Łączna liczba wyświetleń

środa, 11 listopada 2020

RYBY. Kamieniczka. (Rudnik Mały)

 RYBY


Do rzeki chodziło się nie tylko aby zażywać kąpieli, ale chodziło się tu przede wszystkim na ryby. Jak już wspomniałem, w rzece tej żyły prawie wszystkie gatunki ryb, ale najwięcej było tu miętusów. Miętus jest rybą drapieżną, podobną do suma i prowadzi nocny tryb życia. W dzień przebywa na głębszej wodzie w ukryciu, w norach pod brzegami, w wymytych przez wodę korzeniach i karpach drzew nadrzecznych, jak olchy i wierzby. Dopiero w nocy wypływa na otwarte wody i tu żeruje. W zamierzchłych czasach, kiedy na rzece w Rudniku Małym nie było jeszcze granicy, polowano na te ryby wieczorami ością przy świetle zapalonych smolnych szczap. Po pierwszej wojnie światowej wieczorami ryb tutaj już nie łowiono. Wymyślono nowy sposób łowienia w dzień przy upalnej pogodzie przez tak zwane „obstawianie dołów" i wylewanie z nich wody wiadrami, jak to opisałem szczegółowo na początku mojego opowiadania. W taki sposób po wylaniu wody z dołu, wybierano wszystkie ryby i raki , jakie tam się schroniły. Obstawianie dołu było pracą zbiorową, wymagającą wielkiego wysiłku i wręcz nie opłacalną. Ja osobiście łowiłem tam w tej rzece miętusy i raki gołą ręką. Przy ciepłej pogodzie latem, kiedy można było zanurzyć się, wchodziłem do wody i w miejscach, gdzie miętusy miały swoje nory pod brzegami, wykrotami wkładałem rękę do nory i gdy namacałem tam miętusa, zręcznie chwytałem go za głowę, wyciągałem z nory i wyrzucałem na brzeg. W taki sposób złowiłem tam wiele miętusów. Tą metodą łowiłem też raki, a nawet płocie spłoszone przedtem i ukryte w tych miejscach. Przy takim połowie ręką, trzeba było zawsze się liczyć z różnymi niespodziankami. Można było bowiem włożyć rękę w norę szczura wodnego, które też miały swoje kryjówki czasem w tych samych miejscach, gdzie miętusy lub raki. Trzeba bowiem wiedzieć, że szczury wodne mają wejścia do swoich nor spod wody. Zdarzyło mi się raz w moim życiu, że przy połowie w taki sposób miętusów złapał mnie w norze za palec szczur wodny. Przeciął mi swoimi ostrymi zębami czubek palca aż do kości. Rana była bardzo bolesna i goiła się bardzo długo. Pewnego zaś razu w norze namacałem nieznaną mi obłą i śliską rybę. Ścisnąłem ją mocno w dłoni, a ona zapiszczała charakterystycznie, okręciła się wokół mojej ręki i mocno mnie ścisnęła, jak zwykł to czynić wąż boa. Ze strachu, szybko, niemal błyskawicznie, wyrzuciłem to obłe świństwo na brzeg, aby się przekonać co to jest ponieważ ciekawość moja była większa od strachu. Okazało się, że był to duży okaz piskorza, którego w tej czystej i zimnej wodzie nie spodziewałem się. Piskorze uważane tu były jako ryby nie jadalne, a wręcz odrażające. Wyławiało się je przypadkowo, czasem koszykiem w bagnistych, stojących albo leniwie płynących wodach i z obrzydzeniem wyrzucało z koszyka. Ten jednak był złowiony w czystej wodzie rzeki i musiał tu przypłynąć z jakiegoś dopływu. Był wyjątkowo dorodny i kolorowy w piękne miedziano - brązowe pasy. Był taki zwinny, że szybko ruchem żmijowym uciekał po trawiastym brzegu z powrotem do rzeki. Nie lada sprytu musiałem użyć, aby go złapać na łące, bo mimo odrazy chciałem mu się dokładnie przyjrzeć. Każdorazowo, kiedy go przydusiłem w trawie i złapałem w rękę, piszczał cieniutkim głosem. Okręcał się mocno wokół mojej ręki, zaciskając silnie i szybko wyślizgiwał się z niej. Im mocniej go ściskałem, tym łatwiej i szybciej się uwalniał. Piskorz jest rybą bez łuski i tak śliską, że nie da jej się w żaden sposób utrzymać w ręce. Jest on też rybą nadzwyczaj zwinną poza wodą i umie się schować nawet w wysokiej trawie na łące lub w kreciej norze.


Opusta w Romanowie .Pozostałość młynu p.Sitka. Połów ryb. Rzeka Kamieniczka.W wodzie stoją p. Marian Gall ,p.Mirosław Łebek. Początek lat 50-tych.Udostępnił p.Michał Gorzelak.


