Łączna liczba wyświetleń

sobota, 26 grudnia 2020

Tajemnicza tablica.

 Tajemnicza tablica.


Na cmentarzu w Kamienicy Polskiej znajduje się zniszczony nagrobek Marii z Szotarskich Fazanowej. Nie ma żadnej informacji o jej pochodzeniu, stąd poszukiwania jej koligacji z rodziną Szotarskich. Julian Walenty Szotarski, uczestnik powstania listopadowego, lekarz i literat, urodził 14 II 1807 r. w Strzyżowicach k. Będzina. Był synem Wincentego i Felicji z Brodzińskich (siostry znanego literata Kazimierza Brodzińskiego). Uczył się w Kaliszu, studiował na Wydziale Lekarskim Uniwersytetu Warszawskiego.




Po wybuchu powstania listopadowego był adiutantem Krystyna Lacha Szyrmy, zgłosił się ochotniczo do 16. pułku piechoty liniowej, był ranny pod Ostrołęką, po wyleczeniu służył jako podlekarz wojskowy. Po kapitulacji Warszawy z korpusem gen. Macieja Rybińskiego przedostał się do Prus. Kontynuował studia medyczne w Heidelbergu i Darmstadcie. Od 1836 r. mieszkał w Paryżu, współpracował z „Rocznikiem Emigracji Polskiej”, zajął się krytyką literacką. Zmarł na gruźlicę, w czasie choroby opiekował się nim Adam Mickiewicz. A w kościele w Kamienicy Polskiej w krużganku znajduje się następująca tablica: D. O. M. śp Izabela z Dubikowskich Szotarska żona Antoniego Szotarskiego zm. 15 czerwca 1900.                                                                               Źródło: Kwartalnik ,,Korzenie” nr109, R.: XXIX 2/2019

Folwark Młynek.

 Folwark Młynek.


W pierwszej połowie XIX w. folwark Młynek wchodził w skład Dóbr Rządowych Ekonomia Poczesna.
4 listopada 1841 r. znaczną część terenów należących do tej Ekonomii nadano na własność generałowi carskiemu Michałowi Sobolew. Nadanie to posiadało ogólną nazwę majorat Poczesna. W skład nadania wszedł również folwark Młynek. Po Michale Sobolew dziedziczył jego syn Michał, po którym ks. Elżbieta Teniszew jego siostra.
Na mocy ustawy z dnia 25 lipca 1919 r. majoraty przeszły na własność Skarbu Państwa. Władze wydzierżawiały folwarki. W okresie międzywojennym większość ziemi należącej do dawnych majoratów udało się rozparcelować.





Na początku lat 20-tych folwark Młynek przeznaczono do parcelacji. Jego powierzchnia wynosiła 160.2806 ha w tym ziemia orna 21.2751 ha, łąki 3.9191 ha, pod budynkami 1.3997 ha, pod zakładami przemysłowymi 24.5857 ha, nieużytki 106.3097 ha, zarośla 2.7993 ha. Na terenie folwarku znajdowała się kopalnia rudy żelaznej, rudę wydobywała Huta Bankowa w Dąbrowie Górniczej mając swoje nadania "Józefina" i "Włodzimierz". W roku 1919/20 wydobyto 13.027 ton rudy żelaznej, w roku 1920/21 wydobyto 13.758 ton, w roku 1921/22 wydobyto 33.457 ton, w roku 1922/23 wydobyto 33.423 tony. W 1919 r. folwark przekazano do parcelacji, ale wycofano wskutek eksploatacji rudy żelaznej.
Folwark dzierżawili:
Pełnomocnik Józef Chrześniak ad personam od 23.10.1923 r. Termin kontraktu 1.10.1923 - 1.10.1926, tenuta dzierżawna 17 c.m. płatna 1.12 i 1.06
Pełnomocnik Jan Markowski ad personam od 23.10.1923 r. Termin kontraktu 1.10.1923 - 1.10.1924, tenuta dzierżawna zapłacona z góry 1.000.000 marek
Pełnomocnik Jan Markowski ad personam od 4.12.1923 r. Termin kontraktu 1.10.1923 - 1.10.1924, tenuta dzierżawna 23 c.m. i 60 kg płatne 1.12 i 1.06
Huta Bankowa 24.5857 ha ad personam od 8.04.1924 r. Termin kontraktu 1.01.1924 - 1.01.1925, tenuta dzierżawna 924 zł i 66 q żyta, zapłacone z góry.
Na terenie folwarku znajdowały się zabudowania:
Dom mieszkalny długość 15 m, szerokość 11.5 m, wysokość 2.5 m, fundament i ściany z cegły, kryty gontem w stanie średnim o wartości 1767 zł.
Stodoła długość 26.2 m, szerokość 10.5 m, wysokość 3 m, fundament i ściany z cegły, kryta słomą w stanie średnim o wartości 855 zł.
Czworak długość 13.9 m, szerokość 9.50 m, wysokość 2.30 m, fundament (nieczytelne), ściany drewniane, kryty słomą o wartości 1388 zł.
4 maja 1926 r. folwark Młynek został ostatecznie przekazany Ministerstwu Reform Rolnych na cele parcelacji. Ogółem rozparcelowano 105.1569 ha, z parcelacji wyłączono na cele kopalniane 53.6496 ha. Wedle protokołu z 4.05.1926 r. powierzchnia folwarku wynosiła 158.8065 ha.





