Łączna liczba wyświetleń

czwartek, 28 kwietnia 2022

Radości i smutki - zwyczaje rodzinne. Narodziny dziecka. Chrzest Część1.

 Radości i smutki - zwyczaje rodzinne. Narodziny dziecka. Chrzest Część1.

Zagadnienie związane z narodzinami i chrztem dziecka w opracowaniach z XIX wieku dotyczących Zagłębia Dąbrowskiego traktowane jest marginalnie. M. Federowski pisząc o chrzcinach twierdzi, iż „najmniej obfitują w takie szczegóły, które by zdolne były zająć uwagę badacza zwyczajów ludu naszego”662, a także M. Kantor-Mirski wspomina w swojej pracy pt. „Lud Zagłębia Dąbrowskiego…”: „Spośród obrzędów jedynie chrzciny nie posiadają żadnych charakterystycznych cech zwyczajowych”663. Jednakże, jak wynika z badań etnograficznych prowadzonych w 2. poł. XX wieku oraz współcześnie664, narodziny dziecka zawsze powiązane były z szeregiem wróżb, obrzędów i czynności magicznych, mających chronić matkę i jej nowo narodzone dziecko od tzw. złych mocy, na które w okresie połogu oboje byli wyjątkowo podatni. Kobietę ciężarną obowiązywały pewne zakazy, nakazy i wzorce zachowania. Pomimo, iż kobieta spodziewająca się dziecka wykonywała zazwyczaj te same prace w gospodarstwie co przed ciążą, to jednak musiała w pewnych momentach zachowywać szczególną ostrożność. Np. nie powinna przechodzić pod sznurami do suszenia bielizny, nosić na szyi korali czy łańcuszka, bo powodowało to problemy podczas porodu – dziecko mogło się urodzić owinięte pępowiną. Jedna z mieszkanek Koziegłów relacjonuje rozwiązanie swojej sąsiadki: „Powiedziałam jej, mało co, a Piotrusia by nie było, a matka ci mówiła, żeby nie chodzić pod sznurami, a ty nie słuchałaś”665.

Kobieta ciężarna nie mogła także spoglądać przez dziurkę od klucza lub zaglądać do pustej butelki, by dziecko nie miało zeza; nie powinna również patrzeć na ogień bądź pożar, ponieważ niemowlę mogłoby mieć czerwoną plamę na buzi. Powszechnie wierzono, że gdy przyszła mama przestraszy się myszy lub czegokolwiek innego i dotknie swojego ciała, to dziecko w tym miejscu na skórze będzie miało znamię popularnie nazywane myszką lub ogniem. Informatorka dodaje: Były takie proste zwyczaje, aby kobieta, która jest w ciąży nie zaglądała przez dziurkę od klucza, bo dziecko będzie świdro - wate, będzie miało zeza; żeby nie zapatrzyła się na coś takiego niedobrego, żeby czegoś nagłego nie zrobiła i żeby zawsze pamiętała, że jest w ciąży666 . Na zlęknięcie przyszłej matki pomóc miało włożenie środkowego palca dłoni za pasek spódnicy, co miało ratować jeszcze nienarodzone dziecko przed kalectwem i wspomnianą myszką . Wierzono w tzw. magię podobieństw667 twierdząc, że dziecko urodzi się ładne i zdrowe, jeśli kobieta ciężarna będzie przyglądać się estetycznym i pięknym przedmiotom, podziwiać przyrodę i absolutnie zakazywano jej patrzenia na ludzi brzydkich, chorych, kalekich, a także na zwierzęta – gdyż wówczas dziecko mogło posiąść jakąś ich cechę. Ciężarna będąca w ciąży nie powinna brać do fartucha zająca, „bo dziecko będzie miało zajęczą wargę”668. Ponadto przyszłej mamie zabraniano chodzić na pogrzeby i przyglądać się zmarłemu, bowiem groziło to urodzeniem bladego jak nieboszczyk, chorego, a nawet martwego dziecka669. Kobieta w ciąży nie powinna również trzymać innego dziecka do chrztu, bo mogło to być przyczyną, powicia kalekiej lub chorej pociechy. Wśród mieszkańców Zagłębia Dąbrowskiego do chwili obecnej istnieje przekonanie, że ciężarnej nie powinno się niczego odmawiać, należało spełniać każdą jej prośbę, a nawet zachcianki. W przeciwnym razie, jak twierdzono, mole bądź myszy zjedzą rzecz, którą chciała kobieta i której jej odmówiono. Informator podaje, że kobiecie ciężarnej „o co poprosi to trzeba dać, bo inaczej choroba albo nieszczęście”670, zaś mieszkanka Niegowonic wspomina, że jej ojciec odmówił kiedyś pomocy ciężarnej nie wiedząc, że kobieta spodziewa się dziecka i „myszy pogryzły mu kożuch”671. Z zachowania i wyglądu kobiety będącej w ciąży starano się wywnioskować czy urodzi się chłopiec, czy dziewczynka. Jeśli miała apetyt na kwaśne jedzenie np. ogórki kiszone, śledzie – to wróżono urodzenie się chłopca, jeśli zaś na słodkie to na świat miała przyjść dziewczynka. Gdy kobieta „ładnie wyglądała, promieniała, to miał być chłopak. Jak urody jej ubywało, to dziew - czynka”672. Wierzono bowiem, iż córka odbiera matce urodę. Płeć dziecka starano się wywróżyć z pierwszego gościa, który przyszedł w wigilijny po - ranek do domu zamieszkałego przez brzemienną. Jeśli był to mężczyzna to ciężarna urodzi chłopca, jeśli kobieta – powije dziewczynkę. Gdy w czasie ciąży kobiecie dokuczała zgaga oznaczało, że dziecku rosną włosy. W dwudziestoleciu międzywojennym, a nawet w pierwszych latach po drugiej wojnie światowej, poród odbywał się w domu, a dziecko przyjmowała babka, nazywana również wróżką673 lub akuszerką674. Akuszerki odbierały porody do lat 60. XX wieku, do momentu kiedy kobiety nie zaczęły rodzić na izbach porodowych lub w szpitalach. Babka była najczęściej starszą, doświadczoną kobietą, zajmującą się odbieraniem porodów, opieką nad noworodkiem i jego matką, z reguły przez około trzy dni po porodzie. Kobieta odbierająca poród była też zobowiązana, w razie konieczności, gdy dziecko było słabe, ochrzcić je. Mieszkańcy Zagłębia Dąbrowskiego wspominają: „Ona to nowo narodzone dziecko kropiła święconą wodą i żegnała”675 . Jeszcze w latach 40. XX stulecia po narodzinach babka kąpała dziecko w drewnianej niecce, a wodę z pierwszej kąpieli „wylewała w takie miej - sce, gdzie kury nie chodziły – żeby dziecko nie płakało”676 i „nie dostało wyrzutów”677. Czasem do wody, w której kąpano dziecko wrzucano mo - nety wcześniej przyniesione przez gości odwiedzających noworodka678. Natomiast mieszkańcy Niegowej wspominają, że do kąpieli dziewczynki wkładano kłosy ze strzechy „żeby miała ładne włosy”679. Po kąpieli na główkę dziecka ubierano białą trójkątną chusteczkę nazywaną rogóweczką, a całe ciało niemowlęcia krępowano płóciennymi powijakami. W powija - kach dziecko noszono przez ok. 4–6 tygodni, po to, „żeby się nie złamało i było proste”680 . Pod koniec XIX wieku bardzo ważne było, by po porodzie dziecko podać ojcu, który biorąc je na ręce – uznawał za swoje. Ponadto jak wspomina etnograf S. Ciszewski:Zaraz po urodzeniu się dziecka, ojciec częstuje wszystkich obecnych wódką. Kumoski zaś i znajome baby przychodzą winszować matce i przynoszą jej wódki przyprawionej z gwoździkami, cynamonem, gałganem i zafarbowanej karmelem z palonego cukru681. Na wsi, do domu nowo narodzonego dziecka schodziły się wszystkie gospodynie, przynosząc zboże, mąkę, chleb, ser, jajka, masło i inne produkty, często w dużych ilościach, aby starczyły gospodarzowi na czas połogu żony682. Również babka zostawała lub przychodziła przez trzy-cztery dni, aby opiekować się dzieckiem i położnicą.