Zawsze bezbłędnie wie w jakim kierunku ma uciekać do wody. Potrafi on również oddychać powietrzem i może dłużej przebywać bez wody. Niektórzy ludzie opowiadali, że widzieli jak kaczka domowa złowiła piskorza, wyskoczyła z nim przezornie na brzeg. Tu go połknęła w całości, a po pewnej chwili piskorz wydostał się z niej odbytem i żwawo po trawie uciekał do wody. W tym czasie złapała go inna kaczka i też połknęła. On po raz drugi wydostał się z niej tym samym sposobem i szybko z-winnym ruchem uciekł do wody. Rzeka Kamieniczka była bardzo urozmaiconą, gdyż po każdej powodzi zmieniała swoje dno, a czasem i koryto. Działo się tak na odcinku od Rudnika Małego do Huty Karola, gdzie nie była ona nigdy regulowana. W czasie powodzi wymywała w swoim dnie różne głębokie doły i wyrwy w brzegach do tego stopnia, że silny prąd wody czasem podmywał nawet wysokie olchy, które zwalały się do wody. Taki stan trwał tylko do następnej powodzi. Przy następnej powodzi niektóre z tych głębokich dołów zostały zamulone piaskiem. Dno było w tym miejscu równiutkie, a woda płytka powyżej kostek. Biegło się czasem korytem rzeki i nagle wpadało się w luźno usypany piasek starego łożyska dołu. Jeżeli stało się to na skraju i zapadło się niezbyt głęboko, wówczas opierając się rękami o dostępne jeszcze twardsze dno, można było o własnych siłach jakoś wyczołgać się z pułapki. Gorzej było, gdy z rozpędu wpadło się na środek zamaskowanego piaskiem starego dołu. Wtedy wpadało się głęboko w luźny piasek, którego mechanizm zachowania się był taki, że przy każdym poruszeniu zapadało się jeszcze głębiej, a wydostać się nie można było, bo nie było twardego oparcia o dno. Nie było mowy o wydostaniu się samodzielnie na powierzchnię z takiego miejsca. Musiał ktoś w tym pomóc. Dlatego trzeba było bardzo uważać, aby nie dostać się na takie miejsce zwłaszcza samotnie. Zjawisko takie nazywa się „ ruchomymi piaskami". Występuje ono sporadycznie na plażach morskich, a u nas w Polsce, nad morzem w miejscowości Łeba. Śmiertelnymi ofiarami takich ruchomych piasków, zwłaszcza na odludziu, są zwierzęta, a czasem i ludzie. Zwykle, gdy znajdę się w towarzystwie wędkarzy, zawsze toczy się między nimi ożywiona rozmowa na temat połowów, a zwłaszcza sukcesów osiągniętych w tej dziedzinie. W konkluzji sprowadza się to zawsze do wyprostowania ręki i obrazowego pokazania drugą ręką : to była taaaka ryba! Rozmowom takim wcale się nie dziwię, ale demonstrowane wielkości pomniejszam zawsze w swoich myślach co najmniej pięć razy i uważam, że wtedy zbliżam się do rzeczywistych rozmiarów sukcesu czyli do prawdy. Obrazowo mówiąc, demonstrowaną wielkość całej ręki aż do ramienia, sprowadzam najwyżej do wielkości dłoni. Dlatego jeżeli opowiem o swoich sukcesach w łowieniu ryb w Rudniku Małym, oczywiście tylko o kilku z nich, bo zapamiętuje się tylko te kilka, które zasługują na uwagę, to proszę nie pomniejszać ich w taki sposób, jak to opisałem powyżej. Pierwszy mój sukces zdarzył mi się bardzo wcześnie, bo może w wieku około siedmiu lat. Pewnego lata spadły bardzo ulewne deszcze. Jak zwykle w takich razach wszystkie, nawet najmniejsze cieki i rowki przepełniły się wodą i zamieniły w rwące potoki. Rzeka jak zwykle wystąpiła ze swoich brzegów i zalała całe łąki. W Rudniku Małym nie było jeszcze drogi bitej, lecz gruntowy gościniec. Z pól rwały bystre potoki w kierunku rzeki, przecinając i rujnując ten gościniec. Była już wtedy zrobiona szosa od Kamienicy Śląskiej do Rudnika Małego. W końcu tej szosy, a ściślej mówiąc około dwustu metrów od jej końca, z południowej strony jest nieznaczny spadek terenu w kierunku rzeki. Kiedy nie było jeszcze szosy, w czasie ulewnych deszczów woda spływała tam z wyżej położonych pól hen aż od zagrody Matusika z Pakuł w kierunku zagrody Górala, przepełniając jego sadzawkę, znajdującą się przy tej zagrodzie. Płynęła dalej niewielkim zarośniętym rowkiem w stronę rzeki. Przecinała pod kątem prostym gruntową drogę i wpływała do rzeki w miejscu mniej więcej, gdzie obecnie znajduje się zagroda Czesława Gasiaka. Potem w miejsce drogi gruntowej zrobiono szosę z dość znacznym nasypem w celu wyrównania poziomów terenu. Budowniczowie szosy jednak zupełnie zapomnieli o zrobieniu dla tej wody przepustu pod szosą, aby mogła ona swobodnie płynąć swoim naturalnym spadkiem do rzeki. Być może, że stało się to dlatego, iż w czasie budowy szosy nie było ulewnych deszczów ani nagłych roztopów i woda wtedy tam nie płynęła. Tak, czy owak po zbudowaniu szosy, właśnie w czasie ulewnych deszczów spływając z tych pól, woda swoim utartym spadkiem napotykała po drodze wysoki nasyp szosy. Tutaj skręcała teraz w prawo i płynęła prosto rowem przydrożnym w kierunku Rudnika Małego. W czasie ulewy był to spory strumień wypełniający prawie połowę rowu przydrożnego. Przed samym Rudnikiem Małym wpadał on do potoku, który płynął z pól i łączył się z wodami głównego nurtu rzeki za wsią. Stan taki był w czasie ulewy i kilka, a nawet kilkanaście godzin po ulewie. Później wszystko cichło, woda szybko się zmniejszała, a rowem szosy przestawała zupełnie płynąć. Na trzeci dzień po ulewnym deszczu pogoda była słoneczna i po powodzi nie było już żadnego śladu. Trawiasty przydrożny rów na początku szosy był suchy i pusty. Szedłem kawałek dalej szosą i przypadkowo spojrzałem w kierunku rowu. Było tam takie wgłębienie w kształcie niecki, o długości może dziesięciu metrów, wypełnione czystą stojącą wodą, która nie zdążyła jeszcze wyparować ani wsiąknąć w podłoże. Dno tej niecki jak i boki porośnięte były krótką zieloną murawą. Na tle tej murawy, w tak małym zbiorniku czystej wody stał sobie wyprostowany jak struna potężny szczupak . Gdyby ktoś nie mający bliżej topografii terenu, przechodził albo przejeżdżał tamtędy i zobaczył w tej scenerii tego szczupaka, musiałby pomyśleć, że spadł on z deszczem z nieba. Byłoby to zgodne z legendarni, jakie krążyły tutaj wśród ludności, że ryby czasem na pewno spadają z chmur na ziemię z ulewnym deszczem. Konkretnie w tym miejscu można się było spodziewać w tym rowie jesienią jedynie dorodnych maślaków, a czasem i jędrnych rydzów, ale nigdy tak wielkiej ryby. Jak sądzę, prawda była taka, że szczupak najprawdopodobniej przypłynął pod prąd wody w czasie powodzi albo też wypłynął na swobodę z Góralowej sadzawki. Nie zdążył on odpłynąć, gdyż wody szybko opadły i został w tej niewielkiej kałuży uwięziony. Zdziwiłem się bardzo, bo szosą przechodzili często ludzie, jeździły furmanki, rowerzyści i nikt z nich przez trzy dni nie zobaczył tego szczupaka, który prezentował się tutaj jak na wystawie. Byłem tu sam i nikogo więcej. Pierwsza myśl moja to była taka, aby powiadomić o tym odkryciu mojego starszego brata, Kazika albo ojca, ale wiedziałem dobrze, że ich nie ma w domu. Bałem się zabierać do ręcznego łowienia tego szczupaka, bo uważałem, że jestem za mały i za słaby do tak wielkiej ryby. Z kolei, gdy podchodziłem bliżej do tej niecki z wodą, szczupak zaczynał wariować: płynął to w tę stronę i z powrotem, czyniąc wiele hałasu, rozpierzchując na wszystkie strony wodę, która w najgłębszym miejscu mogła mi sięgać do kolan. Byłem pewny, że jeżeli ktoś będzie przejeżdżał albo przechodził tą stroną jezdni, szczupak może się spłoszyć, zrobi to samo, z pewnością zostanie odkryty i sprzątnięty mi sprzed nosa. Nie mogłem do tego dopuścić, bo uważałem go już za swojego i nie wyobrażałem sobie, aby mogło być inaczej. Spojrzałem na szosę czy kogoś nie ma w pobliżu. Zauważyłem, że od Pakuł w moim kierunku jedzie ktoś na rowerze i wkrótce będzie tutaj. Nie wiele myśląc, wskoczyłem do wody i mocno ją zamąciłem, aby nie było widać w niej ryby. Szczupak początkowo zaczął się rzucać, ale zaraz się uspokoił i woda też. Wyskoczyłem z rowu i schowałem się za gęstą sosenkę, aby swoją obecnością nie zwracać uwagi na to miejsce. Rowerzysta przejechał akurat tą stroną jezdni, gdzie był mój szczupak. Niczego jednak nie zauważył. Jeszcze nie wyszedłem zza krzaka, kiedy usłyszałem turkot wozu nadjeżdżającego z Rudnika. Znów czekałem w ukryciu. Okazało się, że był to Mościński, jadący wozem swoim ogierem do młyna z workami zboża. Na moje szczęście jechał po tamtej stronie jezdni i niczego nie zauważył. Po przejeździe furmanki, podszedłem do rowu i zobaczyłem już z daleka, że woda się oczyściła i szczupak jest znów widoczny. Wyszedłem na szosę i ujrzałem w dali jadącą od Pakuł furmankę. Jechała wolno, więc miałem trochę czasu, ale za mało, aby się zabierać do łowienia ryby. Odłamałem z sosny dość dużą gałąź, przywlokłem ja do rowu i nakryłem nią częściowo nieckę z wodą. Szczupak zaczął znów się rzucać. Sam zamącił dość skutecznie wodę, ale schował się pod gałąź i nie był widoczny z szosy. Znów czekałem długo aż przejedzie furmanka. Furmanka przejechała i nie słychać już było turkotu z żadnej strony. Wyszedłem ponownie na szosę, rozejrzałem się i stwierdziłem, że wkoło jest pusto i nikt mi nie będzie przeszkadzał. Wiedziałem, że na niczyją pomoc nie mogę liczyć i szczupaka muszę złowić sam. Nabrałem odwagi i wskoczyłem do rowu. Odciągnąłem maskującą gałąź, a szczupak zaczął ponownie szaleć w wodzie. Wszedłem do wody i próbowałem go jakoś przydusić i uchwycić rękami. Był już na płytkiej wodzie, ale wyczuł mój zamiar i błyskawicznie zawrócił. Prześlizgnął się z powrotem szybko obok mnie tak energicznie, że niemal nie zwaliłem się z nóg do wody. Nie udało mi się go nawet dotknąć rękami Zawróciłem z powrotem i stwierdziłem, że woda była już tak zmącona i nic nie było w niej widać Zacząłem w niej wodzić przed sobą rękami, aby namacać szczupaka. Było to nietrudne w wąskiej kałuży, ale liczącej bądź co nie bądź około dziesięciu metrów długości i zajmowało dość dużo czasu. Bawiliśmy się teraz ze szczupakiem w ciuciubabkę. Za moment dotknąłem go delikatnie rękami. Wyczułem jego długość i kiedy się przesunął trochę na płytszą wodę przydusiłem go do dna rękami. On jednak rzucił się tak mocno, że wyrwał mi się z rąk z łatwością. Zrobiłem ponowne podejście i gdy zbliżyłem się do niego, szczupak z wielkim pluskiem zawrócił z płytkiej wody i starym zwyczajem prześlizgnął się obok moich nóg i rąk do tylu na głębszą wodę Zdenerwowałem się tym bardzo, bo uganianie się za szczupakiem w tak małej wodzie trwało już dość długo i co pewien czas ktoś przejeżdżał szosą. Aby nie zdradzić się z tym, robiłem przerwy i chowałem się w krzaki. Siłą rzeczy przyszło mi na myśl, że muszę zastosować inną metodę. Po sprawdzeniu jeszcze raz czy ktoś nie jedzie szosą, wszedłem ponownie do rowu i zobaczyłem po ruchach wody, że szczupak odpłynął w koniec kałuży. Powoli zbliżyłem się do końca tej niecki i tam położyłem się do wody w poprzek rowu, robiąc w ten sposób niejako tamę ze swojego ciała. Utrzymując taką pozycje, przesuwałem się energicznie w kierunku mojego szczupaka. Ten zauważył to i po chwili chciał zawrócić na głębszą wodę Z rozpędu uderzył mnie w bok i znów zawrócił na jeszcze płytszą wodę. Teraz — pomyślałem sobie — jesteś już na pewno mój! Nadal w tej pozycji przesuwałem się do przodu. Szczupak zaczął się gwałtownie rzucać w tej płytkiej wodzie. Po chwili widać mu było już cały grzbiet z wody. Przesuwałem się nadal szybko do przodu i wypchnąłem go rzucającego się na trawę, zagradzając swoim ciałem dostępu do wody. Wreszcie po raz pierwszy chwyciłem go rękami, usiłując opanować jego ruchy. Był bardzo śliski i wyrwał mi się zaraz z rąk, ale wtedy byłem z nim już kilka metrów od wody. Chwyciłem go po raz drugi i wyczołgałem się z nim z rowu na górę, przyciskając go mocno do swojego brzucha. Był ciężki i długi. Nadal rzucał się energicznie. Wyrwał mi się ponownie i nie mogłem sobie z nim poradzić bo był bardzo śliski. To zajmowało mi dużo czasu i nadal obawiałem się, że ktoś mi go odbierze. Chwyciłem go jeszcze raz i szybko uciekłem z nim dalej za moją sosenkę. Tam go rzuciłem i otoczyłem w suchym piasku jak w mące do smażenia. Teraz nie był już śliski. Ponadto był już mniej energiczny bo zmęczony. Ja też byłem zmęczony szamotaniem się z rybą, cały mokry i ubrudzony. Trzeba wiedzieć, że do tego połowu zapomniałem się rozebrać. Byłem w krótkich spodenkach i koszuli. Chwyciłem szczupaka i pędem puściłem się w kierunku domu. Przebiegając przez szosę, byłem tak zafascynowany szczupakiem, że niemal nie wpadłem pod koła roweru przejeżdżającej w tym momencie Pietryny Walentkowej, która nagle przyhamowała i krzyknęła na mnie. Ja ze strachu wypuściłem szczupaka z rąk, który upadł na szosę i zaczął koziołkować. Ona wystraszona moim nagłym pojawieniem się na drodze i rzucającym się szczupakiem, najpierw zamarła z wrażenia, a później jęknęła: „Matko Święta' To jakieś diabły..." Trwało to moment, ponownie chwyciłem szczupaka, przycisnąłem go do brzucha i ruszyłem biegiem przez zagajniki do domu, bo chciałem donieść go żywego. Po chwili byłem już na podwórku. Wpadłem do ogródka, gdzie miałem zawsze ustawioną wielką drewnianą balię z wodą. Wrzuciłem do tej wody rybę i tam powoli szczupak dochodził do siebie. Poruszał energicznie skrzelami i po chwili był już dobry. Wszyscy obecni domownicy zbiegli się oglądać moją zdobycz. Takiej sztuki nikt z nas nigdy nie widział. Dziwili się też wszyscy i ciekawi byli w jaki sposób dokonałem tego. Wieść o moim szczupaku rozniosła się szybko po wsi. Prawie natychmiast dowiedział się o tym od swojej żony właściciel sklepu i stawu rybnego, Piotr Walentek. Przyjechał on na