEC.

Geneza wsi Łysiec związana jest z kuźnicą Osiny. Ta „fabryka” żelaza, zwana też kuźnicą Hybakowską, została założona w XV wieku. W 1498 roku Jan Olbracht król Polski potwierdził braciom Maciejowi i Grzegorzowi Hybakom (Hibakom) - kuźnikom z Osin dawny dokument na tę kuźnicę i nadał im wolność karczunku lasów starostwa olsztyńskiego, młyn do przemiału ziarna oraz zobowiązał do daniny na rzecz zamku w Olsztynie. Kuźnicy Maciej i Grzegorz Błeszyńscy zwani najpierw Hybakami w swoich dobrach (włościach ziemskich) posiadali grunty Osin i Łyśca. Najstarsze źródła nie wymieniały osobno nazwy Łysiec, lecz obszar Osin i Łyśca określały jako dobra Osiny. Dopiero przywilej Władysława IV Wazy z 1633 roku dla Krzysztofa Korycińskiego z Pilicy (Pilcy) wymienia wioskę Łysiec. W akcie tym król Polski zezwolił staroście wojnickiemu na przekazanie (cesję) synowi Janowi Stanisławowi Korycińskiemu kuźnicy Osiny z drutarnią i blacharnią oraz wsi Łysiec. Z tego też okresu, to jest z 1631 roku pochodzą pierwsze zapisy o Łyścu: z księgi metrykalnej parafii Poczesna oraz z rewizji starostwa olsztyńskiego. Wioska powstała jednak wcześniej. W 1613 roku król Zygmunt III Waza nadał Krzysztofowi Korycińskiemu, właścicielowi kuźnicy Osiny (od 1612 r.) prawo lokacji wsi Łysiec i folwarku oraz urządzenia sadzawek, stawów, łąk i ogrodów, jak również wydzielenia gruntów dla osadników. Zapewne wkrótce wieś została osadzona na urodzajnych gruntach zabranych rększowiczanom przez Korycińskiego, po wykarczowanych lasach i według rewizji z 1631 r., na terenach, na których wcześniej wydobywano rudę żelaza na potrzeby kuźnicy Osiny. Wydaje się, że pierwsze chałupy postawiono w Łyścu przed 1613 rokiem, bowiem właściciele największego zakładu hutniczego w starostwie olsztyńskim, jakim była kuźnica Osińska, w przeciągu XVI wieku osadzili chłopów na gruntach częściowo już wykarczowanych lasów, u podnóża góry Łysiec. Posiadacze kuźnicy Hybakowskiej, tj. rodziny Błeszyńskich, Gosławskich i Korycińskich, żyjący w XVI i XVII wieku, byli zarazem posesorami (właścicielami) Osin i Łyśca.

Nazwa omawianej osady wywodzi się od góry Łysiec, zwanej również Górą Łysiecką (331 m npm.), na zboczu której lokowana została najstarsza część wsi. W starych dokumentach miejscowość nazywano też Łyszec, Łyziec, Lysiec, Lisiec i Lisice. Wioska najpierw należała do parafii Zrębice, a od 1631 roku do Poczesnej (wydzielonej w 1606 roku ze Zrębic), w końcu (od 1911 roku) do parafii Starcza. W 1631 roku we wsi mieszkało 14 gospodarzy, z których 7 nie posiadało dobytku. Mieszkańcy osady byli zwolnieni z opłat na rzecz starostwa.

Razem z kuźnicą Osiny płacili tylko podatki do skarbu Rzeczypospolitej. W czasach przedrozbiorowych Łysiec był własnością królewską starostwa olsztyńskiego (powiat lelowski, województwo krakowskie) w 1788 roku oddaną wraz z Osinami przez króla Stanisława Augusta Poniatowskiego w dzierżawę staroście olsztyńskiemu Stanisławowi Sołtykowi i jego żonie Karolinie Potockiej z Sapiehów. W 1783 roku wieś należała do wójtostwa Osiny, będącego własnością majorowej Garlikowskiej. W tymże roku w osadzie przebywały 63 osoby, wśród nich 3 narodowości żydowskiej. W 1789 roku wioska miała 11 budynków mieszkalnych, w tym jeden budynek zamieszkały przez szlachcica i jedną budę oraz 61 ludzi (30 mężczyzn, 31 kobiet), z tego 5 szlachciców. Dwa lata później w miejscowości było również 11 domów, w tym 1 dom zamieszkały przez Kazimierza Doruchowskiego (według źródła Dorochowskiego), dożywotniego komornika przy kawałku gruntu i 55 mieszkańców, z tego 5 rodu szlacheckiego. W XIX wieku Łysiec podzielony był na trzy części: Łysiec Górny (Góra), Łysiec i Folwark Łysiec. W 1884 roku w Łyścu stało 18 zabudowań ze 122 osobami, a istniejący przy wiosce folwark – wchodzący w skład dóbr ziemskich generała Lebiediewa jako tzw. majorat – posiadał 1 dom i 10 ludzi. W dwudziestoleciu międzywojennym wioska składała się z trzech osad: Łyśca, Kolonii Łysiec (Pańskie) i Łysieckich Komorników. Kolonia Łysiec powstała w latach dwudziestych w wyniku parcelacji folwarku państwowego, dawnego majoratu. W 1933 roku Łysiec z Komornikami zajmował 218 hektarów powierzchni (118 ha ziemi ornej). Mieściło się tam 38 budynków mieszkalnych i 245 osób (107 mężczyzn, 138 kobiet), zaś Kolonia posiadała 110 hektarów obszaru (74 ha gruntów ornych), 5 domów i 35 ludzi (23 mężczyzn, 12 kobiet). Na Komornikach istniały 2 domy, w 1939 roku 3 zagrody, a w czasach okupacji niemieckiej 4 chałupy. Łącznie w Łyścu w 1933 roku stały 43 budynki mieszkalne, w których przebywało 280 osób. W omawianym czasie (1931r.) istniało we wsi przedszkole (ochronka), działające od roku szkolnego 1922/1923 oraz pracowała prywatna cegielnia.