Źródło: Tropem badaczy Zagłębia Dąbrowskiego, str 299-302. ,aut: Dobrawa Skonieczna-Gawlik, Wyd: Regionalny Instytut Kultury w Katowicach 2016r

Radości i smutki - zwyczaje rodzinne. Narodziny dziecka. Chrzest Część2.

  Radości i smutki - zwyczaje rodzinne. Narodziny dziecka. Chrzest Część2.                                    Nowo narodzone dziecko, przed chrztem było wyjątkowo narażone na wszelkie zło. „Uważano, że w tym czasie nie jest ono chronione przez Boga”683, tak więc wszelkimi sposobami starano się je ustrzec przed urokami i złymi mocami. Istniało wiele zachowań mających pomóc lub przynajmniej nie szkodzić niemowlęciu. Wierzono, że nie należy wywieszać pieluch po zachodzie słońca, bo dziecko mogło być niespokojne. Nie wolno było także patrzeć na nie bezpośrednio, gdyż samo takie spojrzenie mogło mu zaszkodzić. Wchodząc do izby, w której znajdowało się niemowlę, spoglądano najpierw na paznokcie, potem do góry, a dopiero później w kierunku dziecka często przez rozchylone palce dłoni. Ponadto młoda matka nie mogła wychodzić z domu w południe oraz po zmierzchu, a często nawet w ogóle do wywodu684 nie opuszczała domu, bo to mogłoby sprowadzić na nią i nowo narodzone dziecko nieszczęście. Do momentu wywodu kobiecie, jako nieczystej, zakazywano również noszenia wody, „bo by się robaki zaległy”685, „bo się woda mieni i nie ma tego smaku”686 .