Nie posiadam spisu osób, które nabyły grunty z parcelacji. Zapewne spośród nich ktoś przejął zabudowania folwarczne.
W załącznikach dwie mapy. Na jednej zaznaczono budynki folwarczne (a - dom mieszkalny, b - stodoła, c - czworak), a na drugiej umieszczono cały folwark. Niestety na tej drugiej mapie nie umieszczono budynków co uniemożliwia ustalenie ich miejsca położenia.
Żródło: https://www.genealodzy.czestochowa.pl/forum/dyskusje-dot-artykulow/8802-ziemianstwo-z-okolic-czestochowy-1793-1945?start=150

Osada młynarska Wały.

 Osada młynarska Wały.



Osada młynarska Wały należała do dóbr Wrzosowa. W 1878 r. posiadała powierzchnię 48 mórg i 220 prętów, tj. 24 dziesięciny i 2355 sążni.
Jan Walenta syn Jana nabył osadę młynarską Wały od właściciela dóbr Wrzosowa Józefa Potockiego syna Leona 9/21.08.1878 r.
Po nim osadę odziedziczyli Antonina Jarkiewicz z domu Walenta córka Ferdynanda i Roman Walenta syn Ferdynanda na mocy decyzji Sądu Okręgowego w Piotrkowie z dnia 18.11.1894 r.
Roman Walenta należącą do siebie część osady młynarskiej Wały sprzedał 17/29.09.1896 r. Bronisławowi Piotrowskiemu synowi Franciszka za 2300 rubli.






Antonina Jarkiewicz z domu Walenta odkupiła część należącą do Bronisława Piotrowskiego decyzją Sądu Okręgowego w Piotrkowie z dni 8 i 15 grudnia 1897 r.
Lejba Garbiński i Lejbuś Liberman nabyli osadę młynarską Wały na licytacji publicznej w Sądzie Okręgowym w Piotrkowie 30.03.1905 r. za 8125 rubli.
Roman i Antonina małżeństwo Patorscy nabyli osadę od poprzednich właścicieli 19.11/2.12.1907 r. za 8250 rubli.
Roman Patorski, młynarz, zmarł w Wałach 28.11.1936 r. w wieku 74 lat. Był synem Błażeja i Julianny z Fiszerów, urodzonym w Troninach, pozostawił po sobie wdowę Antoninę z Pytlów. (ASC Poczesna 91/1936)






Po śmierci Romana Patorskiego na mocy regulacji spadku z 15.09.1937 r. należącą do niego połowę osady przejęli: 1.Eugeniusz Antoni Patorski, 2.Mieczysław Patorski, 3.Marian Patorski, 4.Zygmunt Patorski, 5.Stefania Maria z Patorskich Święcicka, wdowa po Włodzimierzu Święcickim, 6.Emilia Petronela z Patorskich Grytzowa, żona Wacława Grytza, 7.Kazimierz Patorski.






