Łączna liczba wyświetleń

niedziela, 30 maja 2021

SZKOLNE GRY I ZABAWY. LATA 1929-36.(Wspomnienia p. Krispina Gruszkowa)

 SZKOLNE GRY I ZABAWY. LATA 1929-36.(Wspomnienia p. Krispina Gruszkowa)

W latach 1929-1936 chodziłam do 7-klasowej Szkoły Powszechnej w Kamienicy Polskiej, która mieściła się wówczas w budynku zajmowanym obecnie przez Przedszkole nr 1.



Szkoła 7 klasowa wraz z nie istniejącym budynkiem Urzędu Gminy Kamienica Polska w okresie przedwojennym.Lata 30-te.

Stała ona w rynku, bo tak nazywano plac przy którym stał piętrowy bielony wapnem dom mieszczący na dole cztery sale szkolne, a na górze pokój nauczycielski, magazyn na szkolne przybory i mieszkanie kie-rownika szkoły, którym był wówczas Ryszard Czekalski. Na środku rynku rósł wielki dąb, który nie wiadomo dokładnie przy jakiej okazji został posadzony. Z prawej strony szkoły stał długi niski budynek mieszczący Urząd Gminy i mieszkanie sekretarza gminnego. Dalej był drewniany, kryty słomą dom, w którym mieszkał krawiec Krzyczmonik i rodzina Mesjaszów, z której wywodziła się znana i ceniona powojenna nauczycielka Wacława Kieratowa. Dwaj jej bracia - Walerian i Józef - zginęli na początku działań wojennych w 1939 r. Ojciec rodziny wyjechał na bardzo długo na roboty do Francji. Dalej, już przy dródze, był dom, który stoi do dziś. Zapamiętałam, że mieszkała tam babićka Błaszczykowa - Czeszka z pochodzenia. Wyszła za mąż za wiele od siebie młodszego pana Błaszczyka. Na temat niezgodnego pożycia niedobranej pary było wiele anegdotek. Podobno, kiedy bardzo stara schorowana babićka leżała w łóżku, kupił wcześniej trumnę i postawił koło jej łóżka. Innym razem, chcąc ją mocno przestraszyć, wprowadził do izby konia.
Celem moich obecnych wspomnień jest jednak (po zbyt długim wstępie) opowiedzieć jak młodzież szkolna spędzała czas w przerwach między lekcjami, a także w zimowe ferie. Niezależnie od pory roku trzeba było opuścić klasę w czasie przerwy i wyjść na dziedzinie szkoły. Szkoła nie miała długich korytarzy, jakie posiadają szkoły dzisiaj. Butów się nie zdejmowało, bo nie było szatni, a płaszcze i kurtki wisiały na tylnej ścianie w każdej sali lekcyjnej i dlatego można było po lekcji wybiec szybko na rynek.



Nauczyciel p.Antoni Pilc wraz z podopiecznymi 7-klasowej Szkoły w Kamienicy Polskiej.Początek lat 30-tych.Foto do rozpoznania .Z albumu rodzinnego p.Barbary Litarskiej -Janiak.

W czasie długiej przerwy ulubioną grą wszystkich była zabawa w wężą. Silnie zbudowany chłopak był głową węża. Wąż uformowany był z kilkudziesięciu uczniów. Trzymali się wszyscy mocno za ręce. Zaczynała się gonitwa. Chłopak na czele zataczał wielkie koło najpierw dokoła dębu, a potem gonił po całym rynku. Od czasu do czasu znienacka skręcał i mocno pociągał węża, wówczas będący na samym końcu ogona musiał trzymać się. oburącz bardzo silnie i bardzo szybko biec, by zdołać pokonać zakręt. Dziewczęta grały w klasy skacząc i posuwając stopą płaski kamień po polach między narysowanymi na ziemi kreskami. Niektóre przynosiły do szkoły małe gumowe piłki i na przerwach grały w „dwudziestkę”, uderzając różnymi sposobami piłką o ścianę. Graliśmy także w berka i lokatora, w zbijanego i palanta.



Wychowankowie z opiekunką Lucyną Organówną nad rzeką Kamieniczanką lata 30-te.

Zimą bawiliśmy się w śnieżki i zjeżdżaliśmy na sankach z niewielkiej górki wzdłuż posesji Walentów. Ferie zimowe trwały od Świąt Bożego Narodzenia do Święta Trzech Króli. Podczas ferii można było przyjść do szkoły. Tu w jednej z klas ławki były wyniesione, zostało tylko kilka, które ustawiano pod ścianami. W rogu stała choinka przystro-jona ozdobami wykonanymi przez uczniów na lekcji robót ręcznych. Były na niej przepiękne wisiorki zrobione ze słomy i błyszczących koralików, misterne gwiazdki z białego papieru, jeżyki z kolorowej bibułki, aniołki z białymi skrzydłami, piękne baletnice, do których główki, ręce i nogi kupowało się w sklepie, a cała choinka otoczona była łańcuchem ze słomy, koralików i bibuły. Chętnie odwiedzałam szkołę w czasie ferii.



Uczniowie w szkole ..Prawdopodobnie nauczyciel prowadzący zajęcia p.Antoni Pilc. Lata 30-te. .Z albumu p.Ewy Ostopinko (Krzechka) w zbiorach Muzeum w Kamienicy Polskiej .