Zdaniem mieszkańców pogranicza małopolsko-śląskiego urok na maleństwo mogły rzucić osoby, które „niedobrze patrzą”687, „mają coś w oczach”688. Często podejrzewano o uroki kobiety niezamężne, stare, kalekie. Jeśli już ktoś spojrzał w podejrzany sposób na dziecko to, aby uniemożliwić działanie uroku należało trzy razy splunąć za siebie. Czasami rodzicom wydawało się, że niemowlę już jest urzeczone, co objawiało się ciągłym płaczem, niespokojnym zachowaniem czy jego chorobą. Aby odczynić urok matka pluła trzy razy na swoją koszulę i albo przecierała czoło niemowlaka, albo czyniła na czole znak krzyża. Innym sposobem sprawdzania i odczyniania uroków było wrzucenie do szklanki z wodą trzech kawałków węgla drzewnego „ze spalonej drzazgi”689 i tyluż okruszyn chleba. Jeżeli na dno opadł węgiel, to znaczyło, że urok rzucił mężczyzna, a jeśli chleb – urok jest dziełem kobiety. Wodą z tej szklanki obmywano buzię dziecku, a pozostałą jej część wylewano w kąt izby690 lub też na zawiasy drzwi, żeby w ten sposób „to złe zamknąć”691. Środkiem zapobiegawczym przed tzw. złymi spojrzeniami był kolor czerwony. W związku z tym dziecku często zawiązywano na rączce wstążeczkę tego koloru, bądź „do wózka albo kołyski przyczepiano czerwoną kokardkę”692. Także srebrny przedmiot lub obrazek święty włożony pod poduszkę w kołysce miał uchronić noworodka przed urokami, złymi spojrzeniami i nieczystymi mocami. Według mieszkańców Zagłębia Dąbrowskiego jeszcze w latach 60. XX wieku można było spotkać się ze stosowaniem tego typu zabiegów magicznych. Do czasów współczesnych przetrwała wiara w niezwykłą, ochronną moc czerwonego koloru, który w postaci kokardki, dodatkowo często z elementem religijnym - medalikiem, przyczepiany jest do dziecięcego wózka i łóżeczka. Wiele osób nadal przywiązuje wagę do przestrzegania pewnych zakazów wspomnianych wyżej, choć nie mówią o tym otwarcie. Niektóre kobiety w ciąży pewnych rzeczy nie robią i przestrzegają starych zaleceń, jak choćby nie noszenia korali czy czasu przygotowania wyprawki dla dziecka. Wspominają jednak o tym niechętnie, aby – jak twierdzą – nie zostać posądzonym o zacofanie i wiarę w zabobony693 . Bardzo ważnym momentem w rodzinie był chrzest nowo narodzonego dziecka. Z uwagi na dużą śmiertelność noworodków, jeszcze w latach powojennych miał on miejsce trzy lub cztery dni po porodzie. Jeśli dziecko było silne i zdrowe chrzczono je do sześciu tygodni od narodzin. Dziś uważa się, że dziecko powinno być ochrzczone w pierwszym roku życia. Decyzję o terminie sakramentu podejmują rodzice i ustalają w kościele z księdzem dokładną datę uroczystości. Pod koniec XIX wieku na rodziców chrzestnych, zwanych kumosiami bądź kumotrami694, wybierano ludzi uczciwych, dobrych, mądrych i praktykujących, takich, którzy w wypadku braku rodziców byliby w stanie wychować dziecko. Twierdzono, iż dziecko przejmuje pewne cechy charakteru po rodzicach chrzestnych, tak więc starano się, aby kumotrowie byli pobożni, zaradni i gospodarni. Dawniej, wybierając ich, nie przywiązywano wagi do pokrewieństwa. Ponieważ nie wypadało odrzucić propozycji zostania chrzestnym, a odmowę uważano za grzech695, na rodziców chrzestnych proszono często tych, z którymi kłócono się o grunt, miedzę itp. Skumowanie godziło powaśnionych, zapominano wówczas o urazach, krzywdzie lub nieprzyjaźni. Od momentu chrztu żyli w zgodzie i uważali się za spokrewnionych696. Dzisiaj na chrzestnych rodzice dziecka najczęściej wybierają kogoś z najbliższej rodziny obojga np. siostry, braci, najbliższe kuzynostwo. Mogą nimi zostać również dobrzy znajomi rodziców dziecka. Niekiedy podczas wyboru ojciec i matka niemowlęcia kierują się zamożnością przyszłych chrzestnych, do cech charakteru nie przywiązując już takiej wagi jak dawniej. Za czasów M. Federowskiego kuma zobowiązana była uszyć chrześniakowi bądź chrześniaczce czepeczek i koszulkę z płótna lnianego zawiązywaną pod szyją na czerwony fontazik697. W XX stuleciu dziecko do chrztu ubierano w różowe szatki jeśli była to dziewczynka, w niebieskie w przypadku chłopca lub po prostu w ubranko koloru białego. Bardzo często dziecko, szczególnie jeśli było małe, niesiono do kościoła w poduszce przykrytej kapką i ozdobioną mirtowym wianuszkiem lub gałązkami tejże rośliny. W czasie uroczystości kościelnej niemowlę trzymała matka albo matka chrzestna. Jeszcze w latach powojennych chrzest dziecka w kościele miał miejsce w zwykły dzień tygodnia. Często, jeśli dziecko urodziło się przed świętami, czekano z chrztem do świąt. Natomiast starano się nie chrzcić dzieci w trakcie postu lub adwentu. „Żeby córka zmieściła się w poduszkę, chrzest trzeba było zrobić w poście […]. Babcia była oburzona, że chrzest odbywa się trakcie Wielkiego Postu”698 – wspomina jedna z informatorek. Dziś chrzest ma miejsce w trakcie jednego z niedzielnych nabożeństw699, podczas którego ksiądz polewa główkę dziecka wodą święconą, czyni znak krzyża i nadaje dziecku wcześniej wybrane jedno lub dwa imiona. Niegdyś wpływ na imię mieli nie tylko rodzice, ale również dziadkowie dziecka. Sugerowano się także patronem dnia, w którym dziecko się urodziło oraz imionami już obecnymi w rodzinie700 . Po chrzcie matka dziecka szła na wywód701 – dopiero po nim ponownie mogła brać udział we wszystkich pracach domowych i być pełnoprawnym członkiem społeczności, również religijnej. Zwyczaj ten praktykowany był przez mieszkanki Zagłębia Dąbrowskiego jeszcze w latach 60. XX wieku. Pod koniec XIX wieku goście po obrządku religijnym, śpiewając przez całą drogę, powracali do chaty gdzie wspólnie zasiadali do chrześnego obiadu, w którego skład wchodzi kapusta z grochem, mięso gotowane, dziewięć bułek rzannego (żytniego) chleba i nieodstępna wódka, którą na misce podając, mieszają z miodem702. M. Federowski odnotował, że po obiedzie kumoszki przystępowały do śpiewania dniówek oraz innych pieśni703. Jak piszą obaj XIX-wieczni etnografowie, „hulanka chrzestna” kończyła się zazwyczaj rano i nieraz była kontynuowana w poniedziałkowy wieczór bądź w „oktawę dnia chrzestnego”704. W okolicach Sławkowa na obiad z okazji chrzcin podawano, oprócz kapusty z grochem i gotowanego mięsa, rosół z ziemniakami oraz kaszę jęczmienną ze słodkim mlekiem705. Jeśli rodzina nie należała do najzamożniejszych, najbliższych częstowano kawą, plackiem drożdżowym z serem lub posypką, kiełbasą i wódką. W 2. poł. XX wieku, po chrzcie, gości również zapraszano do domu, gdzie podawano obiad składający się z rosołu z makaronem, ziemniaków lub klusek, pieczonego mięsa oraz surówki. Następnie podawano ciasto (tort), kawę i herbatę oraz niekiedy alkohol. W obecnych czasach w Zagłębiu Dąbrowskim po mszy chrzcielnej urządza się w domu bądź w restauracji przyjęcie. Zarówno dawniej, jak i dziś, przyjęcie z okazji chrztu uzależnione jest od możliwości i zamożności rodziców dziecka, gdyż właśnie oni najczęściej je organizują. Zazwyczaj gościom podaje się dwudaniowy obiad, ciasto, kawę oraz owoce. W wielu rodzinach, zbieżnie z zaleceniami Kościoła, tego dnia unika się spożywania alkoholu. Zgodnie z tradycją rodzice chrzestni obdarowywali chrześniaka podarkami. Dawniej najczęściej było to tzw. wiązanie – czyli pudełko, do którego wkładano obrazek o treści religijnej podpisany przez chrzestnych oraz pieniądze. Pakunek ten umieszczano pod poduszką, aby dziecko było bogate. Dziś wszyscy goście dają maleństwu pamiątkowe karty z życzeniami, kwiaty, pieniądze lub prezenty w postaci zabawek, ubranek, biżuterii oraz medalików z wizerunkami świętych. W latach powojennych do tradycji należała wspólna fotografia rodziców z dzieckiem i rodzicami chrzestnymi, wykonana w studio fotograficznym i będąca najczęściej jedyną fotografią z chrztu. Dziś fotografuje się zarówno ceremonię kościelną, jak i przyjęcie, a także rodziców oraz gości z nowo ochrzczonym dzieckiem Warto wspomnieć, iż w czasach PRL-u wprowadzono świecki obrzęd nadania imienia dziecku, który miał miejsce w Urzędzie Stanu Cywilnego. Jedna z mieszkanek Sosnowca wspomina: „Najstarszy z synów miał w Pałacu Ślubów ceremonię nadania imienia. Chcieliśmy, aby na chrzest przyjechał mój brat, który wówczas był w wojsku, a ponieważ na uroczystości kościelne nie można było otrzymać przepustki, musieliśmy zrobić ceremonię w urzędzie”706. Uroczystość ta w przeciwieństwie do ślubu cywilnego nie była wymagana prawem i tylko w wyjątkowych sytuacjach korzystano z tej formy. 