Antonina z Pytlów Patorska, wdowa, zmarła w Wałach 18.11.1937 r. w wieku 67 lat. Była córką Antoniego i Jadwigi z Desków, urodzoną w Wancerzowie. (ASC Poczesna 99/1937).
Po śmierci Antoniny z Pytlów Patorskiej na mocy regulacji spadku z 1.10.1948 r. należącą do niej połowę osady przejęli: 1.Eugeniusz Antoni Patorski, 2.Mieczysław Patorski, 3.Marian Patorski, 4.Zygmunt Patorski, 5.Stefania Maria z Patorskich Święcicka, wdowa po Włodzimierzu Święcickim, 6.Emilia Petronela z Patorskich Grytzowa, żona Wacława Grytza, 7.Kazimierz Patorski.
Źródło: https://www.genealodzy.czestochowa.pl/forum/forum-ogolne/7455-mlyny-i-mlynarze-okolice-czestochowy?start=225 http://korwinow.com/index/Moje-Wa%C5%82y/d/33/p/220?fbclid=IwAR04hVIkN8SOkbg8YMbtlzEU-txsWuvLVGoH5uMce7MhDRuDdjayc1CpzhI

Basen.

 Basen.


Z tym miejscem wiązały się moje liczne przeżycia z dzieciństwa oraz z czasów młodzieńczych sześćdziesiątych, kiedy mieszkałem już w Częstochowie i przyjeżdżałem do babci Natalii na wakacje. Basen to nie tylko zbiornik ale cały obiekt. Basen to wydarzenie. Chodziło się „nad basen”. A po co? To już inna sprawa. Jak sięgam pamięcią, nad basenem pierwsze skrzypce grał zawsze Jan Fazan (pan Jasiu), który był gospodarzem obiektu. Pamiętam, jak nad basenem organizowane były na przełomie lat 40. i 50. noce świętojańskie z olbrzymimi ogniskami na boisku do koszykówki i siatkówki oraz puszczaniem wianków na rzece. Widok wielkich płomieni ogniska przez które skakali chłopcy, snopy iskier, przypalone często ubrania i włosy – mimo że co przezorniejsi moczyli wcześniej ubrania i głowy.





Skakano zazwyczaj na bosaka to i zabawy było więcej, gdy który wylądował w żarze, wzbijając rozżarzone węgle w górę. Dziewczyny brodziły po płytkiej wodzie za swoimi wiankami aby płynęły jak najdalej. Czasem co niektóra podtopiła wianek konkurentki. Zabawa trwała do późnej nocy. Nad basenem grało się „w kosza”, siatkówkę, w ping-ponga, a zimą jeździło się na łyżwach po zamarzniętym dnie basenu. Graliśmy w hokeja zrobionymi przez siebie kijami o przeróżnych konstrukcjach. Od litej gałęzi odpowiednio wyrośniętej i fachowo przyciętej, przez przemyślnie nacięte ostrugane cienkie sztachety „od płota” zakończone specjalną łopatką. Prawdziwy kij hokejowy to było marzenie. Łyżwy też były najróżniejsze. Mocowane do butów za pomocą sznurków, pasków czy żabek z kluczykami a niektóre na blaszkę w obcasie buta. Hokejówki? Zapomnij! Mecze były zacięte, często lała się krew od „przypadkowych” fauli. Ławki kar nie było i wszyscy byli zadowoleni. Ja jako jeden z najmłodszych pełniłem rolę bramkarza. Kij miałem słusznych rozmiarów, więc bramkarzem byłem niezłym – do czasu, kiedy dostałem strzał kijem pod oko. Po kilku sekundach oka spod opuchlizny widać nie było.





Co innego basen latem, kiedy był pełen wody napływającej przez specjalną rurę sprzed opusty zamykaną specjalną klapą z gumowym uszczelniaczem, zamykaną dużą antabą na przegubie. Przy niskim poziomie wody w rzece przed stawidłami próbowaliśmy nawet przez tę rurę się przeciskać ale udawało się to tylko wyjątkowym chudzielcom. Przy schodkach prowadzących do wody, a były trzy zejścia, znajdowały się drewniane barierki i poręcze po których zjeżdżaliśmy do wody.





Potem drewniane barierki zastąpione zostały metalowymi rurkami. Drewniane barierki przy schodkach do wody oraz pochyłe ściany basenu pamiętam doskonale. Biegaliśmy po tych ścianach, gdy nie było wody w basenie lub było jej mało. Przednia zabawa. Mistrzem skoków do wody był Włodek Goldsztajn, który brał rozbieg ze skarpy. Ech! Fajne to były czasy!
Autor: Wiesław Macoch (Gaszowice)
Źródło: Kwartalnik ,,Korzenie” nr112, R.: R.: XXX 1/2020

Pół wieku w Polskim Czerwonym Krzyżu.