rowerze, obejrzał z wielkim zadziwieniem mojego szczupaka i upad się aby mu go sprzedać. Chęć kupna szczupaka tłumaczył tym, że karpie w jego stawie są leniwe i z tego powodu nawet chorują. Szczupak ten zmusi je do ruchu i będą zdrowsze. Walentek zaproponował mi za niego dwa złote i jeden kilogram kiełbasy żeby zamiast smażonego szczupaka zjeść sobie na kolację tę kiełbasę. Nie targowałem się z nim, a wprost przeciwnie, zgodziłem się chętnie, gdyż szczupak ten był tak piękny, że przywiązałem się już do niego i było mi to bardzo na rękę aby, pozostał przy życiu. Zaraz też przełożyliśmy szczupaka do wiadra z wodą, z którego wystawało go na zewnątrz z połowę. Wsiedliśmy na rowery i odjechali. Z wielkimi trudnościami Walentek dowiózł go na miejsce. Tu włożył go szybko do worka i zważył. Okazało się, że ważył on pięć kilogramów i trzydzieści pięć deko. Pobiegliśmy szybko ze szczupakiem do ogrodu, gdzie był staw i tam Walentek w mojej obecności wpuścił go do wody. Na samym początku szczupak wyłożył się do góry brzuchem, ale wkrótce poczuł głęboką wodę, odwrócił się grzbietem do góry, wyprostował się i szurnął szybkim ruchem do przodu. Ucieszyliśmy się tym obydwaj. Po chwili wróciliśmy do sklepu. Walentek odważył mi jeden kilogram świeżej, pachnącej kiełbasy i wręczył srebrną monetę dwuzłotową z charakterystyczną główką kobiety w czepcu. Przy rozstaniu, widząc moją smutną minę, Walentek powiedział mi, że od czasu do czasu mogę przyjść do niego, to pójdziemy razem nad staw popatrzyć się na szczupaka. Ucieszyłem się z tej propozycji, bo pragnąłem tak bardzo zobaczyć go jeszcze. Niestety nie zdążyłem uczynić tego, gdyż wkrótce nastąpiła druga powódź. Groble Walentkowego stawu w czasie jego nieobecności zostały przerwane i rozmyte przez nagłą nawałnicę wody. Wszystkie karpie wraz z moim szczupakiem popłynęły z wysoką i kłębiącą się wodą w siną dal. Drugim takim niezwykłym sukcesem w moim młodzieńczym życiu było złowienie szczupaka o wielkości też rzadko spotykanej. Zasługuje to na opowiedzenie z powodu niezwykłych okoliczności, w jakich to nastąpiło. Jak zwykle po każdej powodzi, było tak, że spotykało się dużo ryb nawet wielkich w różnych dołach, staro rzeczach i strumykach płynących z pól tylko w czasie powodzi albo krótko po niej. Trafiały się one w takich zbiornikach wodnych, w których przed powodzią ich nie było. Sądzę, że napływały one tutaj pod prąd wody w czasie powodzi z Odrzywołów, a może i z Warty. Dlatego po każdej powodzi wychodziliśmy na przegląd tych miejsc i ewentualny połów. Pewnego razu po takiej ulewie wyszedłem drogą w pole, tak zwanym „superakiem" i tam za mostkiem w łąkach po lewej stronie były dość duże dwie glinianki. Przez te glinianki przepływał strumyczek wody, który płynąc z pól za wsią wpadał do rzeki. Zabrałem ze sobą tyczkę z okiem, którą zawsze miałem przygotowaną i sprawną do użycia. Podszedłem ostrożnie do pierwszej glinianki, ale nie zobaczyłem niczego ponieważ prawie w całości była ona zarośnięta moczarką kanadyjską, rogatkiem sztywnym i innym pływającym zielskiem wodnym. Tutaj czasem łowiło się na wędkę karasie, liny i okonie. W odległości około dziesięciu metrów w górę nurtu ledwie sączącego się strumyka była następna glinianka, zwykle mniej zarośnięta. Zbliżyłem się bardzo ostrożnie do niej i jeszcze z dość dużej odległości zobaczyłem z drugiej strony glinianki stojące dwa duże szczupaki tuż pod lustrem wody. W całej gliniance było wszystko dokładnie widać. Roślinność, jaka tam była, została wymyta z korzeniami przez silny prąd wody w czasie nawałnicy powodziowej. Cała glinianka została pogłębiona, a głębokość jej teraz sięgała około trzech metrów. Trawiasty brzeg, na którym stałem był podmyty i jakby zwisał trochę do wody. Stanąłem tu w pobliżu tego brzegu i gotowałem się do założenia pętli na tego mniejszego szczupaka, gdyż na większego, jak oceniałem, oko było za małe. Przy poruszeniu ryby jednak spłoszyły się; zaczęły nerwowo śmigać od brzegu do brzegu niewielkiej glinianki. Zmąciły tym ruchem przy dnie wodę i schowały się pod nawis brzegu, na którym teraz stałem. Woda oczyściła się po chwili i była przeźroczysta. Dno było puste. Postanowiłem wypłoszyć ryby spod brzegu. Nie liczyłem już, że złowię którąkolwiek na oko, gdyż w tej czystej jak kryształ wodzie i zupełnie pustym dole były one bardzo ostrożne. Miałem jednak nieodpartą chęć zobaczyć je jeszcze. W tym celu, jak to zwykle się robiło, tąpnąłem mocno w brzeg i szczupaki wielce wystraszone wyskoczyły spod brzegu. Jeden z nich, ten większy, nie wyhamował i z rozpędu wyskoczył na przeciwległy brzeg, na łąkę. Tam zaczął się rzucać, koziołkować, usiłując wpaść z powrotem do wody. Szybko pobiegłem na drugą stronę glinianki i złapałem szczupaka na łące. Odniosłem rybę daleko od glinianki, gdzie we wgłębieniu było jeszcze trochę deszczowej wody. Tam ją wpuściłem i poszedłem ponownie do glinianki. Szczupaka nigdzie nie zobaczyłem. Zastosowałem więc ten sam podstęp co poprzednio. Szczupak wyskoczył spod brzegu i śmignął z głębokiego dołu do góry, do ledwie sączącego się strumyka w kierunku drugiej zarośniętej zielskiem glinianki. Prawdopodobnie wiedział o tym, że tam może się ukryć. Szybkim ruchem, rozpierzchując na wszystkie strony płytką wodę, wpadł do głębokiego dołu i zniknął wśród gęstej roślinności. Mimo tego byłem bardzo zadowolony, że w taki nieprofesjonalny i nie zamierzony sposób złowiłem dorodnego szczupaka. Nie udało mi się już nigdy w życiu w taki sposób dokonać tej sztuki. Trzecim moim sukcesem w łowieniu ryb było złapanie w rzece w Rudniku Małym miętusa mojego życia. Było to latem kiedy przyjechałem tam, jak zwykle trochę na wypoczynek, a trochę i po to, aby pomóc przy żniwach moim już starym rodzicom. Przyjechałem tam z.moim synem, Rysiem, który miał wtedy około ośmiu lat i żoną, Heleną. Pewnego słonecznego dnia poszliśmy nad rzeczkę, aby popluskać się trochę w wodzie dla ochłody. Ponieważ przebywanie w jednym miejscu nad rzeką wydawało nam się dość, poszliśmy dnem rzeki do przodu. Ja zająłem się sprawdzaniem brzegów i różnych zakamarków rzeki, czy nie ma gdzieś miętusów. Szedłem dnem rzeki pod prąd wody i penetrowałem, szukając nor miętusich, a Rysio z góry, z brzegu, obserwował moje poczynania. Ponieważ przeszliśmy już dość długi odcinek rzeki w kierunku Huty Karola bez żadnego sukcesu, Rysiowi znudziło się już to moje łażenie po wodzie. Kiedy doszliśmy do takiej piaszczystej skarpy w brzegu, Rysio zaczął tam kopać doły w piasku, bo było to dla niego ciekawsze. Ja natomiast powoli dalej kontynuowałem z nudów swoje zajęcie. Kawałek dalej był tam taki olbrzymi dół wymyty przez prąd wody w czasie powodzi Można tam było nawet pływać. Wyszedłem na brzeg, aby ominąć to miejsce, bo musiałbym go przepłynąć, a woda była tak zimna, że nie miałem na to ochoty. Za tym dołem, a ściślej mówiąc, kilka metrów za nim, zszedłem z powrotem do rzeki. Tu woda była już płytka i nie sięgająca łydki. Dno w tym miejscu było dość szerokie, a przy brzegu zobaczyłem niewielką starą karpę ściętej olchy. Pod tą karpą był wymyty w piasku spory dołek. Podszedłem do tego miejsca, włożyłem rękę pod karpę i namacałem tam coś śliskiego. Początkowo myślałem, że jest to kawałek odgałęzienia tej karpy. Przesunąłem ręką po tej śliskości i skojarzyło mi się to z utopioną i oblezioną już z pierza kurą, przyniesioną przez wodę, bo taką kurę w dawnych latach gdzieś tu w tej rzece widziałem. Brzydziłem się trochę tego, ale chciałem się mimo wszystko upewnić, czy nie jest to przypadkiem wielka ryba. Oczywiście, dołek pod karpą był na tyle duży, że musiałem klęknąć w wodzie i zagłębić tam rękę aż do ramienia. Przesunąłem rękę po tej śliskości jeszcze trochę dalej i stwierdziłem, że przedmiot ten jest o wiele szerszy od mojej dłoni. Przesuwając dłoń do końca, doszedłem do wniosku, że to „coś" przypomina kształt wielkiego łba miętusa. Nie pomyślałem jednak ani przez chwilę, że to może być tak wielka głowa żywego miętusa. Z tego powodu zachowywałem się dość nieostrożnie i bezceremonialnie chciałem już wyjąć rękę spod karpy, przy czym energicznie poruszyłem ten przedmiot. W tym momencie woda pod moją ręką zakotłowała się, a ręka moja została z dużą siłą odrzucona przez nagły zwrot ryby, gotującej się do ucieczki. Wiedziałem już teraz, że jest to na pewno niespotykanej wielkości prawdziwy i żywy miętus. Zaraz też prześlizgnął się on obok moich nóg i wypłynął lukiem na środek otwartej, ale płytkiej jak na taką rybę wody. Zobaczyłem go na środku rzeczki i byłem niemal przerażony jego wielkością. Kierował się ślamazarnie w kierunku tego olbrzymiego dołu, a grzbiet jego niemal wystawał z wody. Do dołu było zaledwie kilka metrów i dzieliły go tylko sekundy od tego, że zniknie w toni tej wielkiej niezgruntowanej głębiny. Nie miałem czasu na myślenie. Skoczyłem w ostatniej chwili i rzuciłem się całym ciałem na tego miętusa. Udało mi się przydusić go do piaskowego dna, ale siłę miał tak wielką, że pojechałem na nim niemal do samej głębiny. Wiedziałem o tym, że mogę go tylko utrzymać przy chwycie oburącz za skrzela i to mi się udało. Nogami byłem już częściowo na głębokiej wodzie. Miętus wyrywał się z wielką siłą. Wiedziałem również, że muszę go natychmiast wyrzucić na brzeg, bowiem zaraz mi się wyrwie i więcej go nie zobaczę. Palce wsadziłem mu mocniej za skrzela i szybkim ruchem wyrzuciłem go na wysoki w tym miejscu brzeg. Grube i tłuste cielsko z głuchym chlapnięciem upadło na trawę. Zawołałem Rysia aby przybiegł do mnie. Zanim wyszedłem z rzeki, Rysio był już przy rzucającej się rybie. Był bardzo niezadowolony, że go nie zawołałem wcześniej, bo chciał widzieć od początku łowienie tego miętusa. Uspokoił się dopiero wtedy, kiedy z kawałka gałęzi olchy zrobiłem hak, zaczepiłem za skrzela miętusa i dałem mu aby go niósł do domu. Wielkość jego była taka, że jak go Rysio niósł na ramieniu, to ogon jego wlókł się po łące. Nie widziałem nigdy w swoim życiu tak wielkiego miętusa. Przyjemnie jest wspominać, a nawet się chwalić swoimi sukcesami, byle nie przesadzać, ale w życiu zdarzają się również, a nawet częściej porażki niż sukcesy. W moim łowieniu ryb miałem właśnie taką jedną porażkę, którą pamiętam dokładnie do dziś. Myślę, że warto o niej opowiedzieć. Miałem wtedy może dwanaście lat. Byłem już doświadczonym i wytrawnym łowcą szczupaków na oko. Pogoda była ładna. Zabrałem swoją tyczkę z okiem i poszedłem nad rzekę. Idąc powoli nad brzegiem, lustrowałem dokładnie wzrokiem miejsca, gdzie można było się spodziewać szczupaka. Doszedłem do rozległego i głębokiego dołu, gdzie wydawało się, że woda w tym miejscu nie płynie, a stoi. Słońce świeciło jaskrawo przez korony drzew i widoczność była bardzo dobra. Ostrożnie zbliżyłem się do wysokiego w tym miejscu brzegu i spojrzałem w dół. Na skraju głębiny zobaczyłem rzadko spotykanej wielkości dorodnego szczupaka. Wymierzyłem sobie w myślach odległość z brzegu do wody i byłem pewny , że dosięgnę go moim „okiem". Szczupak stał spokojnie, jakby celowo czekał na założenie mu pętli. Przesunąłem się jeszcze bliżej krawędzi brzegu, aby mieć tę pewność i aby zająć najdogodniejszą pozycję. Miejsce było ze wszech miar idealne pod każdym względem. Oceniłem również z tyłu za sobą teren i już zaplanowałem w myślach, gdzie wyrzucę szczupaka aby mi nie wpadł z powrotem do wody. Wiatru też nie było żeby zmarszczył wodę, bo wtedy można stracić widoczność. Jednym słowem —panowały najlepsze warunki, jakie można było sobie wymarzyć do złowienia tej ryby. Szczupak nadal stał spokojnie i nic nie wróżyło, że może się coś w tej sytuacji zmienić. Powoli włożyłem z dala od szczupaka tyczkę z okiem do wody. Przesuwałem ją ostrożnie w kierunku jego głowy. Szczupak nadal stał spokojnie. Byłem już przekonany, że za chwilę będę go miał na brzegu. Pomyślałem : taka ładna sztuka, gdzieżeś się ty tutaj tak długo uchował w tej bardzo zimnej, prawie lodowatej wodzie? Powoli i w najwyższym skupieniu nadal przesuwałem pętlę oka w kierunku jego głowy. Miałem duże doświadczenie i wiedziałem, że za parę sekund będzie on mój. Oko było już bardzo blisko przed jego głową. Może dwa, a najwyżej trzy centymetry. Napięcie moje wzrastało i czułem wyraźnie przyspieszony rytm serca. Jeszcze moment, niewielki moment i będę go miał już na brzegu. Pętla była już przed samym pyskiem szczupaka. Powoli przenoszę swój ciężar ciała na prawą nogę, aby umocnić swoją pozycję do wyrzucenia ryby. Czuję, że moja prawa noga zaczyna jakoś dziwnie, ale powoli zapadać się w krawędzi brzegu. Nie zwracam na to uwagi, bo pochłonięty jestem obserwacją ryby i mojej pętli. W tym momencie usłyszałem najpierw nagły plusk wody spowodowany przez upadek oderwanej spod mojej nogi grudy ziemi. Zanim dotarło do mojej świadomości, co się stało, poczułem, że tracę grunt pod nogami i spadam w dół razem z podmytym brzegiem, na którym stałem. Wykonując jakieś nieskoordynowane ruchy w takim stanie zwalam się razem z ziemnym nawisem w głębinę lodowato zimnej wody. Z ogromnym pluskiem wpadłem do wody głową w dół, zanurzając się całkowicie. Z trudem wygramoliłem się z głębiny na płyciznę, a następnie na górę wysokiej skarpy, Spojrzałem w dół. Męty już odpłynęły, a woda stała się czysta, ale po szczupaku nie było już najmniejszego śladu. Spojrzałem jeszcze raz w dół, splunąłem w głębinę i ociekający wodą, strasznie zawiedziony, a nawet zawstydzony powlokłem się w kierunku mojego domu.