                                                         Źródło: Tropem badaczy Zagłębia Dąbrowskiego, str. 302-310. ,aut: Dobrawa Skonieczna-Gawlik, Wyd: Regionalny Instytut Kultury w Katowicach 2016r

poniedziałek, 25 kwietnia 2022

KONOPISKA i JA. WSPOMNIENIA.

 KONOPISKA i JA. WSPOMNIENIA.

Leży przede mną książka p. Barbary Herby „Dzieje Konopisk i okolic" wydana kilka lat temu. Na mapie znajdującej się na okładce szukam legendarnego dla mnie Pałysza i Dżbowa, a na drugiej (wewnątrz książki) kopalni „Maria" w Łaźcu, pleców prażalniczych w Sabinowie i Dźbowie, trasy kolejki wąskotorowej prowadzacej z tamtych terenów do Borku. Cóż te wszystkie miejscowości mają ze mną wspólnego? Przede wszystkim tam pracował mój tato, Stanislaw Kuśnierczyk. Kamienicę i Konopiska łączył ten sam teren rudonośny zarządzany przed wojną przez tego samego właściciela firmy „ Modrzejów- Hantke". Praca taty potwierdzona jest wpisami w książeczce ubezpieczeniowej z 1935 roku.


Wielokrotnie wbite są tam pieczątki: „Piece prażalne kopalń w Dżbowie"„,Kopalnia Rudy Żelaza „Maria" w Lażcu", „Warsztaty mechaniczne przy Kopalniach Rudy żelaza w Dżbowie". Pracowal tam przed wojną i czasie wojny, z przerwami na udział w wojnie obronnej we wrześniu 1939 roku (pułk artylerii ciężkiej w Armii „Lódź") i dłuższy urlop w 1941. Na zaświadczenie o tym urlopie patrzę zawsze z dużym wzruszeniem, bo wziął go tato w związku z moim urodzeniem. Jeszcze długo po wojnie jeździł do Sabinowa i Dźbowa, zwłaszcza do koniecznych remontów małych, urokliwych lokomotywek kolejki wąskotorowej, bo z zawodu był ślusarzem-mechanikiem parowozów takiej trakcji. Głowy za to nie dam, ale wydaje mi się, że na zdjęciu w książce p. Herby „Pracownicy kopalni Konopiska (r. 1944) na tle rampy kopalnianej" w drzwiach lokomotywki stoi mój tato. Do dziś pamiętam dwie niezwykłe dla mnie wyprawy, na które zabrał mnie tato - raz drezyną, za drugim razem - małym parowozikiem. Jechaliśmy z Borku przez pola w kierunku Konopisk We wspomnianej już legitymacji znalazłam także dwa podpisy dr. Kazimierza Giedryka, który był zatrudniony w Konopiskach jako lekarz kopalniany, a dojeżdżał tam z Kamienicy bryczką. Gdy pod koniec 1941 roku Niemcy zajęli nasz dom (byłam wtedy niemowlakiem) znaleźliśmy schronienie i serdeczne wsparcie w domu pp. Nalewajków na Pałyszu. Babcia Bronisława z Tomalów Kuśnierczykowa i dwaj młodsi bracia taty, Leon i Kazik, zamieszkali w istniejącym dotychczas drewnianym budynku p. Stanisława Błaszczyka, a potem w domu Hermana.