 Pół wieku w Polskim Czerwonym Krzyżu.


Michał Walenta był synem Franciszki z domu Masłoń i Aleksandra. Urodził się 27 września 1914 roku w Kamienicy Polskiej koło Częstochowy, w rodzinie robotniczej. W roku 1929 ukończył miejscową szkołę powszechną. Kończąc ją, został przewodniczącym założonego właśnie koła absolwentów i jako przewodniczący organizował zjazdy koleżeńskie w roku 1934 i 1939. Podjął dalszą naukę w Państwowym Seminarium Nauczycielskim Męskim im. Tadeusza Kościuszki w Częstochowie. W trakcie nauki ukończył kurs w zakresie obrony przeciwpożarowej.






Nauczyciel i żołnierz


W roku 1935 otrzymał dyplom nauczyciela i powołanie do wojska - na Dywizyjny Kurs Szkoły Podchorążych Rezerwy Piechoty w Łucku, skąd po jego ukończeniu, jako kapral podchorąży, trafił na staż do 50. pułku Strzelców Kresowych w Kowlu.


Po odbyciu służby wojskowej rozpoczął pracę w wyuczonym zawodzie, w Zajączkach koło Częstochowy, skąd 1 września 1938 roku został przeniesiony na stanowisko nauczyciela kierującego szkoły powszechnej w Grabarzach, w tym samym powiecie.


28 sierpnia 1939 roku otrzymał kartę mobilizacyjną. Walczył w szeregach swego macierzystego pułku. W okolicach Włodzimierza Wołyńskiego dostał się do niewoli sowieckiej, ale w ramach wymiany jeńców między sojusznikami, został przekazany Niemcom i trafił do Stalagu IV B Mahlberg.


W lipcu 1945 roku wrócił do domu. Inspektorat Szkolny w Częstochowie nie potrafił znaleźć mu pracy. Wykorzystując znajomości z okresu niewoli, udał się do Aleksandrowa Kujawskiego, gdzie jako kierownika skierowano go do szkoły powszechnej w Morzycach (pow. Nieszawa). W tym czasie był też pełnomocnikiem Inspektoratu Szkolnego do walki z analfabetyzmem i przewodniczącym Komisji Oświaty i Kultury Gminnej Rady Narodowej w Bytoniu.


Inspektor szkolny


17 lipca 1950 r został mianowany podinspektorem szkolnym na Obwód Szkolny w Aleksandrowie Kuj., gdzie był zastępcą kierownika Wydziału Oświaty. Poza szkolnictwem angażował się w działalność społeczną w Zarządzie Powiatowym PCK (do lipca 1952 r.), Lidze Przyjaciół Żołnierza, Związku Ochotniczych Straży Pożarnych i harcerstwie.


1 września 1951 roku został zastępcą dyrektora ds. społeczno-wychowawczych Państwowego Uzdrowiska w Ciechocinku. 19 kwietnia 1952 roku Powiatowa Rada Narodowa w Toruniu powołała go na stanowisko Przewodniczącego Prezydium PRN. W Toruniu został też prezesem ZP LPŻ. 5 grudnia 1954 r. powołano go na stanowisko sekretarza Wojewódzkiej Rady Narodowej w Zielonej Górze, gdzie 1 kwietnia 1955 roku awansował na zastępcę przewodniczącego Prezydium WRN. Nadal udzielał się w Lidze Obrony Kraju (dawna LPŻ) - był tam prezesem Zarządu Wojewódzkiego.


Powrót do Torunia


W związku z chorobą żony wrócił do Torunia i na krótko do zawodu nauczyciela. Jednak już 1 maja 1956 roku powrócił do pracy w administracji, obejmując stanowisko kierownika Gospodarki Komunalnej i Mieszkaniowej w Toruniu i ponownie funkcję prezesa tutejszego ZP LOK. Aktywnie wspierał działalność PCK. 7 grudnia 1959 roku został dyrektorem Terenowego Przedsiębiorstwa Budownictwa Mieszkaniowego. 5 listopada 1960 roku ukończył roczny Kurs Ekonomiki Budownictwa.