Źródło: ,, Rany i Blizny Małej Ojczyzny” , aut: Józef Bakota, Warszawa 2000r, str. 186-197

STRASZYDŁA I DUCHY. Rudnik Mały.

 STRASZYDŁA I DUCHY


Przez długi okres czasu, kiedy żyli jeszcze świadkowie tamtych lat, w okresie międzywojennym, to jest w latach 1920 - 1939, krążyły wśród nich opowiadania o zakopanym w ziemi złocie. Wskazywano przypuszczalne miejsca, gdzie to mogło być. Takimi nadającymi się do tego schowkami, mogły być jedynie miejsca, które miały stałe punkty odniesienia, takie jak: kapliczki, krzyże przydrożne, wielkie stare dęby lub samotne grusze w polu. Na podstawie tych opowiadań w różnych latach i z różnym nasileniem ludzie miejscowi, a czasem i zamiejscowi prowadzili poszukiwania po nocach ukrytego złota. Robili to często za pomocą specjalnych prętów stalowych, które siłą rąk wciskało się w ziemię, a jeżeli ostrze pręta trafiło na twardy przedmiot, kopało się w tym miejscu dół. Często tym twardym przedmiotem był kamień, a czasem i stara rosyjska butelka, zakopana przez strażnika po wypiciu wódki. Obok kapliczki świętego Janka, który nadal stoi na byłej granicy, wykopano nawet tak zwany szklany gąsiorek o pojemności czterech litrów z całą nienaruszoną zawartością rosyjskiego spirytusu. Wszyscy się o tym zaraz dowiedzieli bo znalazcy urządzili sobie libację i przez kilka dni nie trzeźwieli. Będąc jeszcze małym chłopcem, widziałem często świeżo wykopane doły w pobliżu kapliczki świętego Jana. Był to efekt nocnych poszukiwań złota. Wśród starych ludzi panowało przekonanie, że zakopane w ziemi złoto raz w roku, w niedzielę palmową w samo południe, wydostaje się z ziemi na powierzchnię i przesypuje się w słońcu. W ten sposób oczyszcza się w promieniach słonecznych, po czym wraca na swoje miejsce. Wystarczy wówczas zaobserwować i dobrze zapamiętać to miejsce aby zostać właścicielem skarbu. Nie było to jednak takie proste bowiem pozaziemskie moce powodują że w najważniejszym momencie ogarnia człowieka nieodparty sen. Sam widziałem na własne oczy takie czuwanie koło kapliczki świętego Jana. Stary Skrobek wybrał do tego celu bardzo dogodne i zaciszne miejsce, a mianowicie stertę gałęzi. Położył się na niej wygodnie i intensywnie czuwał. W najważniejszym jednak momencie, rozmarzony promieniami słońca, zasnął. Słysząc brzęk przesypującego się złota, przebudził się nagle. Niestety, było odrobinę za późno. Oczyszczone złoto wsypało się już pod ziemię. Starzec nie mógł tego przeboleć, bo brzęk tego złota był tak piękny i wyraźny, że musiało to być gdzieś w pobliżu. Od tego czasu nie mogąc spokojnie spać, przychodził on tu w nocy z prętem stalowym i próbował nim wymacać w ziemi to brzęczące złoto. Niestety, jak sądzę nie wymacał go, bo zmarł w swojej starej biedzie. Podobno w czasie nocnych poszukiwań tych skarbów, pokazywały się różne przedziwne stwory jak: czarne psy, którym z pysków buchały snopy iskier, końskie łby na kurzych łapkach, białe skaczące kozy, kościotrupy w białych powłóczystych szatach z dzwoniącymi piszczelami. Strachy te nigdy nie pozwoliły na zakończenie poszukiwań. Nie znalazł się też nikt tak odważny aby to wszystko mógł wytrzymać i poszukiwania doprowadzić do końca. Najwięcej tych strachów pokazywało się w nocy w pobliżu kapliczki świętego Jana. Upewniało to tym bardziej poszukiwaczy, że w pobliżu tej kapliczki zakopane jest na pewno to legendarne złoto. Trzeba wyjaśnić, że w pobliżu kapliczki świętego Jana występują duchy nieżyjących już dawno właścicieli zakopanego gdzieś tutaj złota, którymi byli przepuszczający przemytników przez granicę rosyjscy strażnicy, jak również duchy pogrzebanych tu w pobliżu kapliczki zmarłych mieszkańców wsi w czasie epidemii cholery, zwanej „morowym powietrzem". Jako dowód na to, że było tu cmentarzysko w tych zamierzchłych czasach, świadczą o tym takie fakty, jak ten, ze Bronisław Ziora w czasie budowy swojego domu próbował w pobliżu kapliczki kopać piasek do robót murarskich i po wykopaniu dołu o niewielkiej głębokości, natknął się na kości ludzkie .Powoli zaczął odgarniać ziemię i stwierdził, że jest to cały szkielet człowieka. Osobiście widziałem ten szkielet i całą ludzką czaszkę, nawet ze śladami włosów. Po poruszeniu łopatą, kości rozsypywały się w pył. Bronisław Ziora uszanował to miejsce. Zrezygnował z kopania tutaj piasku , a dół zawalił ziemią. Miejsce to było w odległości kilku metrów od rowu granicznego z czasów zaboru po rosyjskiej stronie. Mój ojciec kopał tu karpy po ściętych sosnach. W czasie kopania natknął się też na ludzkie kości, gorzej zachowane ponieważ były one pod korzeniami ściętej sosny, która mogła mieć około osiemdziesięciu lat. Rozpoznać jednak można było szczątki ludzkiej czaszki. Miejsce tego drugiego znaleziska było w niewielkiej odległości od pierwszego, ale jednak z drugiej strony rowu granicznego z czasów zaboru po niemieckiej stronie. Wysnuć z tego można wniosek, że zmarli zostali tu pochowani, kiedy nie było jeszcze granicy, to znaczy przed zaborami. Wszystko to się zgadza bo epidemie cholery panowały w Polsce o wiele wcześniej. Jak łatwo się domyślić, jest wiele powodów, dla których w pobliżu tej kapliczki nocami bywa bardzo niespokojnie. Opowiadano powszechnie, że tutaj w każdą noc o północy spotkać można i dziś pokutujące duchy pod różnymi , a najczęściej pod bardzo odrażającymi postaciami. Często słyszy się tam też dziwne odgłosy, na przemian to beczenie kozy przechodzące w szyderczy śmiech, to dziwne zawodzenia i ciche jęki przechodzące w daleki płacz dziecka, to znów jakieś pobrzękiwania łańcuchów, dochodzące z głębi ziemi. Opowiadał stary Nierada z Pakuł, który przyjaźnił się ze starą Buliną z Rudnika Małego i często przychodził do niej, a czasem zasiedział się u niej przy gorzałce do północy, że pewnego razu wracał właśnie od niej do domu. Była to noc przy pełni księżyca. Kiedy przechodził drogą koło kapliczki i popatrzył się z lękiem w jej kierunku , a widoczność była dość dobra, zobaczył wyraźnie , że od kapliczki zdąża do niego zamaszystym krokiem postać w powłóczystych, białych szatach. Zdjął go wielki strach. Chciał uciekać ale nogi mu się jakoś poplątały, a nawet zesztywniały i nie mógł się ruszyć z miejsca.