Mama często chodziła pieszo - wioząc mnie w wózku - z Pałysza do Kamienicy i z powrotem, aby chłopcom zrobić pranie i coś tam ugotować po śmierci babci w 1942 roku. Jak się jej te wyprawy udawały? Na Pałyszu bywali także Leon z Kazikiem. Z pp. Nalewajkami rodzice utrzymywali kontakt jeszcze długo po wojnie, a w Kamienicy odwiedzała nas Ziutka Nalewajka. Z pobytu na Pałyszu prawie nic nie pamiętam poza jakimiś wybuchami, łunami pożarów i ...psem Łapą. Do Kamienicy wróciliśmy stamtąd na początku 1945 roku. 6 marca tego roku tato ma już w książeczce wpis: „Zjednoczenie Kopalń Rudy żelaza, podrejon Borek", a potem już „rejon Borek". W Konopiskach mieszkała także z mężem Henrykiem moja ciocia Halina Glińska z domu Szejn. Pamiętam, że gdy przyjeżdżali do rodziny w Kamienicy, często wspominali swoją działalność konspiracyjną w czasie wojny w Konopiskach, w AK. Byłam zafascynowana ich pseudonimami: „Dym" i „Jaśmin" i konspiracją. A potem na wiele lat Konopiska zniknęły z mojego horyzontu i niespodziewanie pojawiły się w Warszawie w 1968 roku, gdy poznałam tam Hankę, córkę pp. Przybylików, a potem jej siostrę Bożenę i brata Marka. Znajomość wtedy zawarta pogłębiona przez wspólne wyprawy kajakowe, górskie, krajoznawcze i spotkania prywatne w Warszawie i Zakopanem przerodziła się w serdeczną przyjaźń trwającą do dziś. Po pewnym czasie, w trakcie „długich rodaków rozmów", okazało się, że łączą nas także Konopiska, bo ich tato Jan i mama Władysława tam uczyli, a tato był kierownikiem szkoły od 1938 roku, po odejściu z powodów zdrowotnych Gustawa Kolmana. Rodzice Hanki mieszkali w budynku starej szkoły w Kopalni, gdzie Hanka przyszła na świat, potem w szkole w Konopiskach. W 1940 roku p. Jan został aresztowany i osadzono go w obozie w Dachau, potem w Mauthausen-Gusen. Uwolniony po prawie pól roku wrócił do Konopisk. Uniknął powtórnego aresztowania, gdyż nie pojechał z innymi nauczycielami na zorganizowaną specjalnie przez Niemców konferencję w Kłobucku.


Został ostrzeżony przez wójta. Państwo Przybylikowie i inni nauczyciele otrzymali dokumenty zatrudnienia w kopalniach prowadząc równocześnie tajne nauczanie. Pod koniec stycznia 1945 roku p. Przybylik rozpoczął starania o reaktywowanie szkoły. Pracował w niej wraz z żoną do roku 1968, do chwili przejścia obydwojga na emeryturę i wyjazdu do Warszawy. Hanka po ukończeniu Liceum im. J. Słowackiego w Częstochowie udała się na studia do Warszawy, Bożena pracowała do emerytury jako nauczycielka w szkole w Dżbowie, Marek urodzony w Konopiskach został dziennikarzem, czasami występuje w telewizyjnym programie „Szkło kontaktowe". Na moje pytanie, jak wspomina Konopiska Hanka odpowiedziała: „ [.. jako krainę szczęśliwego dzieciństwa. Konopiska były śliczną wsią pełną zieleni, zamieszkałą przez wspaniałych, miłych ludzi, stąd nasze najstarsze przyjaźnie. Marek czasem wspomina Klub Sportowy„ Lot" Konopiska czy orkiestrę szkolną znaną w całym województwie i in. sprawy, ale jest to temat na długie opowiadanie. Konopiska to ważny rozdział naszego życia". W rozmowie padały nazwiska Frydrychów, Sączków, Kieratów, Glińskich. I jeszcze jedno. Gdy wracałam któregoś razu z Warszawy, zostałam poproszona przez pp. Przybylików o przekazanie pozdrowień dla p. Waci Kieratowej. W czasie spotkania rozmawiałyśmy o ich zażyłej przyjaźni, ale i o moich szkolnych latach, gdy p. Wacia uczyła mnie geografii. Ale to już inna bajka. Aut: Barbara Kaczkowska (Kraków) Źródło: Kwartalnik ,,Korzenie” nr74, R XX ,3/2010r

niedziela, 24 kwietnia 2022

HAŁDY I CEGIELNIE

 HAŁDY I CEGIELNIE

W latach pięćdziesiątych ubiegłego stulecia Kamienica Polska była jedną z nielicznych miejscowości powiatu częstochowskiego, która miała utwardzone drogi i niewiele domów krytych słomą. W okolicznych wioskach drogi wyglądały jak piaszczyste trakty leśne a domy miały słomiane strzechy. Z tego powodu wybuchały często pożary, które niszczyły cały dobytek. Drewno było wówczas dosyć tanim budulcem, dlatego rzadko budowano domy z cegły czy kamienia wapiennego. Po wojnie jak grzyby po deszczu pojawiały się prywatne firmy, które miały odpowiednie maszyny do wyrobu cegły. Napędzano je silnikami dieslowskimi. Jako materiał do wyrobu cegły wykorzystywano stare pokopalniane hałdy, na których zalegały grube warstwy iłowców.