27 kwietnia 1961 r. znowu trafił do Aleksandrowa Kuj., gdzie powierzono mu funkcję przewodniczącego Prezydium PRN. Społecznie był tam prezesem ZP PCK i członkiem prezydium oraz skarbnikiem ZW PCK w Bydgoszczy, prezesem ZP Towarzystwa Przyjaciół Dzieci, aktywistą w LOK, lektorem Towarzystwa Wiedzy Powszechnej, wspierał aleksandrowski Hufiec ZHP.


W 1968 r. znowu wraca do Torunia, na stanowisko przewodniczącego Prezydium PRN, zostając tu jednocześnie, po raz kolejny, prezesem ZP LOK, a na początku 1969 r. i prezesem ZP PCK. 15 kwietnia 1972 r. przeszedł do pracy w Powiatowym Związku Kółek Rolniczych, gdzie początkowo był sekretarzem, a potem wiceprezesem. W roku 1975, w związku z reorganizacją administracji państwowej, powierzono mu 13 kwietnia organizację, a następnie funkcję sekretarza Wojewódzkiego Komitetu Frontu Jedności Narodu w Toruniu. W latach 1970-1975 był członkiem Prezydium Oddziału Wojewódzkiego PCK w Bydgoszczy.


W PCK i LOK


Po utworzeniu województwa toruńskiego, z ramienia ZG PCK organizuje strukturę wojewódzką tej organizacji, której I Zjazd Wojewódzki, obradujący 20 sierpnia 1975 r., wybrał go prezesem ZW PCK w Toruniu. Funkcję tę pełnił do 6 marca 1989 r. 17 listopada 1984 r. VIII Krajowy Zjazd PCK nadał mu godność Honorowego Członka PCK, a 4 marca 1978 r. III Wojewódzki Zjazd PCK w Toruniu - tytuł Honorowego Prezesa Zarządu Wojewódzkiego PCK w Toruniu.


W roku 1983 VII Krajowy Zjazd LOK wybrał go na członka ZG LOK, a rok później został wpisany do Honorowej Księgi LOK.


Od roku 1964 był członkiem Związku Bojowników o Wolność i Demokrację, w którym od roku 1975 pełnił funkcję wiceprezesa Koła nr 2, obecnego Związku Kombatantów RP i Byłych Więźniów Politycznych w Toruniu. Zmarł 28 lutego 2008 roku w Toruniu.


W uznaniu zasług


Za pracę zawodową i społeczną był odznaczony m.in.: Orderem Odrodzenia Polski III, IV i V klasy, medalem „Za Udział w Wojnie Obronnej 1939 r.”, Medalem Zwycięstwa i Wolności i wieloma innymi medalami i odznakami (m.in. za zasługi dla PCK, LOK, ZHP, TPD i pożarnictwa). W roku 1995 otrzymał Odznaką Weterana Walk o Niepodległość. Zmarł 2008r Źródło: https://nowosci.com.pl/pol-wieku-w-polskim-czerwonym-krzyzu/ar/11118816?fbclid=IwAR0jeXUxhSjmS910dBfBim6-rQnxgH7--fLGJBPm0LB1hDI5L7wnmT8gnPg


DWA JUBILEUSZE.

 DWA JUBILEUSZE.


Jesteśmy w przededniu 150. rocznicy utworzenia parafii w Kamienicy Polskiej. Rocznica ta przypadnie w styczniu przyszłego roku. Natomiast wcześniej, bo już w październiku br., obchodzimy jubileusz 30-lecia zarządzania parafią przez obecnego proboszcza ks. Józefa Bednarza, który sprawuje tę funkcję najdłużej ze wszystkich kapłanów (ks. Stanisław Duda przez 23 lata, ks. Zygmunt Sędzimir 22 lata) i oby dalej. Poznał bowiem przez ten czas nasze grzechy i grzeszki, a my poznaliśmy jego – jako duszpasterza i gospodarza parafii.





Przypomnijmy: ksiądz Józef objął parafię w burzliwym czasie przemian ustrojowych, gdy ludzie masowo tracili pracę, a żyć i utrzymać rodzinę trzeba było w czasie szalejącej inflacji, dobijającego oprocentowania kredytów i ogólnej niepewności jutra. Był to czas odzyskiwania suwerenności, ale i rodzącego się kapitalizmu w sposób zbójecki, gdzie pierwszy milion trzeba było ukraść, albo oszukać wspólnika, aby zarobić następny. Mieliśmy jednak wsparcie duchowe naszego papieża Jana Pawła II, ludzie szukali ukojenia, być może dlatego wiele prac przy naszym kościele udało się wykonać, mimo trudnych czasów.