Hastermanek. Muzeum Regionalne w Kamienicy Polskiej.


Postać ta zbliżyła się do niego i wtedy zobaczył, że jest to kościotrup, okryty białym całunem, który wyciąga do niego kościste ręce, dzwoniąc piszczelami , jakby chciał się z nim po przyjacielsku przywitać, a może zdradliwie udusić. Stary Nierada, ostatkiem sił i swojej woli odskoczył jakoś w bok, a ponieważ w ręce miał jak zwykle mocną dębową laskę dla obrony przed psami, ze strachu, nie bardo wiedząc co czyni, uderzył z całej siły tą laską w to straszydło. Ozwał się głuchy huk i poczuł straszny ból i zamęt w głowie, jakby to on sam otrzymał mocny cios w głowę od swojej ciężkiej laski. Kiedy się ocknął, szumiało mu w głowie i zobaczył biegającą wokół niego białą kozę. Koza ta z wysokiego brzegu wskoczyła do głębokiego dołu wypełnionego wodą, przepływającego tu strumyka. Ochlapała go obficie tą zimną wodą. Dzięki temu doszedł szybciej do siebie. Wszystko potem nagle ucichło, tylko gdzieś od Boni słychać było dalekie beczenie kozy, przechodzące w ten znajomy wszystkim, dziwny szyderczy śmiech. Wtedy dopiero stary Nierada uświadomił sobie z czym miał do czynienia Zdjął go ponownie jeszcze większy strach i w panice, uciekał na ile tylko mógł, byle dalej od tej nieszczęsnej kapliczki. Od tego czasu stary Nierada już nigdy nie zostawał u Buliny po zmroku, lecz wracał do domu kiedy słońce było jeszcze wysoko albo zostawał już u niej do rana. W miejscu tym dzieją się różne niewytłumaczalne zdarzenia nie tylko w nocy ale i nawet w dzień. Przypominam sobie jeszcze czasy, kiedy na strumyku założono już kręgi betonowe i zrobiono wysoki nasyp w celu wyrównania poziomu drogi. Rowerzyści przejeżdżający tamtędy, bardzo często spadali z tego nasypu bez żadnej przyczyny w głęboki dół wypełniony wodą. Opowiadali później, ze zrzuciły ich z mostka jakieś dziwne siły, którym nie sposób się było oprzeć. Wybieraliśmy potem z wody drobne monety wysypane z kieszeni topiących się rowerzystów. Pewnego razu w swoim dzieciństwie bawił się nad tą wodą mój młodszy brat Lutek. Miał wówczas nie więcej niż dziesięć lat .W pewnej chwili zauważył, że na powierzchni strumyka z prądem wody, płynie mały papierowy zwitek. Zainteresowało go to bardzo, bo zwitek ten cały czas wirował na wodzie, a wirując płynął wprost do niego. Jednak w pewnej odległości od brzegu zatrzymał się, nadal wirując . Wtedy Lutek mając w ręce długą witkę, przygarnął nią ten zwitek do samego brzegu i wyjął go z wody. Po rozwinięciu okazało się, że znajdował się w nim złoty kolczyk, wykonany w kształcie półksiężyca, z wyrzeźbionym na nim roślinnym ornamentem. Wszyscy po tym niezwykłym zdarzeniu zastanawiali się skąd w tym miejscu znalazł się złoty kolczyk, zawinięty w kawałek nie rozmoczonego jeszcze papieru, jakby przed chwilą wrzuconego do wody, kiedy tamtędy w tym momencie nikt nie przechodził ani też nie przejeżdżał. Musiał on przypłynąć z wodą. Woda ta zaś płynie z pól przez łąki, którędy właściwie nikt nie przechodzi, a zwłaszcza wczesną wiosną Moja matka pytała później wszystkie sąsiadki, czy któraś z nich nie zgubiła złotego kolczyka i wszystkie odpowiadały, że nic takiego im się nie przydarzyło. Nie znaleziono też na to pytanie nigdy żadnej logicznej odpowiedzi, jak tylko taką, że siły nieczyste lub duchy pilnujące zakopanego gdzieś tutaj złota, przekuwają go czasem na różne ozdoby zbytku i ludzkiej próżności, prowadzące do grzechu .One to musiały ten kolczyk tutaj zgubić, a może celowo podrzucić .Kolczyk ten przez wiele lat był przechowywany w moim domu. W pobliżu tego miejsca po drugiej wojnie światowej wybudował sobie dom Bronisław Ziora. Pewnej nocy nadciągnęła niewielka burza deszczowa. W czasie tej burzy niespodziewanie uderzył piorun w naroże tego domu . Nie był to zwykły piorun, ale taki, który przeleciał poziomo przez cały dom, z jednej strony na drugą i dopiero tam wpadł w ziemię. Wielki huk i żrący zapach palonej siarki jakby prosto z piekła, napełnił całe domostwo. Przebudził domowników, którzy wyrwani nagle ze snu w panice uciekali na zewnątrz budynku, nie zdając sobie nawet sprawy z tego co się stało. Dopiero rano zobaczyli, że piorun przeleciał pod sufitem wzdłuż budynku, naruszając konstrukcję ścian i stropu. Stało się to mimo tego, że obok domu rosły stare i bardzo wysokie brzozy, które zwykle przyciągały pioruny, kiedy domu w tym miejscu jeszcze nie było. Zastanawiać musi ciągłość tych różnych i bardzo dziwnych zdarzeń w pobliżu tej kapliczki, które obserwuje się na przestrzeni ponad stu lat. Kiedyś przed pierwszą wojną światową, w pobliżu na łące, został zastrzelony przez niemieckiego jegra młody chłopiec. Nawet teraz nie tak dawno zdarzył się tutaj tragiczny wypadek drogowy, w którym zginęły na miejscu dwie osoby. Jadący na motocyklu ze Śląska, wczesnym wieczorem dwaj młodzi chłopcy z Rudnika Wielkiego, zderzyli się z przydrożną wierzbą. Wskutek tego zostali wyrzuceni z wielką siłą z nasypu na niżej położoną łąkę. Był to wypadek bardzo ciężki i obydwaj zginęli na miejscu. Do dziś przypomina o tym okaleczona przez ten wypadek wierzba, która rośnie w tym samym pechowym miejscu, gdzie stary Nierada w dawnych czasach o północy walczył z kościotrupem, który po przyjacielsku chciał się z nim przywitać, a być może zdradliwie udusić. Niewiele brakowało, że ofiarą działających w tym miejscu złych mocy, stałby się też w czasie powodzi ów Bednarczyk z Własny, którego w ostatniej chwili uratowano z topieli .Nikt już na pewno nie pamięta, że nie tak daleko od tej kapliczki, na skraju Boru przed pierwszą wojną światową, został w tajemniczych okolicznościach zastrzelony mieszkaniec Rudnika Małego o nazwisku Józef Planeta. Jak widać z tego nagromadziło się tutaj wokół tej kapliczki wiele zagadkowych i tragicznych zdarzeń, które dają wiele do myślenia i powodują, że cierpnie człowiekowi ze strachu skóra, kiedy trzeba tamtędy przejść nocą. Takich miejsc nawiedzanych w nocy, a nawet w dzień przez duchy w postaci różnych stworów, jest w Rudniku Małym i jego okolicach więcej. Opowiadał mi mój Stryj Jan, którego powszechnie nazywali Johanem, bo urodził się pod zaborem niemieckim, że w narożu granicy, gdzie wpływa na rudnickie łąki od Huty Karola rzeczka, zwykle był głęboki dół. Obok głębiny była szeroka płycizna, przez którą w nocy chciał on przejść przez granicę do Rudnika. Gdy znalazł się na środku płycizny, z głębiny, spod krzaka wierzbowego wybiegł do niego topielec w postaci małego chłopca w kolorowym stroju. Chwycił go za nogi swoimi oślizgłymi żabimi łapami, a siłę miał nadzwyczaj wielką i próbował go wciągnąć na głębinę aby go tam utopić. Stryj jednak ostatkiem sił wyrwał mu się i wyczołgał na piaszczystą, suchą skarpę brzegu. W taki sposób się uratował. Trzeba bowiem wiedzieć, że topielec boi się suchego i sypkiego piasku, dlatego nigdy na niego nie wejdzie. Błądzenie w tym miejscu topielca ma ścisły związek z faktem zastrzelenia w pobliżu na łące młodego chłopaka przez niemieckiego jegra. Strażnik niemiecki znajdował się za rzeką, pod lasem a chłopiec szedł łąką po rosyjskiej stronie. Nowy strażnik niemiecki, nie znający jeszcze topografii terenu, zaczął krzyczeć na chłopaka — „Halt !" Chłopiec, widząc uzbrojonego strażnika, wystraszył się krzyku, nie rozumiejąc o co chodzi. Zaczął ze strachu uciekać do najbliższej zagrody mojego dziadka. Nie zdążył bo został śmiertelnie trafiony pociskiem. Dopiero później Niemiec zorientował się, że chłopiec był po rosyjskiej stronie, z dala od granicy. Zdarzenie to zauważyli strażnicy rosyjscy. Był z tego powodu skandal międzynarodowy i proces połączony z wizją lokalną. Wizji tej dokonywali wysocy rangą oficerowie rosyjscy i niemieccy. Wszystko to odbywało się na pagórku pod brzozami, w tak zwanym „Rogu", czyli w miejscu, gdzie granica skręcała pod kątem prostym na południe w kierunku kapliczki świętego Jana. Mój ojciec, będąc wtedy młodym chłopcem, obserwował dokładnie jak ta wizja lokalna się odbywała. W przeddzień tej wizji na strażnicę w Rudniku Małym, czyli na tak zwany „Post", przyjechało powozami około dziesięciu wysokiej rangi oficerów rosyjskich. Na pagórku. tuż przy samej granicy żołnierze rosyjscy ustawili stoły, ławy i krzesła. Przez rzeczkę zrobiono prowizoryczny mostek z wierzei od stodoły mojego dziadka, aby udostępnić Niemcom przejście na rosyjską stronę. Na drugi dzień rano stoły nakryto obrusami, ustawiono na nich piwo w butelkach i samowary do parzenia herbaty oraz stosy różnych zakąsek, w tym najprzedniejsze rosyjskie kawiory. Wszystko to przygotowywali żołnierze rosyjscy, sprowadzeni specjalnie do obsługi dygnitarzy. Około południa Rosjanie przyjechali powozami ze Strażnicy na samą granicę, w pobliże kapliczki świętego Jana. Stąd do miejsca, gdzie miało się odbyć spotkanie z Niemcami było około stu metrów. Ten odcinek drogi postanowiono przejść pieszo. Wśród wysokich rangą oficerów rosyjskich, jeden z nich o najwyższej randze i najstarszy wiekiem, był tak potężnie gruby jak beczka. Miał trudności przebycia o własnych siłach tego krótkiego odcinka z powodu otyłości. Podtrzymywało go cały czas pod ręce dwóch młodszych oficerów, jego ordynansów. Nastąpiła konsternacja, bo w końcu tej drogi, a przed samym pagórkiem była jakby niecka wypełniona po deszczu wodą. Nie można było tego miejsca obejść bo z jednej strony był rów graniczny, wypełniony też wodą, a z drugiej strony - bardzo podmokłe łąki. Niecka ta była tak wąska, że każdy z oficerów, robiąc dłuższego kroka, mógł ją z łatwością przekroczyć. Bardzo gruby i ciężki dygnitarz nie mógł tego w żaden sposób dokonać. Zrobiło się wielkie zamieszanie. Towarzyszący niedołężnemu grubasowi oficerowie potracili głowy i nie wiedzieli co robić. Nie było też wśród nich tak silnego oficera, który mógłby tak ciężkiego grubasa przenieść przez tę wodną przeszkodę, a tylko to wchodziło w rachubę. Równocześnie każdy z nich bał się w ogóle coś takiego zaproponować wysokiemu rangą zwierzchnikowi z obawy czy nie obrazi to jego godności. Tymczasem z drugiej strony rzeczki, od Huty Karola nadjeżdżały już powozy dostojników delegacji niemieckiej. Widząc bardzo niezręczną sytuację, jeden z młodych żołnierzy, mający obsługiwać gości, podbiegł do owego nieszczęsnego zagłębienia, wypełnionego wodą, wyprostował się na baczność przed grubasem „stuknął obcasami i zameldował: „Izwoltie wasze sijatielstwo", po czym położył się w zagłębieniu z wodą i ciężki, nieudolny grubas przy pomocy ordynansów przeszedł po nim suchą nogą, pokonując tę wodną przeszkodę. Niemcy przeprawili się na rosyjską stronę przez przygotowany mostek i całe towarzystwo zasiadło do obrad. Umyślni, na podstawie zeznań świadków biegali i wbijali tyczki ze słomianymi wiechami w miejscach, skąd strzelał niemiecki strażnik i gdzie padł zastrzelony chłopiec. Mierzono odległości a sekretarze pisali. Dostojnicy popijali piwo i gorący „czaj" z samowarów, jedli przygotowane zakąski. Żartowali ze sobą, a głośne ich śmiechy dolatywały aż do wsi. Jednym słowem był to międzynarodowy piknik na świeżym powietrzu. W godzinach popołudniowych całe towarzystwo się rozjechało. Wszystko to obserwował mój ojciec ze swojego podwórka. Gdy kończyła się wizja lokalna, ojciec mój zabrał ze stodoły wielki snop słomy, zaniósł go na plecach i ułożył we wspomnianej niecce z wodą, po którym w powrotnej drodze ów gruby dygnitarz przeszedł suchą nogą. Ojciec mój zrobił to z własnej inicjatywy bo szkoda mu było żołnierza, który musiałby się ponownie położyć do tej zimnej wody Za tę przysługę, likwidujący obozowisko żołnierze rosyjscy podarowali mojemu ojcu dwie butelki piwa i jedną drewnianą faskę wybornego, czarnego rosyjskiego kawioru. Na tej wizji lokalnej ustalono co było bezsprzeczne, ze winę ponosiła strona niemiecka i zobowiązała się pokryć szkody rodzinie zabitego chłopca. Chłopiec ten nie był mieszkańcem Rudnika Małego, lecz przyjechał w odwiedziny do swojej dalszej rodziny, która tu mieszkała. Tak, czy owak, ślad po tym wypadku został w tym miejscu w postaci topielca, który nadal tu błądzi po nocach, wychodząc czasem po deszczu nawet na łąkę, biega i ślizga się po niej na swych żabich łapach, gdyż po mokrej trawie topielec może wyprawiać takie harce. W ogóle to z różnymi strachami lub duchami trzeba umieć się obchodzić. Dobrze jest wiedzieć, jakie one mają zwyczaje i prawa. Mój stryj Johan opowiedział mi jeszcze o jednym pokutującym duchu, którego można spotkać na drodze, prowadzącej od Pakuł do Młyna. Idąc od Rudnika Małego, we wsi Pakuły, zaraz za mostem w prawo na skos, prowadzi gruntowa stara droga do Młyna. Kawałek dalej, za zabudowaniem Karola Klyty, przy drodze tej rośnie stara grusza, na której zawieszona jest drewniana kapliczka. Właśnie, gdy idzie się tą drogą w nocy, a zwłaszcza gdy zbliża się północ, w pobliżu tej gruszy spotkać można idącego naprzeciwko ciężko sapiącego, wielkiego, kudłatego, czarnego psa, któremu z pyska buchają kłęby dymu i ognia. Aby ujść cało z życiem przed tym strasznym potworem, trzeba szybko zejść ze ścieżki między koleiny, wyjeżdżone na tej drodze przez wozy. Wówczas psisko przejdzie obok, bo nie ma prawa przekroczyć koleiny aby dobrać się do człowieka. Pójdzie ono w swoją stronę, a człowiek w swoją. Pamiętać jednak trzeba o tym, że pod żadnym pozorem nie wolno się oglądać za siebie, choćby tam się działo nie wiadomo co. Kiedyś w zamierzchłych czasach odprawiano tu, pod tą gruszą egzorcyzmy, aby zażegnać ducha i na znak tych egzorcyzmów zawieszono na niej tę małą drewnianą kapliczkę z poświęconym obrazkiem bo wierzono, że to przepędzi ducha. Niestety, pomogło to tylko na jakiś czas. Teraz dowiedziałem się od Klary Musikowej, z którą od czasu do czasu rozmawiam jak tam przyjadę, że znowu w tym miejscu straszy. Jak dawniej znów spotyka się tego strasznego czarnego psa, buchającego kłębami smrodliwego dymu i iskier. Smród ten rozprzestrzenia się czasem na całą okolicę w tym również i na Rudnik Mały, zwłaszcza przy zmianie pogody, gdy wiatr zmienia kierunek na północno-wschodni. Widocznie ziemskie sposoby nie mają takiej mocy, aby mogły zmóc pozaziemskie siły, zwłaszcza te nieczyste. Spotykano czasem w niedzielę przed południem młodą dziewczynę idącą od Rudnika Małego w pole superakiem przy Hurasowiźnie. Przy tej drodze, obok mostku, z lewej strony na tak zwanej Kaczmarce rosła rozłożysta wierzba, a przy niej był zawsze wielki dół, wypełniony wodą. Dziewczyna podchodziła do tej wierzby i rzucała się do wody. Przygodni obserwatorzy biegli w to miejsce aby ją ratować, ale oprócz zamąconej wody nie było tam niczego. Nawet po oczyszczeniu się wody, widać było, że dno jest puste. Dziewczynę tę widziało kilka osób równocześnie. A oto relacja z tego zdarzenia. W pobliżu tego miejsca było stare wyrobisko gliny, obok którego stała szopa, w której kiedyś młodszy brat mojego ojca, a mój wujek Wawrzyniec, magazynował surową cegłę własnego wyrobu. Kiedy zaprzestano wyrobu cegły, magazynowano w tej szopie słomę. Chroniły się w tej szopie na odludziu okoliczne stada wróbli, a czasem nawet zabłąkana sowa. Pewnej niedzieli znudzeni jednostajnością młodzi chłopcy, a byli nimi mój brat Kazik, kuzyni - Janek i Edek oraz Janek Ziora. Wybrali się tam do tej szopy przepędzać wróble dla rozrywki. W pewnej chwili zauważyli, że od Rudnika idzie superakiem w ich kierunku w pole dziewczyna. Wszyscy rozpoznali ją w tym również jej brat, Janek, że jest to Gienka, córka mojego stryja, Johana. Postanowili ją wystraszyć i w tym celu wleźli do szopy, pod dach na słomę. W poszyciu dachu każdy z nich, rozsuwając rękami strzechę, zrobił sobie otwór aby mieć dobre pole obserwacji. Gienka miała przejść przez mostek na strumyku, tuż przy szopie i wtedy chłopcy mieli zacząć straszenie, wydając dzikie pomruki, ryczenia i czyniąc zgiełk. Tymczasem dziewczyna zbliżyła się do mostku, nie weszła na niego, lecz skręciła przed nim w lewo i zza tej wierzby, gdzie było trochę wyżej, z rozmachem wskoczyła do wody. Woda rozbryzgnęła się we wszystkie strony wraz z kawałkami bardzo cienkiego lodu grubości szyby, bo było to w marcu i woda jeszcze w nocy zamarzała. Stało się to na oczach czterech chłopców w wieku od dwunastu do osiemnastu lat, którzy mieli bardzo dobre pole obserwacji z dachu szopy i odległości nie większej niż dwudziestu metrów. Wszyscy bardzo się przestraszyli i natychmiast pobiegli ratować tonącą. Kiedy dobiegli do tego miejsca, woda jeszcze falowała i była mocno zmącona. Po dziewczynie nie było żadnego śladu. Pomyśleli, że leży utopiona na dnie, dołu. Jeden z nich przyniósł ze szopy kawałek żerdzi i zaczęli penetrować dno. Przekonali się, że nie ma tam niczego. Poczekali jeszcze aż woda się oczyściła i stwierdzili, że dno jest puste. Wtedy dopiero zdjął ich wielki strach i w popłochu uciekli do wsi Zaraz też wstąpili do domu stryja, aby dowiedzieć się, gdzie jest Gienka. Jej matka odpowiedziała, że Gienka poszła do kościoła na sumę. Czekali tam przed jej domem bo zobaczyli, że ludzie wracają z kościoła. Po chwili zobaczyli Gienkę, która szła z innymi dziewczynami w tym samym stroju, w jakim wskoczyła do wody. Opowiedzieli o tym wszystkim, co widzieli, a sama Gienka roześmiała się i powiedziała, że to wszystko chyba im się śniło. Natomiast Stryjenka, kobieta bardzo religijna i ascetyczna, zgromiła h chłopców, że w niedzielę, zamiast iść do kościoła, włóczą się po wertepach i grzeszą srodze Z tego powodu pokazują im się różne straszydła. Może bym nigdy o tym nie wspomniał i może uszłoby to mojej uwadze, gdyby nie fakt, że w następnym roku po tym zdarzeniu, Gienka, przechodząc do Młyna ścieżką przy stawie, poślizgnęła się i spadła z grobli do stawu .Cienki jak szyba lód załamał się i wpadła po pachy