Po usunięciu kamieni iły zmieszane z piaskiem i polewane wodą stanowiły doskonały materiał do produkcji ceramicznych materiałów budowlanych. Uformowana cegła musiała wyschnąć, aby potem wypalano ją w specjalnie wykonanym do tego celu piecu. Na polach Jastrzębia, Kamienicy Polskiej i Osin budowano specjalne szopy, w których suszono cegłę. Układano ją w określony sposób, przesypywano miałem węglowym tak, aby był ciąg powietrza poprzez kanały wentylacyjne, doszczelniano boki i podpalano od dołu. Proces wypalania trwał około miesiąca.
Gdy węgiel się spalił, rozbierano piec wyjmując dobrze wypaloną cegłę. Jednorazowo można było wypalić kilkanaście tysięcy cegieł. Produkcja taka była tańsza niż zakup gotowego produktu. Dostęp do materiałów budowlanych był w tamtych czasach utrudniony, więc ludzie musieli radzić sobie sami. Kto dysponował na swoim polu materiałem do produkcji cegły, zamawiał firmę. Młodzi, kilkunastoletni chłopcy znajdowali przy produkcji cegieł zatrudnienie. W ten sposób pomagali rodzicom w utrzymaniu domu. Nikt wówczas nie pytał, czy młodzież może wykonywać tak uciążliwe prace. Zatrudniano się głównie w czasie wakacji. Uważam, że była to dobra metoda, która uczyła poszanowania pracy i odpowiedzialności.
Dzięki zaradności naszych rodziców wieś z drewnianej stawała się murowana.
Wspomnienia. Marian Bednarczyk (Ruda Śląska) Źródło: Kwartalnik ,,Korzenie" , nr63, R XVII, 4/2007r

wtorek, 19 kwietnia 2022

Zielone Świątki i poświęcenie pól . Autor: Dobrawa Skonieczna-Gawlik

 Zielone Świątki i poświęcenie pól . Autor: Dobrawa Skonieczna-Gawlik

Zielone Świątki, nazywane w Kościele świętem Zesłania Ducha Świętego, a będące pozostałością dawnego słowiańskiego święta agrarnego, są trzecim z kolei najważniejszym świętem w roku – po Bożym Narodzeniu i Wielkiej Nocy586. Zielone Świątki należą do świąt ruchomych i obchodzone są pięćdziesiąt dni po Niedzieli Wielkanocnej, przypadając zazwyczaj w maju bądź na początku czerwca. W zwyczajach zielonoświątkowych na dawne wierzenia pogańskie nałożyły się elementy religijne, czyniąc z tego święta ważną uroczystość kościelną. Obchodzone niegdyś bardzo uroczyście i trwające dwa dni (niedziela oraz poniedziałek) dziś tracą swój dawny wymiar. Na obszarze Zagłębia Dąbrowskiego w niewielu miejscowościach można odnaleźć pozostałości tradycyjnych praktyk magicznych, takich jak przystrajanie domów zielonymi gałązkami i tatarakiem587. Mieszkanka Psar podaje: „Tatarak był i w wazonie, przy obrazach, w pościeli. Robactwo miało się dzięki temu nie wdawać”588. Ale jeszcze w latach 40. XX wieku powszechne było majenie chałup, przyozdabianie bram oraz dekorowanie wnętrza izby brzozą, kasztanowcem, gałązkami lipy, buku i tatarakiem: Na Zielone Święta w każdym domu ustrajano drzwi wejściowe od zewnętrznej strony zielonymi gałązkami, najczęściej brzozy oraz tatarakiem. Obecnie […] zwyczaj zaniknął […], mało kto przystraja tego dnia domy czy okna […], kiedyś wszystkie domy były pięknie przystrojone589. Jedna z mieszkanek Sosnowca wspomina: Przystrajano wszystkie domy zielonymi gałęziami brzozy, wierzby i tatarakiem.