Została powołana Rada parafialna i Grupa charytatywna, które zajęły się finansami. Rozpoczęto od zbijania starego tynku zewnętrznego i nałożenia nowego. Przy okazji trzeba było wymienić około 2 tys. cegieł, bo te stare, wypalane na miejscu, rozsypywały się (staw, który kiedyś istniał za stodołą plebańską, był właśnie po wybranej glinie). Wymieniono instalację elektryczną i wykonano nowe przyłącze. Udało się pozyskać teren po upadającej SKR, więc cmentarz grzebalny został poszerzony i ogrodzony. Zaczęło się stopniowe porządkowanie obejścia wokół kościoła i plebanii. Rozebrano stodołę, a budynek gospodarczy, w którym stały jeszcze żłoby, zamieniono na garaże.




Rozebrano część muru oddzielającego cmentarz przykościelny (plac wokół kościoła) od plebanii, wycięto stare lipy, które zacieniały teren, posadzono krzewy. Odnowiono wnętrze plebanii, wymieniono ogrzewanie, dobudowano przystawkę – wiatrołap przy bocznym wejściu do kościoła. Jedną z najbardziej kosztownych prac była wymiana w 2001 roku pokrycia dachowego, zużyto 4 tony blachy miedzianej. Wyremontowano zabytkowe organy z 1870 roku, starą hałaśliwą dmuchawę zastąpiono cichobieżną. Dzwony wyposażono w elektromechaniczne napędy. Zakupiono małe elektronowe organy i aparaturę nagłaśniającą, zainstalowano alarm. Wymieniono okna na energoszczelne, wykonano wentylację w suficie kasetonowym i konserwację drewna. Kościół wyposażono w ogrzewanie gazowe nadmuchowe (tylko z jednej strony, ponieważ według projektantów nawa jest wąska i nie ma potrzeby nadmuchu z obu stron).




Zamontowano drzwi oddzielające kruchtę od nawy głównej, przez co zimą jest znacznie cieplej. Odnowiono ławki i wykonano nowe wentylowane podesty pod nimi, jak również nowe schody na chór. Odnowiono ołtarze i wymalowano wnętrza, wcześniej odnowiono krzyż misyjny. Przed kościołem ustawiono stojaki na rowery i obok nich ławeczkę. Pomalowanie ogrodzenia też należy zauważyć. Na części cmentarza przykościelnego, jak i placu plebanii, położono kostkę brukową. Na cmentarzu grzebalnym przedłużono wodociąg do nowej części, usunięto wszystkie zaśmiecające drzewa i urządzono alejkę z kostki brukowej do nowej bramy. Na koniec zostawiłem wybudowanie nowej plebanii.





Stało się to dzięki determinacji Rady parafialnej, bo jak wieść niesie, nasz proboszcz nie popierał tego pomysłu, uważając że dawna plebania mu wystarczy. Było na pewno jeszcze wiele innych, drobniejszych prac. Należy także dostrzec, z jak z niebywałą troską ksiądz Józef dbał o to, co stworzyli nasi przodkowie. Wiem o planowanym remoncie (i strojeniu) organów, remont trzeba robić co pewien czas, ze względu na elementy drewniane i skórzane, klejone klejami organicznymi (czas robi swoje i pojawiły się nieszczelności).




Ksiądz Józef Bednarz przybył do nas jako człowiek w kwiecie wieku, z elegancko wyczesaną czupryną, w przyciemnionych okularach (fotografie z tamtego okresu nie kłamią), a przybył spod Kroczyc w powiecie zawierciańskim. Teraz zbliża się do wieku emerytalnego – o czym sam mówi – włosy posiwiały, zdrowie szwankuje. Do tej siwizny przyczyniliśmy się i my parafianie, bo potulnymi owieczkami nie zawsze byliśmy. Być może sam się zastanawia i dziwi, jak udało się tyle wybudować, przebudować, wyremontować w parafii. W pewnym stopniu może dlatego, że nie nawoływał nachalnie o pieniądze, przedstawiał zamierzenia, czy konieczność pilnych prac, pozostawiając resztę Radzie parafialnej i naszym sumieniom.[...] Autor: Stanisław Bryk
Źródło: Kwartalnik ,,Korzenie” nr110, R.: XXIX 3/2019

KOŁOWROTEK. NASZA HISTORIA.