do zimnej wody .Wygramoliła się stamtąd i całkowicie przemoczona, zziębnięta musiała w takim stanie przebyć ponad kilometr do swojego domu. Było to w marcu przy silnym wietrze i lekkim mrozie. W wyniku tego Gienka przeziębiła się, zachorowała na zapalenie płuc i mimo pomocy lekarskiej zmarła, mając około dwudziestu lat. Za obecnymi zabudowaniami rodziny Władysława Ziory , jest łąka przy Musikowej sośninie, zwanej "Koryciskiem". Zawsze w pogodną i księżycową noc, o północy wybiegają z krzaków na tę łąkę dwa małe, białe kotki. Biegają i bawią się. Gdy ktoś się do nich zbliża, zamieniają się najpierw w białe kłębki mgiełki, unoszą się w górę i znikają. Wokół zaczynają szumieć drzewa i słyszy się dolatujące z góry płaczliwe miauczenie. Jeszcze za zaboru rosyjskiego, pilnujący granicy żołnierz próbował strzelać do tych kotków, repetował karabin kilka razy i każdorazowo był niewypał. Później sprawdzano te naboje i każdorazowo wypalały. Idąc dalej superakiem, po lewej stronie jest pas wysokich sosen nazywany "Kotkową sośniną". W sośninie tej często można było spotkać wisielca zawieszonego na gałęzi lub sęku w czarnym garniturze i czarnym kapeluszu, błagającego o podanie wody. Trzeba mu było zdjąć kapelusz, pobiec do pobliskiego rowu, gdzie zwykle woda była, nabrać jej do kapelusza i napoić wisielca. Potem włożyć mu kapelusz na głowę i zdjąć z jego małego palca u lewej ręki zaplątany na łańcuszku szkaplerz i wypowiedzieć po trzykroć: „ wszelki duch Pana Boga chwali" .Wtedy na jakiś czas wisielec znikał. Był w Rudniku Małym człowiek, którego nazywali Ledwoniem. On zwykle wynajmował się do koszenia u okolicznych gospodarzy Z tego powodu dość często wracał w południe do domu przez tę sośninę. Jemu właśnie zdarzało się czasem poić wodą tego wisielca. Kiedyś przy okazji opowiadał mi o tym, a nawet pokazywał szkaplerz, który zdarzyło mu się zdjąć z jego palca. Radziłem mu aby nie przechodził tamtędy więcej. On jednak przekonywał mnie, że tą drogą ma najbliżej do swojego domu, a ponadto od czasu do czasu trzeba napoić nawet i wisielca, jeżeli dręczy go pragnienie. Przyznałem mu, że ma pod tym względem rację. W polu, na granicy, w pobliżu samotnej zagrody Harasińskiego, w narożu, gdzie kończy się pole niejakiego Nakielskiego z Górali, przed pierwszą wojną światową był gaj brzozowy. W tym gaju został zastrzelony przez niemieckiego jegra, usiłujący przejść przez granicę na rosyjską stronę mieszkaniec wsi Własna, o nazwisku Małota. Zdarzyło się to w takich okolicznościach, że niemiecki jegier, zmęczony długim chodzeniem przy patrolowaniu granicy, wszedł do brzeziny, położył się wśród krzaków i zasnął. Usiłujący przejść przez granicę Małota nie wiedział o tym. Przedzierał się przez dość gęste w tym miejscu krzaki, aby podejść do samej granicy i rozpatrzyć się, czy nie ma w pobliżu rosyjskiego strażnika, gdyż jedynie jego się obawiał. Przedzierając się wśród krzaków, przebudził śpiącego tam jegra. Niemiec nagle rozbudzony ze snu, zobaczył skradającego się człowieka, pomyślał, że chce on zabrać jego karabin, aby go rozbroić. Nie zastanawiając się, chwycił za broń i zastrzelił skTadającego się człowieka. To była wersja, którą opowiedział niemiecki jegier. Innych świadków zdarzenia nie było. Podobno, gdy niemiecki jegier dowiedział się potem, że zabity był bardzo dobrym i spokojnym człowiekiem, a jedyną jego winą było to, że chciał tylko przekroczyć granicę aby pójść do swojego domu, bardzo tego czynu żałował. Do dziś w tym miejscu dzieją się niewytłumaczalne zjawiska. Często latem w południe, przy bezwietrznej pogodzie widuje się nad tym miejscem bardzo wysoko unoszącego się jastrzębia, żałośnie kwilącego, który nagle zamiera w bezruchu, potem z dużej wysokości spada w dól i znika w tym miejscu, gdzie padł zastrzelony. Zaś z tego miejsca podnosi się wysoko w górę, jak ciemny słup wir powietrzny, zwany tutaj „Sralabartkiem" , który wkręca w swoje wnętrze wszystko, co napotka po drodze. Wir ten najpierw tańczy nad tym tragicznym miejscem, później wpada na rosnące w pobliżu osiki, szarpiąc je z przerażającym szumem. Później schodzi w łąki, obok samotnej zarody Harasińskiego, rozrzucając nawet kopy siana i kieruje się na skos przez pola w kierunku wsi Własna Zostawia za sobą smugę splątanych zbóż, jakby znaczył drogę, której nie dokończył zastrzelony Małota. W nocy zaś nad tym miejscem, wysoko w górze słychać przejmujące piski albo zawodzące głosy lelków, jakby żalących się na los, jaki spotkał nieszczęśnika. Jest powszechnie wszystkim wiadomo, że duchy pokutują na ziemi czasem bardzo długo, nawet tysiące lat. Znany jest w Rudniku Małym i okolicy jeden taki może najstarszy duch. Ma on swoją siedzibę w lasach za Grocholką. Trwa to już od zamierzchłych czasów, kiedy jeden chłop z Rudnika Małego, nie pamiętam jego nazwiska, ale mówili o nim, że nie miał głowy do gorzałki, wracał z jarmarku z Koziegłów. Jarmark ten odbywał się zawsze we czwartki. Było to zimą i był tęgi mróz, więc chłop przed powrotem wstąpił do karczmy i pokrzepił się mocno gorzałką Długa, samotna, piesza wędrówka przez Wylągi, po wertepach i bezdrożach, po głębokim śniegu wyczerpała jego siły. Osłabiony, postanowił chociaż na chwilę odpocząć na skraju lasu w pobliżu Rudnika Małego, gdzie droga krzyżuje się ze strumieniem płynącym z dworskich pól przez Hubki. Usiadł sobie w zacisznym miejscu ,na zaspie śniegu, opierając się o pień sosnowy Był to już wieczór i z tego miejsca widać było tez nikłe światełka okien wsi. Miał już do wsi niedaleko. Zmorzył go jednak głęboki sen, z którego już się nie przebudził. Na drugi dzień, około południa znalazł go, spokojnie siedzącego, przygodny furman, jadący saniami z Rudnika Małego do lasu po drzewo.Zatnymał konia i krzyknął do siedzącego: wsiadaj! Myślał, że ów specjalnie czeka na niego. Ponieważ tamten nie dawał odzewu i wyglądało, że przysnął na chwilę, furman podszedł do niego, aby go przebudzić. Chwycił go za kołnierz kożucha, szarpnął i krzyknął: wstawaj!. Siedzący, runął bezwładnie twarzą do śniegu. Okazało się, że śpiący jest już dawno zamarzniętym na kość trupem. Furman zostawił go na razie Załadował trochę drzewa na sanie, aby nie wracać po próżnicy do domu, a wracając, usadził również na saniach zamarzniętego i przywiózł go do wsi. Nikt nawet nie zauważył, że jeden z nich jest martwy. Dopiero dalej we wsi furman narobił alarmu i wszystkim ogłosił kogo ma na swoich saniach. Od tego czasu na tej drodze, która prowadzi przez las od Rudnika Małego do Huciska i Niegolewki od zmroku aż do rana, a czasem nawet w południe spotkać można wysoką postać mężczyzny, ubranego bez względu na porę roku w długi do samej ziemi, poszarpany kożuch. Postać ta jest odrażająca, bo nie ma głowy podobno dlatego, że zamarznięty nie miał głowy do gorzały. Straszydło to budzi grozę bo idzie zawsze naprzeciwko człowieka zamaszystym krokiem, podpierając się grubym, sękatym grabowym kosturem, i nigdy nie ma pewności, czy z kostura tego nie zrobi użytku. Jeśli ktoś tam przejeżdża furmanką w nocy lub nawet w południe, może spotkać idące z naprzeciwka to straszne indywiduum. Trzeba wówczas mocno trzymać konie na wodzy, bo one się panicznie boją tego straszydła Ze strachu mogą ponieść w bok, gdzie popadnie i w ten czas może dojść do nieszczęścia. Zdarzyło mi się widzieć tego okropnego stracha jeszcze przed drugą wojną światową. Wybraliśmy się pewnej niedzieli na ryby i raki do rzeczki tam płynącej pod samym lasem. Obok brodu krzyżującego się z drogą, po której zwykło to straszydło chodzić, był na rzeczce wielki dół pod olchami, w którym zawsze było dużo ryb i raków. W tej okolicy łapano ryby tak jak może nigdzie na świecie. Polegało to na odgrodzeniu dołu od reszty nurtu tamą z darni w formie półkola. To się nazywało „obstawianiem dołu". Kiedy tama była gotowa, z dołu takiego wylewało się wodę wiadrami, uważając aby nie wylać uwięzionych ryb w ogrodzeniu. W trakcie wylewania wody z dołu, ryb w nim było coraz gęściej, a wody coraz mniej. Ryby wybierało się wtedy rękami, a wodę dalej wylewało się już na trawiasty brzeg i tam ryby zbierali do wiader, koledzy Były to przede wszystkim opasłe, grube i śliskie miętusy, płocie, liny i kiełbie. Czasem zdarzył się też dorodny szczupak i okoń. Raków było tam niezliczone ilości, które w miarę ubywania wody wyłaziły spod korzeni i swoich nor. Pracę tę wykonywało kilku chłopaków i połowem dzielono się sprawiedliwie. Właśnie wtedy, w niedzielę „kiedy już wykonaliśmy najtrudniejszą robotę i zaczęły się przy wylewaniu wody pokazywać w wiadrach ryby, nad lasem powstał niesamowity zgiełk. Sfrunęły z drzew w powietrze ze strasznym wrzaskiem, z całej okolicy wszystkie wrony Zaczęły nerwowo krążyć, pikować w dół, to znów wznosić się nagle w górę, czyniąc wielkie zamieszanie w spokojnym do tej pory powietrzu. Do tego rozkrzyczały się jeszcze, znajdujące się w pobliskich zagajnikach sroki. To nagłe, wielkie zamieszanie w otaczającej nas przyrodzie wróżyło coś niedobrego Zwróciło to naszą uwagę na drogę, która więkła przez las i zagajniki w kierunku brodu, przy którym właśnie znajdowaliśmy się. Wtedy zobaczyliśmy w promieniach południowego słońca wychodzącą z lasu i zbliżającą się do nas tę właśnie straszną postać bez głowy, w owym długim do samej ziemi, poszarpanym kożuchu i z tym słynnym, sękatym kosturem. Ogarnął nas wszystkich straszny lęk. W panice uciekaliśmy by 1 e dalej od tego miejsca, porzucając cały sprzęt, a nawet części swojej garderoby. Dopiero po południu przyszliśmy tu ponownie z dorosłymi aby pozbierać porzucone przez nas w panice rzeczy. Zastawa dołu była rozwalona, a wszystkie nasze rzeczy wrzucone do wody. Na piachu zostały odbite przedziwne ślady nie ludzkich stóp, lecz jakby olbrzymich kopyt końskich, z krótkimi i grubymi paluchami. Więcej na ryby tam już nie chodziliśmy i każdy z nas ze strachem omijał zawsze to miejsce. W ogóle to las za Grocholką był powszechnie znany w całej okolicy jako siedlisko duchów, strachów i innych demonów pochodzenia pozaziemskiego. Przede wszystkim takich, które wyprowadzały ludzi na bezdroża i manowce. Las ten obfitował zawsze w jagody, grzyby, a nade wszystko w wielkie urodzaje borówki brusznicy. Obfitość urodzaju kusiła okoliczną ludność i co odważniejsi zapuszczali się w te leśne ostępy. Wchodząc jednak do tego lasu, trzeba się było liczyć z tym, że może się człowiekowi coś przytrafić. Przeważnie większość ludzi wkrótce po wejściu do tego lasu, traciła zupełnie orientację i błądziła całymi godzinami, nie wiedząc, gdzie się znajduje i co dalej z sobą począć. Spotykano tam amatorów grzybobrania całkowicie wyczerpanych wielogodzinnym chodzeniem w kółko na niewielkiej przestrzeni, wystraszonych i ogłupiałych. Opowiadał mi Leon Haczyk, który przez pewien okres był strażnikiem tych lasów, że często spotykał tam takich wystraszonych i odchodzących od zmysłów osobników, którzy na jego widok klękali przed nim, prosząc o ratunek i wyprowadzenie ich na właściwą drogę, zarzekając się przy tym, że nigdy więcej w swoim życiu nie zachce im się grzybów z tego lasu. Największy kłopot miał on z kobietami i dziewczynami z tej okolicy, bo one zupełnie traciły głowę w tym lesie. Ogarnięte paniką i strachem, biegały czasem z wielkim i żałosnym płaczem, że już nigdy nie wydostaną się z tego zaklętego lasu. Strach potęgował się jeszcze bardziej, gdy zbliżał- się wieczór i rysowała się realna perspektywa pozostania w lesie na noc i być może z owym strasznym demonem bez głowy .Na samą myśl o tym odchodziły od zmysłów. Mówił mi Leon, że w takim strasznym stanie spotykał czasem nawet bardzo poważne i rozsądne panny z okolicznych wsi, które na jego widok z radości rzucały mu się na szyję, gdyż jedynie dzięki niemu mogły być uratowane .Tracił on czasem dużo czasu na doprowadzenie ich do normalności i wyprowadzenie z lasu do wsi, której już nie miały nadziei nigdy oglądać. Później unikały nawet przypadkowego spotkania się z nim, wstydząc się swojego zachowania w lesie. Ale była też jedna taka „jucha", której zabłądzenie zdarzało się dość często, a zatem i Leonowi częste jej ratowanie z opresji. Pomyśleć mógłby ktoś niesłusznie o niej, że czyniła to umyślnie. Nie wymienię tu jej nazwiska, bowiem każdy z nas żyjących ma swoje słabości, od których nie ma obrony. Siedliskiem strachów było również znajdujące się za Rudnikiem Duże Bagno. Tam właśnie w ciche i ciepłe noce można było widzieć duchy w postaci błędnych płomyków, pełzających po bagnie. Byli tacy śmiałkowie, którzy próbowali złapać taki pełzający płomyk, ale nigdy im się to nie udało. Płomyk zawsze uciekał na głębokie trzęsawiska, jakby zapraszając śmiałka na środek bagna, skąd na pewno nie byłoby już powrotu. W dzień sprawdzano, czy płomyki te wypaliły suche badyle po swojej drodze i zawsze stwierdzano, że nie było żadnych, najmniejszych śladów palenia. Świadczyło to o tym, że był to ogień z pewnością nie z tej ziemi. Każdy, któremu zależało na życiu, bał się igrać z takim ogniem. Od Bagna tego był wykopany rów na skos przez pola w kierunku Odrzywołów dla odpływu nadmiaru wody. Rów ten krzyżował się z gruntową drogą, prowadzącą wtedy z Rudnika Małego do kościoła w Sta;czy. Na skrzyżowaniu tym, szczególnie o północy spóźnionym przechodniom ukazywały się też te same duszyczki w postaci migających płomyków, biegnące w odwiedziny do swoich bliskich znajomych, mieszkających w bagnach Odrzywołów. Z powodu tych płomieni, miejsce to nazwano „Piekiełkiem". Okoliczni mieszkańcy wiedzieli o tym i nikt nie ryzykował przejeżdżać lub przechodzić tamtędy o północy. Oprócz strachów, różnych stworów i duchów, które miały swoje stałe miejsca występowania, można było jeszcze spotkać w tych stronach straszydła wędrowne, które urządzały, swoje harce po całej okolicy. Takimi wędrownymi straszydłami były Południce. Południce były to stwory rodzaju żeńskiego i spotkać je można było jedynie w południe, zazwyczaj w porze letniej. Postacią swoją przypominały one nimfy lub boginki, z tą różnicą, że były bardzo chude; miały wydłużone wąskie twarze, podobne do pasikoników polnych z wypukłymi zielonymi oczami. Były tak lekkie, że unosiły się nawet nad polarni , dotykając zaledwie kłosów zbóż palcami swoich bosych stóp. Ubrane były zawsze w zwiewne wykonane jakby z pajęczyny, szare szaty i przenosiły się bardzo szybko, z wielką łatwością, z miejsca na miejsce. Budziły one wielki lęk wśród ludzi ponieważ pokazywały się zawsze niespodziewanie, przebiegając polnymi dróżkami lub miedzami wśród zbóż, a czasem nawet nad polarni. Były one bardzo niebezpieczne bo wykradały ludzkie niemowlęta pozostawione bez opieki, podkładając w to miejsce swoje zwane „Podrzutkami". W dawnych czasach kobiety, idąc do pracy w polu, zabierały ze sobą swoje niemowlęta. Tam na miejscu układały takie niemowlę w tak zwanych „kolebakach" i przebywało ono cały czas w pobliżu pracy matki. Trzeba było jednak pamiętać, aby z pola wrócić z niemowlęciem do domu przed południem, gdyż była obawa, że w chwili nieuwagi Południce mogą je zamienić Zamienione dziecko przeważnie było podobne do swojego i w pierwszych dniach trudno było zauważyć, że jest inne. Po kilku jednak dniach różnica była widoczna. Podrzutek był bardzo żarłoczny i domagał się swoim przeraźliwym wrzaskiem częstego karmienia. Poza tym szybko rósł, a mimo tego był lekki jak piórko. Trzeba było szukać pomocy u bab, które miały coś wspólnego z czarami i potrafiły zmusić Południce do oddania ukradzionego dziecka, a zabrania podrzutka. Na szczęście w okolicach można było zawsze znaleźć doświadczoną czarownicę, która za odpowiednim wynagrodzeniem umiała zmusić nawet najbardziej upartą Południcę do oddania porwanego dziecka. Czyniła to przy pomocy jej tylko znanych czarów i ziół, które z domieszką kolców jeża i igieł jałowca gotowała w samo południe na ognisku w tym samym miejscu, gdzie Południca zamieniła dziecko .W nieznacznej odległości od ogniska ustawione były kolebaki z podrzutkiem. Podejrzano i podsłuchano, że w czasie gotowania mikstury w czarnym bą_clowym garnku, nawiedzona po trzykroć posypywała ognisko czarcieńcem, z którego unosił się w górę ostry smrodliwy dym na przemian: w kształcie zwijającej się żmii, to znów żylastego i skręcającego się czarnego diabła z podwiniętym ogonem i końskimi kopytami. Następnie wypowiadała niezrozumiałe zaklęcia i powtarzała też po trzykroć słowa: „niech gotują się na wolnym ogniu kolce jeża i jałowca igły, niech kłują Południc plemię jak widły." Po tych słowach podrzutek wrzeszczał tak przeraźliwie nieludzkim głosem, podobnym do skrzeku żab, że słychać go było daleko w okolicy. Wówczas Południca, nie mogąc znieść kłującego bólu i tego wielkiego bolesnego krzyku swojego dziecka, zjawiała się po chwili z pianą u swego szpetnego pyska i zabierała podrzutka, zostawiając ukradzione ludzkie niemowlę. Po takim zabiegu czarownica musiała szybko zdjąć garnek z ognia i wylać jego zawartość na cztery strony świata, aby nie drażnić bez potrzeby Południcy w obawie przed jej zemstą. Lęk przed Południcami był tutaj tak wielki, że nikt nie odważyłby się w porze południowej pozostać w polu, a zwłaszcza z niemowlęciem. Podobno jeszcze do dziś latem, w południe można spotkać w tych okolicach Południcę, przebiegającą szybko nad polarni w poszukiwaniu niemowląt pozostawionych bez opieki. Zamiany niemowląt jednak zdarzają się już bardzo rzadko ponieważ matki nie zabierają ich w pole, jak to dawniej bywało. Dlatego też obecnie nie ma tam już młodych dziewcząt podobnych swoim wyglądem do Południc, co zauważyć jeszcze można dość często wśród kobiet starszego pokolenia. Źródło: ,, Rany i Blizny Małej Ojczyzny” , aut: Józef Bakota, Warszawa 2000r, str.58-73