W pierwszym dziesięcioleciu międzywojennym (lata dwudzieste XX w.) funkcjonowała tu również, mieszcząca się w jednej izbie prywatnego budynku Józefa Kukuły, szkoła o najniższym stopniu zorganizowania, do której dochodziła nauczycielka szkoły powszechnej ze Starczy. Na skutek starań kierownictwa szkoły w Starczy, szkółka w Łyścu została zlikwidowana na rzecz utworzenia w Starczy siedmioklasówki. Odtąd dzieci łysieckie musiały chodzić przez wertepy i zatopione łąki (między Łyścem a Klepaczką) do szkoły oddalonej o 3 kilometry. Przed napaścią Niemiec hitlerowskich na Polskę, na Górze Łysieckiej odbyła się antyfaszystowska manifestacja młodzieży i nauczycieli szkoły powszechnej w Starczy. Było to 23 lub 24 czerwca 1939 roku. Wtedy to na szczycie wzgórza rozpalono ognisko tzw. sobótkę i przy patriotycznych pieśniach spalono chochoła (słomianą kukłę), przedstawiającego Adolfa Hitlera. W odwet za to, w pierwsze dni wrześniowe – jak opowiadali ludzie – Niemcy mieli spalić wieś, lecz pomyliła im się nazwa wioski i zamiast Łyśca puścili z dymem pobliski Łaziec. 3 września w Łaźcu żołnierze Wehrmachtu najpierw zrobili obławę na dywersantów, za jakich uznali mieszkańców wioski i rozstrzelali ośmioro ludzi, w tym matkę z trzema synami, a następnie podpalili bez mała połowę zabudowań wsi. Jeszcze przed nadejściem wojsk niemieckich prawie wszyscy mieszkańcy Łyśca opuścili swoje domostwa, uciekając w kierunku Janowa i Złotego Potoka. W tej ostatniej miejscowości zginęła Bronisława Bula. Pozostali wrócili zaraz po przejściu frontu na wschód. Kilku mężczyzn z Łyśca uczestniczyło w wojnie obronnej. Trzech żołnierzy poległo w walkach, byli to: Andrzej Caban, Antoni Jabłoński i Stanisław Walentek. W czasie okupacji obszar Łyśca często, ze względu na bliskość przedwojennego poligonu wojskowego w Nieradzie i na Górze Łysieckiej, objęty był ćwiczeniami bojowymi. W trakcie jednego z takich szkoleń, na początku wsi od zabłąkanej kuli zginął, stojący na warcie niemiecki żołnierz. Potwierdzenie tego faktu przez drugiego wartownika uratowało mieszkańców przed wymordowaniem, a chałupy przed spaleniem. Kiedy 2 sierpnia 1941 roku o godzinie 2 w nocy we wsi wybuchł pożar domu niemieckiej rodziny Brolów, pochodzącej z Boronowa, a w ogniu spłonęły matka i córka, Walerka i Apolonia, mieszkańcy obawiali się represji ze strony władz okupacyjnych. Na szczęście gospodarz spalonej chaty, który jako jedyny ocalał, nie świadczył przeciwko wsi. Niemcy opuścili wioskę przed wieczorem 17 stycznia 1945 roku. Nad ranem 18 stycznia we wsi byli już Sowieci. Armia Radziecka wyzwoliła Łysiec i okoliczne wioski spod okupacji hitlerowskiej, lecz jej żołnierze często zachowywali się jak okupanci. Najbardziej odczuły to kobiety, które musiały się ukrywać przed sowieckimi żołdakami. Po drugiej wojnie światowej, w latach pięćdziesiątych w środku wioski, przy drodze do Zawady wybudowano strażnicę. Natomiast w następnej dekadzie przez wieś wykonano drogę bitą i przeprowadzono (do 1962r.) elektryfikację 70 gospodarstw. Elektryczność nie dotarła do Komorników, które przed 1962 rokiem opustoszały. W 1970 roku ludność sołectwa liczyła 394 osoby, a powierzchnia wynosiła 329 hektarów. Z kolei w 1977 roku liczba mieszkańców wzrosła do 433 i prawie taka sama została odnotowana w 1988 roku – 431 osób. Autor: p. Wiesław Roman Szymczyk

Żródło: ,,Historia i współczesność Gminy Starcza”, str. 16-18, wyd.2019r
Foto: ,,Historia i współczesność Gminy Starcza” oraz Arch. Kamienica Polska i okolice