Tu na zabawach wśród koleżeństwa można było miło spędzić czas. A zabaw było wiele. Bawiliśmy się w głuchy telefon, w pomidora, w kotka i myszkę, chodzi lisek koło drogi, w ciuciubabkę, ślepa babka'chodzi ręką w koło wodzi zawiązane ma oczy po omacku kroczy, a także w talara. Podczas gry w talara siadaliśmy na ławkach ustawionych w koło. Wszyscy trzymali na kolanach dłonie złożone jak do modlitwy. Talarem był mały pieniążek, który skrycie przekazywany był w zaciśniętych dłoniach od jednego do drugiego. W środku koła stała osoba, jej zadaniem było odgadnięcie u kogo znajduje się pieniążek. Podczas zabawy śpiewaliśmy wszyscy piosenkę: „Talar tu, talar tam, talareczek chodzi sam, jak to miło i wesoło kiedy talar chodzi w koło”. U kogo znaleziony został talar wchodził do środka.
Zabaw z muzyką nie było. Nie było także wyjazdów na letnie kolonie wypoczynkowe i zimowiska. Były natomiast obozy harcerskie, ale ja nigdy na nich nie byłam. Ile to już dziesiątek lat upłynęło od tamtych beztroskich czasów. Nieraz w bezsenne noce wracam do nich myślami.

Wspomnienia. Kryspina Gruszkowa.
Żródło: Kwartalnik ,,Korzenie “ nr40, RVII, 1/2002

Pałacyk Brassa

 Pałacyk Brassa, usytuowany przy ul. Strażackiej 10, wzniesiony w końcu XIX w. (budowa została ukończona w 1897, o czym świadczy data umieszczona na tarczy ozdobionej motywem roślinnym znajdującej się nad oknem zewnętrznej ściany klatki schodowej). Wzniesiony przypuszczalnie z inicjatywy Wilhelma Brassa, przemysłowca z Moraw. Brass, mimo że pałacyk nosi jego imię, nigdy w nim nie mieszkał. Zmarł w 1897 na Morawach. Był właścicielem farbiarni przędzy na Morawach w Hohensztadt (obecnie Zabreh, k. Ołomuńca), skąd pochodzili Brassowie, oraz w Szwajcarii. W 1880 założył wraz z synami – Gustawem, Ottem i Hermanem – Farbiarnię Przędzy Bawełnianej (było to jedno z najstarszych przedsiębiorstw w przemyśle częstochowskim). Farbiarnia kupowała przędzę w zakładach włókienniczych w Łodzi (od ok. 1902 w miejscowej fabryce „La Czenstochovienne”). Po ufarbowaniu na kolor czerwony, zwany w ówczesnej terminologii farbiarskiej kolorem tureckim lub adrianopolskim, od 1894 także na czarny, a od 1899 również na inne kolory, sprzedawała głównie na rynkach wschodnich (najwięcej w Rosji). Przyjmowano też przędzę na zlecenie do farbowania. Zakład zatrudniał około 150–180 robotników, którzy w większości, co ciekawe, byli tak jak właściciele – ewangelikami. Tegoż wyznania byli również kolejni dyrektorzy fabryki, m.in. Godfryd Straub, Adolf Franke i Artur Kautz oraz majstrowie ściągnięci z farbiarni Brassów w Szwajcarii. Robotnicy tworzyli jedyny chyba znany Związek Zawodowy Ewangelickich Robotników Tkackich i Przędzalniczych.



Brassowie brali udział w życiu miejscowej parafii ewangelicko-augsburskiej (przynajmniej w kwestii finansowej – płacili bowiem najwyższe składki, m.in. w 1895 Brassowie wpłacili kolosalną sumę – 6 tys. rubli). W. Brass uczestniczył też w latach 80. XIX w. w życiu miasta, był członkiem honorowym Straży Ogniowej Ochotniczej (w 1887 został na polecenie władz rosyjskich wykreślony z listy członków jako obywatel obcego państwa – Cesarstwa Austro-Węgierskiego). Sam pałacyk ma charakter późnoklasycystyczny. Pierwotnie otoczony był obszernym ogrodem przylegającym do odnogi Warty – tzw. kanału Kohna (zabudowania fabryczne znajdowały się po drugiej stronie kanału). Budynek jest prostokątny – elewacje dłuższe są pięcioosiowe, boczne – trzyosiowe. Piętrowy, kondygnacje oddzielone gzymsem opaskowym i narożniki budynku ujęte tzw. lizenami – niewielkimi występami muru. Gzyms wieńczący, będący zakończeniem górnej krawędzi murów budynku, opiera się na konsolach (kamiennych wspornikach zamocowanych w murze) zdobionych liściem akantu (w kształcie zwiniętego rulonu). Pomiędzy konsolami znajduje się fryz płaskorzeźbiony o motywach girland liściasto-kwiatowych. Na osiach elewacji wschodniej (głównej), zachodniej i południowej wydzielone są ryzality (wysunięte do przodu części budynku). Ryzalit wschodni mieści w sobie wejście i klatkę schodową, zwieńczony jest murkiem attykowym. Przed ryzalitem zachodnim znajduje się obszerny taras. Ryzalit południowy został wyodrębniony w kształcie wieżyczki zwieńczonej ostrosłupowym hełmem z iglicą. Otwory okienne ujęte są w profilowane obramienia, na parterze zostały zwieńczone trójkątnymi przyczółkami (frontonami) na konsolach, a na piętrze odcinkami gzymsu także wspartymi na konsolach. Wnętrze pałacyku było wielokrotnie przekształcane, m.in. wyburzono zabytkowe piece, a zastąpiono je zwykłym. W pałacyku mieszkali (przypuszczalnie sporadycznie) synowie Wilhelma Brassa – właściciele farbiarni, okresowo zamieszkiwali tu dyrektorzy fabryki. W czasie II wojny światowej w pałacyku urzędowali Niemcy. Po wojnie willa i farbiarnia stały się własnością państwa. W 1945 umieszczono tu komisariat → Milicji Obywatelskiej. Po 1989 urzędował tu IV komisariat Policji. W 1997 willa została wpisana do rejestru zabytków. W roku następnym odnowiono łazienki, korytarz i klatkę schodową. W 2002 Policja otrzymała 200 tysięcy zł na prace remontowe (fundusze pochodziły ze Śląskiej Komendy Wojewódzkiej); wyremontowano wówczas piwnice, położono tynki wewnątrz z zachowaniem pierwotnych stiuków i plafonów. W marcu 2010 komisariat Policji przeniesiono na ul. Kopernika. Budynek pozostał niezamieszkany, przeciekał wówczas dach. Zamknięto go, był nieogrzewany. W 2012 wystawiono pałacyk na sprzedaż i stał się własnością prywatną.