GNIAZDO SZERSZENI. Wspomnienia.

 GNIAZDO SZERSZENI. Wspomnienia.


W połowie października 1944 roku, w miasteczku Żarki koło Częstochowy, pojawiła się nowa nieznana nam jednostka wojsk niemieckich. Byli to przeważnie starsi ludzie ubrani w brunatne mundury i charakterystyczne skośne czapy, które u nas w Polsce nazywano „hitlerówkami". W tych brunatnych mundurach i tych wysokich czapach wyglądali oni groźnie, jak bojówki Hitlera z lat trzydziestych. Zakwaterowano ich w nowej szkole, zlokalizowanej na zachodnim przedmieściu Zarek. Cały teren wokół szkoły ogrodzono gęsto zasiekami z kolczastego drutu. Widzieliśmy ich czasem jak maszerowali w zwartych kolumnach w kierunku swoich koszar. Trzeba powiedzieć, że kolumny te wzbudzały wśród nas, Polaków lęk i grozę bo nie znaliśmy przyczyny, dla której ich tutaj sprowadzono. Krążyły na ich temat różne wiadomości. Jedni mówili, że są to oddziały specjalne do zwalczania polskiej partyzantki w pobliskich lasach. Inni twierdzili, że będą oni wysiedlać polską ludność z tych terenów i wywozić do Niemiec, a jeszcze inni - że są to ochotnicy z partii hitlerowskiej i mają tutaj do spełnienia specjalne zadanie. W każdym bądź razie, wyglądali oni w tych brunatnych mundurach na najwierniejsze wojsko Hitlera, gotowe go bronić aż do samego końca. Koszary, w których kwaterowały te brunatne oddziały nazywane były przez Polaków „Gniazdem Szerszeni". Nazwa ta była w pełni uzasadniona nie tylko z powodu koloru ich mundurów podobnego do tych owadów, ale przede wszystkim z powodu tych negatywnych cech, jakie kojarzą się z tymi niebezpiecznymi i jadowitymi owadami. Bezpośredniej styczności z tymi „szerszeniami" nie mieliśmy, ale od czasu do czasu widywaliśmy ich. To właściwie wszystko, co mógłbym wówczas powiedzieć o tym wojsku, gdyby nie okoliczności, jakie zdarzyły się w czasie mojego pobytu na tej słynnej, a wyłudzonej od Niemców, trzydniowej przepustce. Otóż tam, w moim rodzinnym domu spotkałem daleką krewną, która przyjechała do moich rodziców ze Śląska, a konkretnie z Chorzowa. Była ona żoną Józefa Klyty, dalekiego kuzyna mojego ojca. Ze śląskiej rodziny Klytów wywodziła się bowiem matka mojego ojca, czyli moja babcia, Katarzyna. Mój dziadek, Franciszek Bakota, ożenił się z nią wtedy, kiedy uciekł z zaboru rosyjskiego pod zabór niemiecki, aby uniknąć dwudziestopięcioletniej służby w wojsku carskim. Przed wojną, tej dalekiej rodziny z Chorzowa zupełnie nie znaliśmy. Dopiero teraz, w czasie wojny, a właściwie okupacji niemieckiej, kiedy w miastach, w tym również na Śląsku, nie było co jeść, rodzina ta nawiązała z nami kontakt w celu uzyskania wsparcia żywnościowego ze wsi. Przyjeżdżali oni do nas dość często po żywność, a nawet na kilka dni, aby odetchnąć na wsi świeżym powietrzem. Ja również byłem u nich kilka razy w Chorzowie, mimo że Polakom w czasie okupacji niemieckiej podróżować było niebezpiecznie. Uchodziło mi to na sucho być może dlatego, że miałem wtedy czternaście, a może piętnaście lat, więc byłem jeszcze traktowany jako dziecko. Nawiązały się wówczas między nami stosunki rodzinne. My wspieraliśmy ich produktami żywnościowymi, a oni nas odzieżą, obuwiem i innymi artykułami przemysłowymi, które u nas w Polsce były nieosiągalne. Takie sprawy, że oni tam na Śląsku traktowani byli jako Niemcy, nie odgrywały między nami żadnej roli. Rozmawialiśmy między sobą po polsku i uważaliśmy ich zawsze za Polaków tym bardziej, że rozległa rodzina Klytów po pierwszej wojnie światowej brała aktywny udział we wszystkich powstaniach śląskich na rzecz przyłączenia ziem śląskich do Polski.


Przystanek graniczny przy ul. Myszkowskiej w Żarkach. Archiwum Obywatelskiego Komitetu Pamięci Narodowej.


Sam ów daleki kuzyn mojego ojca, Józef Klyta, a nazywany teraz przez nas „wujkiem Zeflikiem" był zdania, że hitlerowskie Niemcy wojnę przegrają i nie krył się z tym poglądem przed nami. Kiedy byłem u nich w Chorzowie, uczył się skrycie języka rosyjskiego przy pomocy samouczka, a był to czas, kiedy Niemcy na froncie wschodnim osiągali jeszcze sukcesy. Pokazywał mi nawet swoje zeszyty, na których uczył się pisać po rosyjsku. Wyrażał przy tym przekonanie, że przyjdzie taki czas, kiedy Rosjanie będą pędzić Niemców aż do samego Berlina. Oni przyjdą tutaj — mówił — i wtedy język rosyjski będzie potrzebny, aby się z nimi porozumieć. Wujek Zeflik żył dość długo w starokawalerstwie i ożenił się krótko przed wojną, mając powyżej czterdziestu lat z panną o imieniu Marta, też nie młodziutką, bo liczącą sobie również około czterdziestu lat. Wujek Zeflik całe życie był górnikiem, a ciotka Marta przed zamążpójściem — służącą bogatej rodziny żydowskiej Marx i Spencer na Śląsku. W drugim lub trzecim roku okupacji niemieckiej urodził im się syn, któremu dano na imię Herbert. „Bercik", był oczkiem w głowie i jedyną najważniejszą troską obojga zaawansowanych już w latach rodziców. Był dla nich jedyną nadzieją na przyszłość. Otóż ta nasza ciotka, Marta, oznajmiła mi, że jest bardzo zmartwiona ponieważ jej mąż, Zeflik, miesiąc temu został powołany do wojska niemieckiego, do tak zwanych oddziałów Volkssturmu. Obecnie odbywa szkolenie wojskowe w Polsce, w miejscowości Zarki, to jest w odległości najwyżej dwóch kilometrów od Leśniowa, aktualnej miejscowości mojej przymusowej pracy. Dodała przy tym, że jeżeli tam pracuję, to musiałem widzieć to wojsko w rzucających się w oczy brunatny, mundurach. Wiadomością tą zostałem całkowicie porażony, gdyż teraz dopiero uświadomiłem sobie, jaka przepaść dzieli nas między sobą, że niby to jesteśmy rodziną, ale oni służą Hitlerowi, a my jesteśmy przez niego mordowani. Miałem bowiem już w pamięci czterech moich kuzynów zamordowanych w Obozie Zagłady w Oświęcimiu. Uświadomiłem sobie również z jaką nienawiścią my, niewolnicy, patrzyliśmy na te rozśpiewane oddziały, wystrojone w hitlerowskie mundury, kiedy w zwartych kolumnach wracały do koszar. Teraz dowiedziałem się, że wśród nich jest mój daleki wujek, Zeflik. W dalszej rozmowie z ciotką Martą, wyraziłem swoje wielkie zdziwienie, że ludzie w tym wieku, jak wujek Zeflik, pod sam koniec wojny dobrowolnie i ochotniczo wstąpili do armii niemieckiej, aby bronić Hitlera.


Przystanek graniczny przy ul. Koziegłowskiej w Żarkach. Archiwum Obywatelskiego Komitetu Pamięci Narodowej.