Pamiętam mój ojciec zawsze na Zielone Świątki chodził po tatarak, który rósł gdzieś przy wodzie i mokradłach. Nazywało się to pałkami lub gałami tataraku. Przynoszono je do domu i przystrajano drzwi wejściowe oraz okna590 Do zwyczajów zielonoświątkowych należały uroczyste procesje obchodzące pola, które wyruszały spod kościoła po mszy świętej. Na początku niesiono krzyż ozdobiony kwiatami, następnie obrazy i figury świętych oraz chorągwie. Potem szedł ksiądz, a za nim podążali wierni. Uczestnicy procesji idąc granicami pól, modlili się i śpiewali pieśni religijne, a ksiądz święcił pola, aby były urodzajne591. Według informatorów zwyczaj ten w zagłębiowskich wsiach zaczął zanikać już w latach 20. ubiegłego wieku, jednakże w niektórych okolicach jeszcze po drugiej wojnie światowej spotkać można było procesyjne obchodzenie pól uprawnych. Obecnie, szczególnie na obszarach wiejskich, odbywa się poświęcenie pól, jednakże bez ich uroczystego, procesyjnego obchodzenia592. Zazwyczaj po nabożeństwie, które odprawiane jest przez kapłana przy odświętnie przybranej zielonymi gałązkami i kwiatami kapliczce lub też pod krzyżem. Odmawia on modlitwę, w której zwraca się do Boga o ochronę plonów przed klęskami i kieruje prośbę o urodzaj, po czym symbolicznie kropi wodą święconą najbliżej leżące pola i łąki. W drugi dzień Zielonych Świątek urządzano sobótki593. Jak pisze autor „Ludu okolic Żarek…” jest „to zwyczaj pogański do naszych czasów przechowany i, jak wiadomo, należy do najdawniejszych obrzędów na cześć słońca odprawianych”594. W czasie tych spotkań płonęły ogniska, a dziew - częta i chłopcy skakali przez nie. Śpiewano wtedy i tańczono. Ognie pło - nęły najczęściej na wzgórzach, w okolicach Będzina na wzgórzu Doroty595, w Niegowie na Bukowcu596 . Zanik zwyczaju palenia ognisk sobótkowych zauważył Ciszewski pisząc tak: „Zwyczaj ten jednak coraz bardziej zarzucają. Pieśni nie śpiewają […] żadnych; skaczą tylko przez ogień”597. Również M. Federowski zwrócił uwagę na zacieranie się tradycji palenia ogni sobótkowych i pod koniec XIX wieku poczynił takie spostrzeżenie: Być może, że jak i w innych okolicach kraju naszego, tak i tu za lat kilka lub kilkanaście nie rozświetli nocy tej ogień bylicowy […] i nie zakłóci jej ciszy daleko roznoszącym się echem śpiewu dziewcząt, tańczących wkoło ognisk, niby fantastyczne postacie duchów598 . W czasach, gdy tradycja ogni sobótkowych była jeszcze żywa, dziewczęta ze wsi zbierały się dzień wcześniej i układały pieśń o cnotach oraz przywarach chłopców, tzw. ochwiarę. W pieśni tej tekst pozostawał corocznie ten sam, lecz zmieniały się imiona chłopców przypisanych do zalet i wad wymienianych w ochwiarze599. Na drugi dzień, gdy ogniska już wygasły, przeganiano przez nie bydło, „ażeby je nogi nie bolały”600 . Zwyczaj sobótki w szczątkowej formie zachował się jeszcze do lat 90. XX stulecia. Jak wspominają informatorzy, w okresie międzywojennym w oko - licy np. Będzina palono około sześćdziesięciu ognisk. Natomiast w latach 60. już tylko dwa do trzech. Mieszkanka Niegowy podaje: Zielone Świątki to u nas są na Bukowcu, jest to góra […]. Gałęzi dawniej to nanosili, wszystkie dzieci, jak my byli, to i kawaler, i panny, i nosili gałęzie i zanieśli snopek słomy […]. Jak słońce zachodziło to wtedy najstarszy kawaler z Niegowej [zapalał ogień, przyp. aut.] […]. Żadnemu nie wolno było zaświecić [pod - palić, przyp. aut], tylko on mógł601. Dzisiaj rzadko płoną ognie sobótkowe, a współczesna sobótka zdaniem wielu mieszkańców Zagłębia ma niewiele wspólnego z prastarą obrzędowością ludową. Jest to przede wszystkim okazja do spotkania towarzyskiego, które inicjowane jest zazwyczaj przez Koło Gospodyń Wiejskich lub miejscowe organizacje. Po dopaleniu się sobótki wszyscy rozchodzą się do domów. G. Odoj pisze o teraźniejszych ogniskach zielonoświątkowych, które w Sławkowie są jedynie rozrywką młodych: Młodzież pali czasem z okazji Zielonych Świątek „sobótkę” gdzieś za miastem. Oczywiście nie ma to nic wspólnego ze świętowaniem religijnym. Wezmą magnetofon na baterie, popijają piwko lub wino i szaleją przy ogniu aż do rana602.

Źródło: Tropem badaczy Zagłębia Dąbrowskiego, str 244-253, ,aut:
Dobrawa Skonieczna-Gawlik, Wyd: Regionalny Instytut Kultury w Katowicach 2016r

Budynki urzędnicze B. Hantke w Konopiskach.

 Budynki urzędnicze B. Hantke w Konopiskach.

W poprzednim numerze w cyklu „Górnicze tradycje Kamienicy Polskiej" opublikowaliśmy zdjęcie przedstawiające budynki Towarzystwa B. Hantke.

Okazało się, że to budynki urzędnicze w Konopiskach. Roman Sitkowski zwrócił uwagę, że to samo zdjęcie znajduje się w książce Barbary Herby p t„Dzieje Konopisk i okolicy". Autorka otrzymała zdjęcie od żony Stefana Gajosa, Haliny Gajos z domu Probierz. Możemy zatem podać nazwiska uwiecznionych na tejże fotografii osób. Dzięki opublikowanej przez nas w 66. numerze „Korzeni" liście darczyńców sztandaru górniczego z Konopisk (s. 19) mogliśmy uzupełnić kilka pominiętych przez autorkę książki imion. Siedzą od lewej: Morawski, geolog Bolesław Piaskowski, Józef Probierz, dyrektor kopalni inż. Jerzy Borkowski, sztygar Józef Szniako, zawiadowca pieców Marian Rachalski. Stoją od lewej: NN, NN, Józef Czeszejko-Sochacki, sekretarz dyrektora Stefan Gajos, urzędniczka Eugenia Kordecka, NN i Leon Guzik - zawiadowca placów i magazynów. „Między Wygodą a Konopiskami na pocz. XX wieku zbudowano dom dla dyrektora kopalni „Konopiska". W głębi ogrodu w drewnianym domu zbudowanym w połowie XIX wieku znajdowała się lecznica dla okolicznych mieszkańców. Pracował w niej Litwin z pochodzenia, doktor - Giedryk, dochodzący tutaj z Kamienicy Polskiej. Obok lecznicy wybudowano 2 domy dla urzędników kopalni. Domy otaczały ogrody, którymi opiekował się zatrudniony ogrodnik Stanisław Kowal - rodem z Korzonka" -czytamy w książce Barbary Herby (s. 34) Dochodzącym, czy może raczej dojeżdżającym bryczką z Kamienicy Polskiej lekarzem kopalnianym był oczywiście Kazimierz Giedryk Wszak taką samą rolę pełnii i w naszej wsi, bowiem istniejąca tu kopalnia również należała do Towarzystwa B. Hantke z Rakowa.