Juliusz Sętowski, Cmentarz ewangelicko-augsburski w Częstochowie. Przewodnik biograficzny, Częstochowa 2006, s. 19, 20; – Katalog zabytków sztuki, Miasto Częstochowa, pod red. Z. Rozanow i E. Smulikowskiej, Warszawa 1995: cz. 1, Stare i nowe miasto, Częstochówka i przedmieścia, opracowanie autorskie Z. Rozanow i E. Smulikowska, s. 116; – Franciszek Sobalski, Przemysł częstochowski (1882–1914), Częstochowa 2009, s. 58; Wincenty Szatkowski, Monografia przemysłu częstochowskiego, Częstochowa 1914, s. 18, 19; – Sprawozdanie Straży Ogniowej Ochotniczej w Częstochowie za 1931 rok wraz z monografią Straży za okres 60-ciu lat istnienia, Częstochowa 1932, s. 4; – Książka adresowa m. Częstochowy 1947, Częstochowa 1947, s. 28; – Monika Jaremko-Siarska, Remont domu Brassa, „Gazeta Wyborcza Częstochowa” 2002 (5 XII), s. 4; Marek Mamoń, Rząd da 3 miliony złotych na remont komisariatów, „Gazeta Wyborcza Częstochowa” 2007 (16 VII), s. 5.
Autor: Juliusz Sętowski Źródło: https://encyklopedia.czestochowa.pl/hasla/palacyk-brassa

Foch w Częstochowie

 Foch w Częstochowie, wizyta marszałka Ferdynanda Focha miała miejsce 2 V1923; trwała od 10.30 (godzina przyjazdu na dworzec kolejowy) do 12.00; zorganizowana została wielkim nakładem sił społeczności miasta. Na trasie przejazdu (od dworca w stronę alei Najświętszej Maryi Panny i w kierunku Jasnej Góry) zbudowano cztery bramy triumfalne: od Rady Miasta przy ul. Dojazd (Piłsudskiego), Stowarzyszenia Rzemieślniczo-Przemysłowego za mostem kolejowym przy budynku zajezdnym pod nr. 16, Towarzystwa Cyklistów na placu magistrackim (plac W. Biegańskiego), Stowarzyszenia Kupców i Przemysłowców (w III Alei); domy udekorowano w barwach polskich i francuskich.


Na dworcu marszałek Foch przeszedł przed frontem kompanii honorowej, orkiestra wojskowa zagrała Marsyliankę, francuski gość otrzymał kwiaty od dzieci, przedstawicieli stowarzyszeń i cechów, witali go: prezydent → Stanisław Nowak (po francusku), starosta powiatu częstochowskiego → Kazimierz Kühn, przedstawiciele garnizonu częstochowskiego oraz kolonii francuskiej w Częstochowie; w czasie przejazdu Foch zatrzymał się krótko w Ratuszu, następnie uczestniczył w odsłonięciu obrazu → Matki Boskiej Częstochowskiej, złożył swój podpis w księdze zwiedzających klasztor jasnogórski. Marszałkowi towarzyszyli m.in. generał Kazimierz Sosnkowski, generał Stanisław Szeptycki oraz hrabia Edward Krasiński. Przejazd marszałka na Jasną Górę i z powrotem na dworzec wywołał entuzjazm częstochowian.


Stanisław Nowak, Samorząd m. Częstochowy w latach 1916–1931. Z moich wspomnień, cz. III, Częstochowa 1994, s. 84–85; – „Informator Kulturalny Województwa Częstochowskiego” 1980, nr 14, s. 12–14; – „Goniec Częstochowski” 1923, nr 84, 86, 87, 92, 93.

Autor: Andrzej Kuśnierczyk Źródło: https://encyklopedia.czestochowa.pl/hasla/foch-w-czestochowie

sobota, 29 maja 2021

Wykryto piryt przy kopaniu studni. 1935r

 Wykryto piryt przy kopaniu studni. 1935r                                                                                       Osiedle kolonii uczniowskiej 1-go gimnazjum częstochowskiego w Kamienicy Polskiej, stało się ostatnio terenem niezwykłego odkrycia. Mianowicie osiedle to będące jeszcze w stadium budowy, wzniesione jest na malowniczym wzgórku, w lesie, gdzie duże były trudności z wybudowaniem odpowiedniej studni, gdyż na znacznem stosunkowo wzniesieniu nie można było dokopać do wody. To też zarząd kolonji sporo miał już z tego powodu kłopotów. I ostatnio właśnie przy budowie owej studni na 60-ciu mtr. głębokości natrafiono na jakiś minerał, którym zainteresował się bliżej zarząd kolonii i kilka okazów tego minerału przesłano do analizy do Warszawy, gdzie ustalono, że niepokaźny ten minerał jest najoryginalniejszym pirytem.


Niezwłocznie przeto obok dokonanego  odkrycia pirytu w budującej się studni podjęto dalsze próby i poszukiwania tego minerału przy pomocy specjalnych przyrzydów kopalnianych w celu zbadania: czy też znajduje się tam, być może, cały pokład tegoż. Po uskutecznieniu dopiero tych badań będzie można zorjentować się należycie, czy warto ewentualnie rozpocząć z takiej głębokości (od 60 do 70 mtr) eksplatację pirytu. gdyby faktycznie znajdował on się tam w większej ilości. W każdym razie przypadkowe to odkrycie najbardziej wartościowej rudy żelaznej, pirytu, wzbudza zrozumiałe zainteresowanie, bo jakkolwiek w naszej okolicy istnieją od dawna kopalnie rudy żelaznej (w Kamienicy Polskiej, Konopiskach. Pocześnie i in.), jednakże nie słyszało się dotychczas, ażeby gdziekolwiek spotykano piryt, tę najlepszego gatunku rudę żelazną, która w danym wypadku występuje podobno ze znaczną przymieszką miedzi. Piryt używany jest także do wyrobu kwasu siarkowego, który za drogie pieniądze sprowadza się u nas wyłącznie z zagranicy dla przernysłu chemiczne go w kraju.                                                                  Źródło:  ,,Goniec Częstochowski " nr 175,1935r