 KOŁOWROTEK. NASZA HISTORIA.


W okolicach Staszowa na kielecczyźnie nie było rozpowszechnione tkactwo na szeroką skalę (przy okazji pozdrawiam pana Ignacego Bernadzikowskiego, bo to niedaleko Buska i Stopnicy). Gdzieniegdzie były warsztaty tkackie przerabiające głównie len i konopie. Lniane były obrusy, prześcieradła, sienniki, worki na mąkę, płachty, a z konopi głównie worki na zboże, plandeki oraz wszelkiego rodzaju sznurki, powrozy i liny.





Uprawiano więc w gospodarstwach na własne potrzeby len i konopie na włókno i nasiona, z których wytłaczano olej. Wytłoczyny w postaci makuchów wzbogacały pasze dla bydła. Taki surowy, nierafinowany olej o ciemnym brązowo-zielonym kolorze był obowiązkowym dodatkiem do potraw wigilijnych, tj. kapusty, pierogów, fasoli, śledzi oraz potraw wielkopostnych. Natomiast powszechnością były w gospodarstwach 1-3 owce na wełnę. Na pastwisku były przy okazji wypasu różne dziecięce zabawy. Próbowaliśmy owce ujeżdżać wierzchem. Kończyło się to czasem bolesnym upadkiem, gdy taki wierzchowiec próbował schronić się np. pod krowę. Z czasem krowy i owce poszły na łańcuchy. Zmieniała się mentalność ludzka. O ile starszym ludziom, urodzonym niekiedy jeszcze w XIX wieku, nie mieściło się w głowach, jak to tak można uwiązać krówkę na kołku i łańcuchu, toż to grzech. Należało trzymać na powrozie na miedzy albo rowie. Ludzie ci jednak zaczęli się wykruszać, nam natomiast nie uśmiechało się chodzić koło krowiego ogona i łańcuchy stały się powszechnością.




Z racji tego, że owca to zwierzę stadne, a w pojedynkę bardzo płochliwe, wystarczyło znienacka zatrzepotać jakimś workiem, a owca włączała ‘turbo’. Rzadko który stary łańcuch wytrzymywał, więc owce było trudno znaleźć i złapać. Oprócz strachu nic jej nie było. Walki z baranem były bardziej ciekawe. Gdy baran łaził po podwórku, wychodziło się kawałek od zabudowania, a baran, gdy ujrzał takiego małego człowieczka, startował. Trzeba było brać nogi za pas i schować się gdziekolwiek. Ratunkiem było też np. wskoczyć na stojący w pobliżu wóz. Po kilku minutach, gdy baran odpuścił, była powtórka. Wygrywał ten, kto dalej odważył się wyjść na podwórko. Bojowy baran atakował wszystkich, o czym przekonał się pewien znajomy rodziców, gdy wszedł na podwórko i nie zauważył barana. Będąc zajętym zamykaniem furtki został ‘bodnięty’ z tyłu, po czym przez jakiś czas utykał na nogę. Strzyżenie owcy to też było wydarzenie. W górach to ‘bułka z masłem’, natomiast w domu, a właściwie w oborze, krępowano nogi nieszczęśnicy, a darła się przy tym niemiłosiernie, kładziono na zdjęte z zawiasów drzwi i spod specjalnych nożyc wełenka lądowała w koszu. Wtedy owieczka leżała już przeważnie cicho, ale po wszystkim nie była wypuszczana przez pewien czas, bo trzęsła się z zimna i strachu. Wełnę zawożono do gręplowania, czyli potocznie na grępel w celu oczyszczenia (w przemysłowym nazewnictwie do zgrzeblenia). Nieodtłuszczona wełna wracała do domu, do przędzenia z przeznaczeniem na swetry, skarpety, rękawiczki, czapki, szaliki, nauszniki.