Podobnie jak w Konopiskach - w Kamienicy także znajdowała się lecznica oraz budynki dla urzędników kopalni. Pomiędzy dwiema górniczymi osadami istniały więc powiązania. Można nawet doszukiwać się analogii w rozwoju obu miejscowości. Towarzystwo B. Hantke nabyło w Konopiskach tereny dawnego majątku paulińskiego, wraz z folwarkiem. Folwarkiem tym zarządzał zaufany człowiek Bernarda Hantke - Wojciech Korwin Szymanowski. W Kamienicy Polskiej Towarzystwo Hantke kupiło teren dawnego folwarku Klepaczka, należącego kolejno do Sadowskich, Bendy, Boguslawskiego, Strzeleckiego i Kleebera. Można pozazdrościć, że dzieje górnictwa rejonu Konopisk, dzięki publilcacji Barbary Herby, są bardziej udokumentowane. (...) (ak) Źródło: Kwartalnik ,,Korzenie” nr68, R XIX , 1/2009r

Holeczkowie z Rakowa - Maria i Franciszek Holeczek.

 Holeczkowie z Rakowa - Maria i Franciszek Holeczek.

Franciszek Holeczek był młodszym synem Franciszka i Marianny z Hładzików małżonków Holeczków. Urodził się 1 stycznia 1870 r. w Zawadzie koło Kamienicy Polskiej. Z zawodu był stolarzem. Dnia 9 sierpnia 1892 r. ożenił się w Kamienicy Polskiej z Walerią Ciejpą, córką Józefa i Klotyldy z Gallów. Ich pierworodny syn, Napoleon Holeczek, zmarł przy porodzie 9 lipca 1893 roku. Dnia 25 marca 1895 roku urodził się im syn Józef. Trzecie i ostatnie dziecko Franciszka i Walerii — córka Alodia Marianna • urodziła się 31 lipca 1897 roku. Dnia 12 stycznia 1898 r. zmarła Waleria Holeczek. Już w niecałe pół roku później (02.05.1898) Franciszek ożenił się z Marianną Błaszczyk, córką Walentego Augusta Błaszczyka i Julianny z Kusiów, urodzoną 3 października 1873 r. w Siedlcu w parafii Koziegłowy. Błaszczykowie przenieśli się do Kamienicy Polskiej; zamieszkali najprawdopodobniej w istniejącym do dziś domu, który znajduje się niedaleko kościoła, przy Ryneczku. Marianna była tkaczką.

Takie w tym małżeństwie Franciszka pierwsze dziecko umarło. Był to Ignacy Holeczek, urodzony 3 marca 1899 roku. Następnie na świat przyszedł dnia 25 listopada 1900 r. syn Jan. Córka Weronika, urodziła się 8 stycznia 1903 roku. W tym czasie Franciszek próbował zainwestować większe pieniądze w jakiś bliżej nieznany już dziś interes, prawdopodobnie w jakąś fabryczkę. Nie powiodło się to jednak, ponieważ albo splajtował, albo został oszukany. W tej sy-tuacji rodzina przeprowadziła się do wsi Raków pod Częstochową. Wynajęli pokój w domu Karola Blaszczyka -brata Marianny - przy dzisiejszej ul. Mireckiego. Dom był drewniany, piętrowy, z balkonem od ulicy. Rodzina Holeczków zajmowała dwa pokoje na parterze po prawej jego stronie. Wkrótce w Rakowie utworzono parafię pod wezwaniem św. Józefa, a w pobliżu ich domu zaczęto budowę kościoła. Marianna w późniejszym wieku bardzo często chodziła się tam modlić. Tam też ochrzczono ich ostatniego syna Władysława. Urodził się 18 grudnia 1912 roku, przeżył ponad dwa lata i zmarł 20 marca 1915 roku. Natomiast urodzony w sierpniu 1905 r. Franciszek ochrzczony został jeszcze w kościele św. Zygmunta w Częstochowie. Następny ich syn, Marian, urodził się w 30 grudnia 1908 roku. Ojciec rodziny, Franciszek Holeczek zmarł dnia 23 maja 1924 r. o godzinie 1.30. Został pochowany na parafialnym cmentarzu w Rakowie. Marianna dalej mieszkała w wynajmowanym pokoju, gdzie wciąż pracowała na warsztacie tkackim.

Ok. 1937 roku przeprowadziła się do córki Weroniki i jej męża Ignacego O)trąbka do Kamienicy Polskiej*. Dom mieścił się pod Romanowem, w okolicy dzisiejszego urzędu gminy. Marianna jednak w 1939 roku wróciła na Raków, gdzie przetrwała wojnę. Później pomagała synowej po najstarszym synu Janie w opiece nad swoimi prawnukami. Ok. roku 1948 Marianna Holeczkowa przeprowadziła się ponownie do Kamienicy Polskiej i znów zamieszkała u córki. Jednak uprzednio zajmowany dom został w czasie wojny spalony, dlatego na potrzeby mieszkalne przystosowano oborę, zwaną żartobliwie „Arką". Był to jeden duży pokój, w którym mieszkała już owdowiała córka Weronika z czworgiem swoich dzieci. W związku z nową lokatorką w domu musiano znaleźć miejsce na warsztat tkacki, na którym Marianna wciąż pracowała. Tam dnia 15 marca 1953 roku o godzinie 22.00 Marianna Holeczkowa zmarła. Pogrzeb odbył się dwa dni później. Pochowano ją na cmentarzu w Kamienicy Polskiej. Autor: Mariusz Kolmasiak (Częstochowa) Źródło: Kwartalnik ,,Korzenie” nr68, R XIX , 1/2009r

1965r. Kariera w rytmie passdoble.