Alarm pożarowy w Kamienicy Polskiej. 1935r

 Alarm pożarowy w  Kamienicy Polskiej. 1935r                                                                              W ub. piątek wczesnym rankiem mieszkańcy Kamienicy Polskiej poruszeni wstali alarmem pożarowym, który wszczęty gdzieś na końcu wsi w Romanowie, raptem zeelektryzował całą osadę. Na wpół ubrani ludzie wybiegali ze swych domostw i trwożnie rozglądali, się na wszystkie strony, dopytując się nawzajem: gdzie się pali? Niebawem okazało się, że w zagrodzie Jana Cianciary pod Romanowem zapaliły się sadze w kominie, a następnie część dachu. I wskutek tego pożar całego domu zdawał się już być nieunikniony, gdyby nie przytomność umysłu kilku osób, które, podjąwszy energiczną akcję ratunkową, pożar w zarodku stłumiły. W ten sposób więc udaremniono pożar, który w danym wypadku łatwo mógł przybrać katastrofalne rozmiary, gdyż zagroda p. J. Cianciary położona jest w istnem gnieździe zabudowań drewnianych i słorną krytych. Nie od rzeczy przeto będzie przy tej okazji nadmienić, że przyczyną częstych pożarów na wsi, powstających właśnie z powodu złego komina, — jest to, że wiejscy murarze, chcąc uchodzić za postępowych w swoim fachu, naśladują w pracy murarzy z miasta i budują na wsi kominy na sposób miejski: wąskie i „zgrabne", w przeciwieństwie do starodawnych i przestarzałych kominów, szerokich, jakie spotyka się jeszcze na starych chałupach wiejskich.


Tymczasem w tern tkwi całe nieporozumienie, bo „nowomodne" kominy miejskie, o wąskim wylocie, nadają się jedynie tam, gdzie dachy są ogniotrwale. W żadnym zaś razie nie należy budować wąskich kominów „miastowych" na chałupie krytej słomą, która powinna mieć zawsze odpowiedni komin szeroki (około 1mtr. w kwadrat), a w takim napewno sadze nie zapalą się nigdy. I tak to wiec nieopatrzny „postęp" 'swych murarzy i majstrów opłaca wieś. I co roku (zwłaszcza w czasie letnich upałów, kiedy strzechy są wysuszone grubym haraczem zniszczenia i pożarów, o których dowiadujemy się tylko z komunikatów policyjnych w prasie, gdzie zawsze brzmią one niemal steoretypowo:... „przyczyną pożaru było wadliwe urządzenie komina", albo .,pożar powstał od iskry z komina"... Jot.                                                                                                               Źródło: ,,Goniec Częstochowski " nr 175,1935r

Z ANDRZEJEM MĄKOSZĄ PO KAMIENICY

 Z ANDRZEJEM MĄKOSZĄ PO KAMIENICY

W niedzielę 3 czerwca 2012r. pan Andrzej Mąkosza odwiedził miejsca, o których z takim sentymentem mówił w wywiadzie zamieszczonym w Kwartalnik ,, Korzenie” nr79, RXXI, 4/2011 .https://www.facebook.com/notes/miejscowo%C5%9B%C4%87-kamienica-polska-i-okolice/rozmowa-korzeni-ukochane-miejsce/1703741979665447/ Niniejszy reportaż jest aneksem do wspomnianej rozmowy Napis «Gmina Kamienica Polska» powitał nas na Karolinie. - Pojedziemy przez Wanaty i Zawadę - zaproponowałem. - Jakie Wanaty!? Przed wojną w Kamienicy ludzie mówili wyłącznie „Wanoty”. I nie Zawada a „Zowada” - poprawił mnie pan Andrzej. - Strażacy, z którymi jeździłem jako chłopak do pożarów mówili „poli sie na Zowadzie”. Nie wspomnę już jak nazywano Podlesie. - Wiem, wiem - dodałem skwapliwie. Zaproponowałem, by wspomnieniową podróż rozpocząć od mostu Puszą, gdzie jak wiadomo straszy hastermanek, a potem pojechać na koniec Romanowa, od strony Siedlca. Andrzej Mąkosza wskazał po drodze miejsce, w którym stał stary dom Filipczyków, pamiętał dom Cichonia i Nowotnych. - Za mojej młodości w tym miejscu rósł las - powiedział pan Andrzej. W drodze powrotnej miał kłopot z ustaleniem posesji, do której przyjeżdżali na letnisko Widerowie. Największe zmiany, jego zdaniem, zaszły w rejonie dawnego skrzyżowania z drogą w stronę Rudnika. - Nie ma klinkieru, a pamiętam jego układanie w drugiej połowie lat trzydziestych. Zatrzymujemy się przy posesji Grzegorza Ciejpy. - Ostatnim domem po tej stronie był sklep Litarskiego, dalej zaczynał się już Gmiński Las, po drugiej stronie drogi w stronę Kamienicy stał dom Łukaszuka. Pomagałem wozić lemoniadę konnym wozem, nie mogę sobie przypomnieć nazwiska furmana, mieszkał naprzeciwko domu Jana Cianciary. Rozwoził lemoniadę po okolicznych wsiach, rodzice bardzo się martwili, bo myśleli, że zabłądziłem w lesie. A furman przywoził mnie całego i zdrowego w pustej skrzynce po lemoniadzie. Zanim skręciliśmy w prowadzącą w stronę liceum ulicę Adama Ferensa, mój gość poprosił o zatrzymanie samochodu. Chciał popatrzeć na miejsce, w którym stał kiedyś dom Szczerbiny. - Był pięknie położony, w sąsiedztwie drzew, dziś został tylko ten dąb -objaśniał pan Andrzej - za domem prowadziła ścieżka w stronę kolonii. Zwróciłem uwagę na określenie «kolonia». Tak mówiono jeszcze po wojnie. - Zanim komitet rodzicielski gimnazjum Sienkiewicza zbudował murowany dom, było to miejsce, dokąd przyjeżdżały dzieci z Częstochowy na kolonie letnie. Stał tam tylko drewniany barak, który służył za kuchnię i jadalnię, na wzgórzu między sosnami rozbijano namioty. Kuchnię prowadziły członkinie komitetu rodzicielskiego z Częstochowy. Każdy turnus trwał trzy, cztery tygodnie. Zakup ziemi pod przyszłe osiedle szkolne był pomysłem mojego ojca. Domów po lewej i prawej stronie drogi nie było - komentował pan Andrzej, gdy zbliżaliśmy się do ul. Janiny Domagalskiej. Ucieszył się, że istnieje jeszcze malutki domek Serafki. - Nie była ładna, miała jednak złote serce. Pochodziła z Morawców. Jedziemy dalej. Wskazuję na domy Sędziwych, Muchlów i Cianciarów... - Dobrze znalem Mieczysława Cianciarę. To na skraju jego pola na górce za szkołą paliło się ogniska. Sobótki paliło się na Górze Kapuścińskiego. Jesteśmy wreszcie pod budynkiem liceum. Robię pamiątkowe zdjęcie na schodach, na których sfotografowała się przed wojną cała rodzina Mąkoszów.