Przędzeniem zajmowała się moja babcia, urodzona w 1893 roku, na masywnym kołowrotku poziomym (koło napędowe było z boku wrzeciona podobnie jak w szpulerzu), przydatnym również do przędzenia lnu i konopi. Kołowrotki pionowe, delikatniejszej budowy, nadawały się bardziej do cieńszych przędzy. Wieczorami kołowrotek klekotał (był bardzo stary, za młodu podobno tylko szumiał), gdy przestawał, znaczyło, że babcię zmogła drzemka. Podchodziło się po cichu i nadeptywało na pedał, kołowrotek gwałtownie ruszał, nitka psuła się, rwała, babcia budziła, a my dostawaliśmy burę i kołowrotek znów klekotał. Gdy szpulka na wrzecionie była pełna, przerywała przędzenie. Należało zluzować paski napędzające i odwinąć całą zawartość na motak (przeważnie obręcz przetaka, czyli sita do zboża). Taki motek (szneler) szedł do prania i farbowania w kociołkach na piecu kuchennym. Do prania używano szarego mydła i zwykłego proszku do prania, a do farbowania były farbki w proszku. Do utrwalania koloru stosowano ocet. Po wypłukaniu i wysuszeniu wełenkę przewijano w ‘kulkę’, jaką widzimy w bajkach z bawiącym nią kotkiem.




Naszym dziecięcym zadaniem było trzymanie na rozstawionych rękach motka – ręce mdlały i opadały. Dalej wełna trafiała na druty lub szydełko mojej matuli. Do swetrów służyły dwa druty zagięte na końcach, czyli szprychy rowerowe. Do skarpet i rękawiczek bez szwów, były w użyciu cztery krótkie druty obustronnie zaostrzone. Nosić te zrobione cuda, to była gehenna, bo to gryzło, drapało, najbardziej, gdy była to wełna z barana. Len, czy konopie jako rośliny jednoroczne trzeba było najpierw zasiać. Len wyrastał do wysokości 1m, natomiast konopie mogły osiągnąć 2m i więcej. Mówimy o konopiach siewnych, które nie posiadają własności narkotycznych. Przy okazji polecam odwiedzenie miejscowości Kurozwęki leżącej między Szydłowem, a Staszowem, gdzie znajduje się, odnowiony przez potomka rodu Popielów, pałac, a przy nim safari z amerykańskimi bizonami, obok mini zoo, a także labirynt na polu konopi lub kukurydzy, gdzie wyjście z niego wcale nie jest takie proste. Len, gdy nasiona dojrzały, wyrywano z korzeniami, a konopie koszono. Łodygi wiązano w cienkie snopeczki i suszono. Po wymłóceniu nasion słomę obciążając i palikując zatapiano całkowicie w sadzawce lub strumyku. Po około 2 tygodniach, gdy otoczka włókien zbutwiała i stała się krucha, wyciągano snopki i znów suszono. Dalszym zabiegiem było międlenie, czyli kruszenie otoczki, do czego służyła międlica. Była to gruba deska z twardego drewna, wyżłobiona na wylot po krawędzi. Wyglądało to tak, jakby skręcono dwie deski z zachowaniem odstępu ok 1,5 cm, między które wsuwała się trzecia, cienka deseczka. Takim to przyrządem obtłukiwano z łodyg paździerze. Kurzu było przy tym tyle, że robiono to na podwórzu. Istniały też międlice podwójne z dwoma szczelinami, tzw. terlice. Do wyczesywania paździerzy służyła dzierlica, czyli deska z nabitymi szpikulcami, po których przeciągano garście włókien. Jeśli paździerze zbyt mocno przywierały do włókien i nie dawały się wyczesać, włókna wracały do międlicy lub terlicy. Wyczesane włókna były gotowe do przędzenia, które odbywało się już bez przęślicy, a z ‘podołka’, czyli z rąk. Nas dzieci babcia czasem dopuszczała do kołowrotka, gdy trzeba było zrobić skrętkę z dwóch nitek. Nitki przechodziły między palcami i wciągało je wrzeciono, a odwijały się z kulek-piłek znajdujących się w koszyku. Nie trwało to długo, bo zaraz mieliśmy obtarte palce. Z przędzy konopnej ojciec sam potrafił splatać sznurki, a z nich powrozy. Później nastała epoka gotowych wyrobów z juty, sizalu i włókien sztucznych, a kołowrotek zjadły korniki.                                        Źródło: Kwartalnik ,,Korzenie” nr107, R.: XXVIII 4/2018