- Schody już inne. Brakuje kamiennych kul. - Kasztanowiec za to ten sam - mówię. - Nieco jednak większy - śmieje się pan Andrzej. Zwracam uwagę na maszty z flagami: Polski, powiatu i Unii Europejskiej. - Dawny budynek wyglądał inaczej, nie było zadaszenia nad wejściem, balkonu, nie było tarasu. W tym małym środkowym oknie często pokazywał się tata. Mam takie zdjęcie - ożywia się pan Andrzej . - A jakie tu przechodziły latem burze, aż strach. Z tyłu było główne wejście, stamtąd szło się do jadalni. Jadalnia służyła też jako świetlica. W czasie deszczu grało się tam w bilard. Teren nie był ogrodzony, każdy miał prawo wstępu. Ludzie byli uczciwi, nie było zjawiska kradzieży. Niektórzy mieszkańcy zajmowali się przemytem brendki i kamieni do zapalniczek. Po sąsiedzku mieszkał tkacz Krzyczmonik, można było obejrzeć warsztat „cikata — likata”. - A inne rodziny ? - pytam. - Pamiętam dom Góralki, wdowy, mieszkała z synem, zginął w 1939, był chyba w ochronie pogranicza. Za Góralką mieszkała rodzina Zimnych, mieli dwóch synów i córkę. Byli bardzo biedni. Mój ociec zatrudnił starego Zimnego jako woźnego. Jeden z jego synów, Fredek, był bokserem, jakiś czas był na robotach w Niemczech. W dole w kierunku lasu po lewej stronie mieszkał stary Wardyński. Był odludkiem i dość groźnie wyglądał, trochę przypominał Cygana, wszystkie dzieci się go bały. Las na Podlesiu był piękny, czysty, pełno było w nim grzybów. No i dziadów czyli jeżyn. Chodziliśmy na Kozackie Łąki, chodziło się też całą gromadą do Olsztyna, odwiedzić osiedle szkolne Gimnazjum Słowackiego z Częstochowy, tam przyjeżdżały dziewczyny. Były też wycieczki piesze do Lubszy, do miejsca, gdzie mieszkał Józef Lompa.



Ojciec o nim ciekawie opowiadał. Pora ruszać dalej. Jedziemy ulicą Marii Konopnickiej. Pan Andrzej przypomina sobie nazwiska dawnych właścicieli posesji: Waleriana Cianciary, Jana Cianciary, Czernego, Kapuścińskiego, Ficenesa, Puszą, Klarów, Dojwów. - Pamiętam w dołku za zakrętem sklep Goldsztajna, największy w Kamienicy, gdzie można było wszystko kupić. Nie obyło się bez wizyty nad basenem. Właśnie odbywał się na obiekcie festyn z okazji Dnia Dziecka. Ze zlotem samochodów strażackich i terenowych. - W tamtych czasach - mówi mój gość - basenu jeszcze nie było, tylko coś w rodzaju stawiku. Rzadko tu przychodziliśmy, nasze ulubione miejsce kąpieli to był prosty odcinek Kamieniczki przy ruinach młyna na Zawadzie. Pamiętam olbrzymiego Sitka, na którego mówiono „Broda”, dystyngowany, wysoki, chodził w jakimś białym lnianym stroju. Ruszamy dalej mijając drewniany dom Władysława Fazana. - Mieszkała w nim ładna córka pana Fazana, Halinka, a w ogródku rosły piękne kwiaty. A tu mieszkała koleżanka moich sióstr - Wisia Kuśnierczykówna - mówi pan Andrzej wskazując drewniany dom po lewej stronie. - Po drugiej stronie dom Szejnów, w ogrodzie Szejnów też były piękne kwiaty. Wjeżdżam na posesję Barbary z Litarskich Janiak. Podejmuje nas jej syn -Piotr. Zostajemy ugoszczeni kawą i ciasteczkami. Tu dochodzi do spotkania z Grzegorzem Ciejpą. Przyjeżdża, gdy tylko dowiedział się, że Kamienicę odwiedził Andrzej Mąkosza.



- Chciałem podziękować zespołowi folklorystycznemu „Kamienica Polska” za udział w 2007 roku w koncercie w Częstochowie poświęconym pamięci mojego ojca, Edwarda Mąkoszy. Nie było wówczas okazji, zatem dziękuję teraz za uświetnienie koncertu - mówi ściskając rękę p. Grzegorzowi. Proponuje jednocześnie mówienie sobie po imieniu. - Ja też brałem udział w tym koncercie - dopowiada Piotr Janiak. - Utwory Edwarda Mąkoszy mamy nadal w repertuarze. Zdradzę tu pewną tajemnicę, chciałbym, by patronem liceum w Kamienicy był Edward Mąkosza. Po co szukać patrona gdzieś daleko, skoro mamy blisko zasłużonego dla naszej miejscowość człowieka. - Ojciec komponował ładne marsze dla orkiestry strażackiej. Wszystkie nuty po nim są zdeponowane na Jasnej Górze. Robimy pamiątkowe zdjęcia. Pan Andrzej mówiąc o dawnej Kamienicy wspomina księdza Zygmunta Sędzimira. - Miał piękny głos, bas baryton. Mógłby śpiewać w każdej operze... Rozmowa schodzi na tradycje straży ogniowej. - Bywałem w domu Bolesława Bielobradka. W ogrodzie odbywały się zabawy i pokazy teatralne. Ciekawe spotkania. Pan Bolesław urządzał w remizie na Szwamberku świetne zabawy. Nie było żadnych awantur, bo strażacy dbali o wzorowy porządek. Bawiono się do białego rana. Bywał tu inż. Mianowski, który miał piękna kolekcję motyli. - A doktor Giedryk? - pytam. - Nie pamiętam, chyba nie, był raczej typem odludka. Kamienica była wsią spokojną, nie było chuliganerii, to zjawisko powojenne. Ludzie nader gościnni, a przecież niebogaci, nigdy nie odmawiali wody, częstowali kubkiem mleka. Domów się nie zamykało na klucz. Kilkugodzinną wyprawę kończymy na tarasie u Iwony i Zbyszka Conrów. - To nasza nieformalna redakcja „Korzeni” - wyjaśniam. - Pięknie położona, w spokojnym miejscu - stwierdza Andrzej Mąkosza. Pan Andrzej chwali otoczenie domu. Interesuje się pnącą rośliną o trudnej do zapamiętania nazwie. Pora odwieźć nieco już zmęczonego gościa do Częstochowy. Umawiamy się na kolejne spotkanie poświęcone dawnym mieszkańcom Kamienicy Polskiej. Wrażenia z wyprawy spisał: Andrzej Kuśnierczyk (Częstochowa). Źródło: Kwartalnik ,, Korzenie” nr81, RXXII, 2/2012

GMINA KAMIENICA POLSKA W ROKU 1900

 GMINA KAMIENICA POLSKA W ROKU 1900

Z alfabetycznego spisu miejscowości byłej guberni piotrkowskiej, udostępnionego nam w pracowni naukowej Archiwum Państwowego w Częstochowie, wynotowaliśmy miejscowości, przysiółki, kolonie, zagrody, folwarki a także budki dróżników przy kolei warszawsko-wiedeńskiej znajdujące się wówczas na terenie rozległej gminy Kamienica Polska.

Adamów - folwark, Bargły - wieś, Borek - folwark, Dębowiec - wieś, Dębowiec - zagroda, Kamienica Polska - kolonia, Lepisz - folwark, Michałów - folwark, Młynek - folwark, Osiny - budka (trzy obiekty), Osiny - wieś, Poczesna - budka (trzy obiekty), Poczesna - folwark, Poczesna - wieś, Poczesna - kolonia, Wanaty - wieś, Wypalanki - zagroda leśna, Zawada - wieś, Zawisna - wieś





Mapa z 1885 roku, ułożona przez Jadwigę z Zakrzewskich Wójcicką. Ciekawym elementem mapy jest legenda, którą można odnaleźć w ozdobnej bordiurze wokół mapy. Jest to mapa tematyczna z elementami graficznymi (sytuacja przedstawiona rysunkowo). Tematami na mapie są: folklor, przemysł i rolnictwo Królestwa Polskiego pod koniec XIX w. Mapa Poglądowa Królestwa Polskiego wraz z "Objaśnieniami" ułożona przez Jadwigę z Zakrzewskich Wójcicką wydanej nakładem St. Szafarkiewicza w Warszawie w 1885 roku, drukiem Ignacego Zawieszewskiego, Nowy Świat 46. Publikacja została dopuszczona do druku przez cenzurę (ДозволеноЦензурою, Варшава, 27 Мая 1885 года), Źródło: http://polona.pl/item/3741569/0/ http://www.polona.pl/item/3741568/1/

Spis odzwierciedla sieć osadniczą rejonu Poczesny i Kamienicy Polskiej. Najstarszą metryką na tej liście legitymują się miejscowości wywodzące się ze średniowiecznych kuźnic: Osiny czyli dawna Kuźnica Chybakowska oraz Kamienica (od początku XVIII w. zwana Polską), wymieniane w źródłach już w XV w. Pierwsza należała do parafii Zrębice, druga do parafii miejskiej w Koziegłowach. Kariera Poczesny rozpoczęła się wraz z ustanowieniem parafii, a więc na początku XVII w., choć sama wieś leżąca na terenie starostwa olsztyńskiego ma metrykę wcześniejszą. Ludność trudniła się głównie uprawą konopii (łac. Cannabis sativa), z których po roszeniu otrzymywało się mocne i odporne na gnicie włókno. Wnioskujemy o tym na podstawie lustracji z XVII i XVIII w.1 Kościół ufundował Jan z Ocieszyna Ocieski. Drewnianą świątynię rozebrano w połowie XIX w., dzisiejsza świątynia powstała w 1. 1870-1877, Kamienica Polska od 1869 r. miała już własną parafię.2 Folwarki w zachodniej części starostwa olsztyńskiego powstawały po wejściu w życie ustawy sejmowej pozwalającej szlachcie na wykupienie ziemi z rąk kuźników, a więc z końcem XVI w. Proces ten dobrze widać na mapie województwa krakowskiego. Nazwa «kolonia» oznacza osadnictwo późniejsze, XVIII- lub XIX-wieczne.



Jedynie w przypadku Kamienicy Polskiej określenie „kolonia” jest mylące: wieś istniała grubo wcześniej (na początku XVII w. jest już przedmiotem sporu między Błeszyńskimi a biskupami krakowskimi), kolonizacja z 1818 r. była ważnym wydarzeniem w okolicy, dotyczyła dużej grupy kolonistów, dlatego bardziej zapisała się w pamięci. Koloniści podzielili między siebie nie tylko wieś ale i dwa folwarki: Klepaczkę i Romanów. Wypada żałować, że spis z końca XIX w. przeprowadzony przez carską administrację nie obejmował wszystkich obiektów terenowych, ważnych dla dawnej topografii i nazewnictwa. Nazw własnych szukać należałoby w dawnych aktach parafialnych, niestety akt parafii koziegłowskiej z XVII i XVIII w. w Archiwum Archidiecezjalnym w Częstochowie nie ma. Stare akta parafii Poczesna nie obejmują natomiast obszaru Kamienicy. W omawianym tu wykazie figuruje leśna zagroda Wypalanki, której nie potrafimy zlokalizować. Najcenniejsze dla odtworzenia dawnego pejzażu są nazwy pól, łąk, niw, strumyków. Swoje nazwy miały także młyny, zagajniki, lasy, charakterystyczne obiekty, takie jak większe wzniesienia, kamieniołomy, wąwozy, stare szlaki komunikacyjne, wreszcie karczmy. W rejonie Koziegłów i Żarek nazwa młyna uwieczniała nazwisko młynarza (np.Ordon, Oczko) lub charakterystyczny odgłos pracy młyna, np. Burkot, Pomykacz itp. Osiny zawdzięczają nazwę gatunkowi topoli, Wanaty najpewniej podmokłym łąkom, Borek i Dębowiec lasom. Folwarki Adamów, Michałów, a także nie wymienione w spisie Karolina i Romanów, nazwane zostały od imion założycieli bądź posiadaczy.3 Starostwo olsztyńskie w drugiej połowie XVIII w. było kolejno w posiadaniu Lubomirskich, Potockich i Sołtyków. Dzięki lustracji z 1789 r. znamy wszystkich mieszkańców klucza, którego centrum stanowiła Poczesna4, a w skład którego wchodziły wsie Nierada, Łaziec, Wąsosz, Zawisna, Zawada, Własna, Starcza, Karolina i folwark Klepaczka. Zarządzał nim gubernator. Tytuł ten przylgnął do kolejnych zarządców, nawet gdy dawny klucz poczeszyński stał się ekonomią rządową Królestwa Polskiego. O jednym z właścicieli ekonomii (przed Lemańskim), Stanisławie Cieszkowskim wspomina Bogdan Snoch w swych Legendach i baśniach znad Warty 5 czyniąc go bohaterem głośnego romansu z młodą wdową po adiutancie króla saskiego Augusta III, Emmą Weber. Źródła notarialne owym romansem się nie zajmowały, potwierdzają natomiast fakt, iż rządca ekonomii Ciszkowski (zmarł bezżennie) pożyczał różne kwoty. Czy rzeczywiście pod koniec życia przeniósł się do samotni pod Dębowcem i czy ukrył tam jakieś skarby wyrokować nie możemy, brak na to jakicholwiek dowodów. Uznajmy jednak, że dla powtarzanych i kolportowanych drukiem legend wątki romansowe są nieodzowne, bo działają na wyobraźnię czytelnika niczym waleriana na kota. Czytelników Korzeni możemy jedynie odesłać do stosowych źródeł, bowiem brak nam miejsca na przedrukowanie pełnych spisów mieszkańców wsi dawnego klucza po-czeszyńskiego,6 Charakterystyczny dla byłych wsi królewskich, gdzie ziemie przekazywane były z dziada pradziada, był niemal stały zasób nazwisk.7 W lustracyjnym opisie Karoliny występuje obiekt topograficzny „lasek” (na który wcześniej nie zwróciliśmy uwagi) a w nim „dom mieszkalny JW starosty trzy z pokojami porządnemi. Kuchnia z wszelką wygodą postawiona, pralnia (...) garderóbka, wozownie i stajnie. Te wszystkie pobudynki nowo wystawione, słomą pokryte. Sadzawek cztery, nowo wyrobionych (...) Ta cała pozycja lasku i budowli wierzbami w kratę obsadzona, rowami okopana. Ulice od Poczesny sadzone wierzbami. Z tej Karoliny groble i mosty dwa przez rzekę Wartę do Osin nowo postawione. Przy tej Karolinie folwark (...)”Wyzwaniem dla miłośnika lokalnej historii jest próba odtworzenia planu zabudowy Karoliny. Znajdowała się tu siedziba zarządcy klucza, zwanego zwycza-jowo starostą. Gubernatorem starostwa olsztyńskiego, do którego przypisane było także wójtostwo w Częstochowie, był pod koniec XVIII w. Piotr Rudowski. Wszystko wskazuje na to, że wspomniane budynki były wystawione właśnie przez niego. Interesujący szczegół lustracji dotyczy obsadzenia drogi do Poczesny wierzbami. Pani Jadwiga Giedryko-wa zapamiętała z dzieciństwa aleję topolową na Karolinie (por. Korzenie 48/49, s. 6), niesamowity szum drzew podczas burzy. Pamięć dzieciństwa rejestruje elementy pejzażu, ale często nie zachowuje botanicznej precyzji. Wszystko przemawia na korzyść wymienionych w lustracji wierzb. Notabene kilka okazałych egzemplarzy, niestety w coraz gorszym stanie, rośnie jeszcze na granicy Poczesny i Nowej Wsi. Wracając raz jeszcze do Karoliny z Sapiehów Potockiej vel Sołtykowej. Oprócz starostwa olsztyńskiego posiadała także przywileje na dwie wsie, Osiny i Łysieć (uważni czytelnicy Korzeni wiedzą, że obie wsie były w XVII i XVIII w. w rękach Doruchowskich) oraz na wójtostwa w tychże wsiach a ponadto wójtostwo w Biskupicach. Jej mąż Stanisław Sołtyk w 1789 r. stał się posiadaczem wójtostwa częstochowskiego (po Piotrze Jeziorkowskim) do którego należała również wieś Stradom - dziś w obrębie miasta. Opowieść o okolicach Kamienicy może snuć się bez końca. Pozwalają na to głównie nowe szczegóły archiwalne. Na VIII Seminarium Historyków Sztuki w Kielcach Andrzej Kuśnierczyk przedstawił dzieje sporów Błeszna i Stradomia o tereny nad rzeką Konopką8. Oto w spisie mieszkańców II cyrkułu policyjnego Częstochowy (sygn. AMGZ 212, s. 26) na który zwróciła Korzeniom uwagę p. Dorota Czech z Archiwum Państwowego w Częstochowie, w posesji nr 18 figurują dwie szlachcianki: Ewa Skorupka ur. 24 grudnia 1807r. w Błesznie oraz jej siostra Zuzanna, ur. 16 stycznia 1813 r. także w Błesznie. Pierwsza z nich to zapewne była właścicielka dóbr Błeszno. W tym samym źródle wymieniony jest paulin o. Marceli Ficenes (właściwe imię Jan), urodzony w 1824 r. w Kamienicy Polskiej oraz trzy siostry Gruzdz, mieszkające wcześniej w Kamienicy Polskiej; Aniela ur. się w 1842 r. w Nadarzynie pod Warszawą, zaś Klotylda (ur. 1845) i Józefa (ur. 1846) w Kamienicy. To córki kontrolera skarbowego Adama Gruzdzia. Wiedza na temat najbliższych okolic Kamienicy Polskiej jest niezbędna, gdy chce się poznać kulturowy pejzaż, w którym wypadło żyć kolonistom z „kraju austriackiego”, tkaczom z Gór Orlickich, rzemieślnikom i rolnikom z pruskiego Śląska, z Moraw, dalekiej Saksonii, Bawarii czy Schwarzwaldu. ------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------ 1 Hipoteza Franciszka Piekosińskiego, autora znanego opracowania Rycerstwo polskie wieków średnich (t. III, Kraków 1901) głosząca, iż Poczesna zawdzięcza swą nazwę jakiemuś Poczesnemu (jak Częstochowa Częstochowi, Pabianice Pabianowi) jest mało prawdopodobna, biorąc pod uwagę późne pojawienie się wsi w źródłach historycznych. Nazwa wsi wywodzi się najprawdopodobniej od paczesi, gwarowo «poce-sie». Paczesie to efekt dekortyzacji łodyg konopi. Mieszkańcy wsi należącej do olsztyńskiego zamku specjalizowali się zapewne w dostarczaniu włókien konopnych do przędzenia. Obowiązek międlenia konopi mieli także mieszkańcy pobliskiej Nierady. Nazwy wsi Konopiska tłumaczyć w tym kontekście chyba już nie trzeba.

2 Kolejno wydzieliły się parafie w Starczy (w 1911 r.), Nieradzie (1985) i Wanatach (1988). Własny kościół posiadają mieszkańcy Osin. Por. Archidiecezja Częstochowska, Katalog 1993.

3 Pierwotna nazwa Zawisny to „Zawistna”, co znaczyło: niewdzięczna. Trudno się dziwić takiej charakterystyce skoro wieś ulokowała się na piaszczystych, nieurodzajnych glebach. W wymowie gwarowej mieszkaniec wsi Poczesna to „pocześniok” (w języku ogólnopolskim „pocześniak”), analogicznie: Ślązak, poznaniak itp.). Dla kamie-niczan mieszkaniec Wanat to „wanocok” (z konieczną w tym wypadku obocznością t:c), dla mieszkańca Wanat kamieniczanin to „ka-miniczok”, mieszkaniec Osin - „osiniok „ Jastrzębia - „jastrzębiok” czy raczej ,ja-strzymbiok” itp. Forma literacka wymusza określenie „pocześnianin”, „zawiśnianin” (co oznacza dosłownie: mieszkający za wiśnią!), wreszcie: „wanaczanin”. Ostatnia forma brzmi niedorzecznie jak np. „poznanianin”. Mówiąc humorystycznie: pocześnianin to człowiek, który jest już „po czesnem”, tzn. opacił czesne, np. w prywatnym liceum.

4 Dawne lustracje używały przymiotnika „poczeszyński”, mówiono o parafii po-czeszyńskiej i proboszczu poczeszyńskim a nie „pocześniańskim” czy też „pocześnień-skim”.

5 Częstochowa, b. r. w., s. 27-28.

6 O lustracji z 1789 r. pisaliśmy w 46. numerze kwartalnika.

7 Do dziś we wsi Zawisna mieszkają potomkowie wymienionych w XVIII-wiecz-nej lustracji gospodarzy: Kaźmierczakowie, Łobodeccy, Kupczykowie, Rakowie, Grzybowscy, Grucowie, Czerwikowie, Kołodziejczykowie. W Wanatach w 1789 r. nazwisko Szymczyk nosi trzech gospodarzy, podobnie w przypadku nazwiska Grzyb, Czerwik i Rogacz. Włodarzem był Tomasz Churas (w takiej pisowni). Mieszkał tu także Marcin Fox, zapewne ostatni przedstawiciel rodziny występującej w aktach parafii Poczesna przez cały wiek XVIII.

Opracował: Andrzej Kuśnierczyk

Źródło: Kwartalnik ,, Korzenie” nr54,RXV, 3/2005

1965r. Kariera w rytmie passdoble.