Powiedziałem jej również, że tam wśród nas, Polaków, mówi się, że są to oddziały rekrutujące się z samych członków partii hitlerowskiej, o czym świadczą ich mundury koloru brunatnego, takie same, jakie nosiły bojówki hitlerowskie. Ona oburzyła się niezmiernie, a może nawet i przeraziła tym, co powiedziałem i zaraz pośpiesznie zareplikowała, że wszystko to, co powiedziałem, jest nieprawdą. Prawdą natomiast jest, że jej mąż nigdy nie był w żadnej partii hitlerowskiej i do Volksstunnu został wcielony przymusowo, chociaż jest chory na astmę i ona boi się bardzo o stan jego zdrowia. Powiedziała, że cały ten Volkssturm, to stare dziady. a czasem i kaleki, które często nie służyły w ogóle nigdy w wojsku, gdyż się do tego nie nadawały. Powiedziała, że są to ludzie, którzy całe swoje życie przepracowali w kopalniach i hutach śląskich. Tam stracili swoje zdrowie, a teraz na starość przebrano ich w te przeklęte mundury i każe im się udawać wojsko. Nie miałem powodu, aby jej nie wierzyć, więc pomyślałem sobie, że jest to na pewno celowa mistyfikacja. Zdarza się to bowiem niekiedy wśród zwierząt, że ze swojej słabości czyni się grozę, a swoimi jaskrawymi kolorami straszy się przeciwnika. Można powiedzieć, że poniekąd cel taki został osiągnięty, bo dla nas, Polaków, te brunatne mundury oznaczały zagrożenie i budziły rzeczywiście strach. W dalszym ciągu rozmowy z ciotką Martą, dowiedziałem się od niej, że była ona już dwa razy w Żarkach odwiedzić męża. Ostatnio umówiła się z nim, że przyjedzie do niego znów w przyszłą niedzielę, ale uczynić tego nie będzie mogła. W związku z tym prosiła mnie, abym po powrocie do Leśniowa, odwiedził go i przekazał mu tę wiadomość, gdyż w przeciwnym razie będzie się on niepotrzebnie denerwował, czekając na jej przyjazd. Poza tym prosiła o przekazanie mu wiadomości, że na wsi załatwiła wszystkie sprawy żywnościowe, łącznie z kartoflami na zimę. Propozycja ta zaskoczyła mnie i wyraziłem wątpliwość, czy ja jako Polak, mogę tam pójść do koszar niemieckiego wojska. Ona jednak nalegała, że jest to dla niej bardzo ważne, aby mąż jej otrzymał tę wiadomość. Mimo moich obaw i wielkiej niechęci obiecałem jej, że odwiedzę wujka Zeflika i przekażę mu tę wiadomość. Po przyjeździe z przepustki do Leśniowa, zaraz w ten sam dzień, nie bez obaw, poszedłem po południu do szkoły, gdzie kwaterowały wojska Volkssturmu. Przy bramie wejściowej, obok budki wartowniczej stał żołnierz — dziadek w podeszłym wieku, z karabinem na ramieniu, ale ubrany w mundur koloru zielonego, w hełmie na głowie na kształt nocnika i z paskiem pod brodą. Powiedziałem do niego, oczywiście po niemiecku, że przybywam w odwiedziny do mojego wujka, który jest żołnierzem Volkssturmu. Wartownik zapytał jak się nazywa mój wujek i skąd pochodzi Powiedziałem mu, że jest to „Josef Klyta aus Konigshiitte", bo tak się nazywał Chorzów w czasie okupacji. Wartownik uśmiechnął się do mnie przyjaźnie i powiedział, że ma dobrze Zefla, mojego wujka, bo sam jest również z Królewskiej Huty i pracował z nim na kopalni. Powiedział mi, że muszę jednak poczekać, bo Zefel jest na ćwiczeniach w polu i wróci z całą kompanią za pół godziny. Powiedziałem mu, że będę tu gdzieś w pobliżu i przyjdę za pół godziny. Niebawem zobaczyłem, że kompania „Szerszeni" maszeruje drogą w kierunku koszar. Za chwilę podszedłem ponownie do bramy. Wartownik zawołał na przechodzącego żołnierza i polecił mu zaprowadzić mnie do pokoju odwiedzin i przywołać do mnie mojego wujka. W niewielkim pokoju, przy wejściu do szkoły, było kilka stolików z krzesłami. Usiadłam przy jednym z nich. Za chwilę z wielkim rozmachem otwarły się drzwi i zobaczyłem w nich zaskoczonego moją tu obecnością wujka, a za nim dwóch innych żołnierzy. Przyszli oni z nim bo myśleli, że przyjechał ktoś znajomy z Chorzowa. Wujek jakoś się zmieszał, bo bał się, że zacznę mówić do niego po polsku, co w tym miejscu i czasie było nie do pomyślenia. Ja wyczułem to jednak i pośpiesznie powiedziałem do niego: „Guten Tag mein Onkel!" I zacząłem do niego mówić po niemiecku o tym, że byłem wczoraj w domu. Spotkałem tam ciotkę Martę i mam od niej dla niego wiadomości. On zrobił na mnie wielkie oczy, gdyż usłyszał po raz pierwszy moją mowę po niemiecku i mina mu zaraz pojaśniała. Odwrócił się do znajomych, którzy z nim przyszli i powiedział do nich, że ja przyjechałem ze wsi, a nie z Królewskiej Huty. Oni zaczęli żałować, że nie jestem ich wspólnym znajomym i że on to ma zawsze szczęście. Nie mogłem stać milcząco, więc powiedziałem do nich kurtuazyjnie, jak mi się zdawało, literacką niemczyzną: „Ess Tut mir seter lei dass ich bin nicht aus Konigshiitte", po czym przybysze z zawiedzionymi minami odeszli. Teraz zostaliśmy już sami w pokoju. Jeszcze dla popisu powiedziałem do niego : „Firchten Sie nicht und nehmen Sie platz bittel" Usiedliśmy przy stoliku i zaczęliśmy rozmowę przyciszonym głosem po polsku. On był bardzo zadziwiony moim tu przybyciem, a szczególnie moją mową po niemiecku i kiedy usiedliśmy przy stole powiedział: „Pieruchu, kaś ty się tak nauczył po niymiecku godać? Przeca tyś tak rozprawioł z niemi jako byś ze książki czytoł. A jo mioł stracha, że ty zaczniesz po polsku godać." Powiedziałem mu, że to rzeczywiście wyuczyłem się z ksiązki. Teraz przekazałem mu wszystkie wiadomości, jakie poleciła mi ciotka. Powiedziałem mu również, że pracuję tutaj przy okopach w Leśniowie, dwa kilometry stąd i mieszkam w klasztorze OO Paulinów. Do niego nie będę mógł więcej przyjść, bo się boję. Po tej rozmowie wujek odprowadził mnie jeszcze do bramy i tu w obecności wartownika przeszliśmy na język niemiecki. Przy bramie pożegnaliśmy się i to było nasze ostatnie spotkanie w życiu. Wkrótce wypadki potoczyły się bardzo szybko, bo zbliżał się front. Volkssturm opuścił budynek szkolny w Żarkach. Cały oddział został przeniesiony o dziesięć kilometrów dalej na wschód do okopów w rejon miejscowości Podlesice. Armia radziecka pędziła teraz Niemców bardzo szybko na zachód, zdążając uparcie w kierunku Berlina, jak to przewidział dokładnie kilka lat wcześniej mój daleki wujek ze Śląska, Zeflik Klyta, a obecny żołnierz Volkssturmu, mający jej w tym przeszkodzić. Oddziałami Volkssturmu obsadzono okopy, które wybudowano rękami polskiej ludności. Mieli oni stanowić osłonę dróg ewakuacyjnych jednostek Wermachtu w kierunku zachodnim oraz osłonę linii kolejowej Częstochowa —Katowice. Przewidzieć można było, że jednostki te były przeznaczone na całkowite wytracenie. W dniu szesnastego stycznia cała armia niemiecka ewakuowała się na zachód wszystkimi dostępnymi drogami z kierunku Szczekocin na Zawiercie i Zarki, a stąd dalej na Opole. W nocy z szesnastego na siedemnastego stycznia na linii umocnień zostały tylko jednostki Volkssturmu. Była to mroźna i bezksiężycowa noc. W okopach pełniono warty, zabezpieczając linię obrony od wschodu, a żołnierze wolni od służby wypoczywali w baraku pozostawion Po budowniczych umocnień tuż za linią obrony. Tak było w rejonie Podlesic. Wolnych od służby było pięciu żołnierzy; wśród których był również mój wujek Zeflik. Jego specjalnie zwolniono ze służby i odesłano na zaplecze ponieważ jak zwykle o tej porze nocy dostał ataku astmy i nie nadawał się do jej pełnienia. Było mroźno, więc wszyscy siedzieli lub drzemali na drewnianych ławach wokół żelaznego pieca, w którym palili znalezionym drewnem. Zbliżała się godzina czwarta nad ranem. W piecu tliły się resztki drewna. Jeden z wypoczywających żołnierzy w obawie, że w piecu wygaśnie, wyszedł na zewnątrz baraku, aby przynieść nową porcję drewna. W pobliżu baraku drewna nie było, oddalił się więc nieznacznie na zaplecze, gdyż tam widział w dzień stertę połamanych desek i innych odpadów drzewnych. Odnalazł tę stertę, przyklęknął przy niej, aby nawybierać drobniejszych kawałków drewna, nadających się do pieca. Wtedy, właśnie z tej pozycji, zauważył skradające się z pobliskich zarośli do baraku postacie rosyjskich zwiadowców. Było ich kilkunastu. Ubrani byli w maskujące białe kombinezony. Poznał ich, że są Rosjanami po czapkach uszatkach i pepeszach. Przywarł jeszcze bardziej za stertą i chociaż jeden z wywiadowców przebiegł tuż koło niego, jednak go nie zauważył. Skradali się oni od tylu do linii umocnień, a nie z przodu, jak to oczekiwali Niemcy. Po drodze mieli jednak barak. Szybkimi susami doskoczyli do niego. Kilku z nich przyczaiło się pod oknami, jeden otworzył drzwi, a pozostali wpadli do wewnątrz. Rozległy się zduszone krzyki i śmiertelne jęki. Trwało to bardzo krótko, po czym wszystko ucichło, jakby się nic nie stało i nie padł przy tym ani jeden strzał. W taki prozaiczny sposób zginął Bogu ducha winien mój daleki wujek ze Śląska, Zeflik Klyta. Całe swoje życie przepracował na dole w kopalni, a w ostatnich dniach wojny został przebrany w hitlerowski brunatny mundur, aby udawać najwierniejsze wojsko Hitlera, a ze słabości czynić grozę i strach. Dlatego zginąć musiał. Relację z tego zdarzenia owej styczniowej nocy przekazał uratowany przypadkowo ten właśnie żołnierz, który tylko na chwilę wyszedł z baraku, aby przynieść drewna na opał. Nie mógł on nic zrobić w sprawie uratowania swoich kolegów, gdyż z baraku na własne szczęście wyszedł bez broni, ale również na własne nieszczęście, bez płaszcza i czapki, w mroźną noc. Mógł tylko jedno zrobić : uciekać jak najdalej od tego nieszczęsnego miejsca w takim stanie, w jakim był, ratując swoje życie i to mu się udało. Udało mu się to między innymi również dlatego, że natychmiast zrozumiał, iż głównym jego zagrożeniem jest hitlerowski mundur, jaki nosi na sobie. W najbliższej wsi przebrał się w cywilne ubranie i od tej chwili przestał być „najwierniejszym" żołnierzem Hitlera i w takim stroju z odmrożonymi uszami wrócił pieszo do domu po kilku dniach. Ciotka Marta została sama z niespełna dwuletnim dzieckiem, bez jakiegokolwiek zabezpieczenia. Nagła śmierć męża była dla niej ogromnym i bardzo bolesnym ciosem. Była ona śmiercią zupełnie niepotrzebną i co gorsza wstyd było, a nawet obawa przyznać się do niej, bo bądź co nie bądź życie to zostało oddane w obronie Hitlera, za przyczyną którego wymordowano miliony niewinnych ludzi w Europie i na świecie. Ciotka Marta musiała sobie jakoś radzić w dalszym życiu, wiedziała bowiem, że obowiązek wychowania syna spadł teraz na nią samą. Była ona prostą kobietą, bez wykształcenia, więc podjęła pracę fizyczną w kopalni na dole, aby więcej zarobić na swoje utrzymanie i wychowanie dziecka. Na kopalni, gdzie poprzednio pracował jej mąż, przepracowała aż do emerytury. Synowi swojemu zmieniła imię z Herberta na Józefa, aby pozbyć się śladu niemieckości, a zarazem upamiętnić imię jego ojca. Syn jej wyrósł na dorodnego mężczyznę i mieszkał cały czas razem z nią w starym mieszkaniu, gdzie przyszedł na świat. (...) Źródło: ,, Rany i Blizny Małej Ojczyzny” , aut: Józef Bakota, Warszawa 2000r, str. 377-383

GÓRNICZE TRADYCJE. KOPALNIA KAMIENICA POLSKA

 „W grudniu 1901 roku rozpocząłem pracę jako sztygar w kopalni „Kamienica Polska”, która była czynna z przerwą jednoroczną do roku 1904. Ruda z tej kopalni była w połowie wywożona przez Sosnowiecką Fabrykę Rur i Żelaza na podstawie podziału przeprowadzonego na wydzierżawionych gruntach Towarzystwa B.Hantke i Fabrykę Sosnowiecką na 18 lat. Ruda szła na potrzeby na potrzeby huty „Zawiercie” i „Częstochowa”.

Kopalnia ,,Piotr" pod Jastrzębiem. Wizytacja biskupa częstochowskiego Antoniego Zimniaka. 28 maj 1939r. Foto do rozpoznania. Udostępniła p. Helena Łebek




Górnicy w kopalniach znajdujących się w gminie Kamienica Polska rekrutowali się głównie spośród okolicznych chłopów, którzy wydzierżawiali pola Towarzystwu B.Hantke w cenie od 500 do 1000 rubli za mórg. Mieszkali tutaj również potomkowie Czechów i Niemców. Ich pozycja materialna była dobra ze względu na znaczne zyski otrzymywane z wydzierżawionych pól górniczych i z zajęć związanych z wyrobami tkackimi. Niektórzy z nich eksploatowali rudę systemem odkrywkowym na głębokości dochodzącej do ca 5 m na potrzeby huty „Częstochowa”. Najwięcej górników rekrutujących się poza zagłębiem częstochowskim było w kopalniach znajdujących się w gminie Kamienica Polska. Przypominam sobie, kiedy to na początku XX wieku przybyła spora grupa górników z guberni radomskiej : Końskie, Chlewiska i Opoczno. Byli oni zredukowani przez kopalnie guberni radomskiej i znaleźli pracę w tutejszych kopalniach. Liczba ich mogła wynosić ca 30 osób.

Pracownicy kopalń rud żelaza okolic Kamienicy Polskiej. 1912r. Foto do rozpoznania. Udostępniła p. Helena Łebek.




Po zajęciu stanowiska dyrektora huty „Częstochowa” i kopalń w roku 1902 przez inżyniera . Ludwika Gużewskiego nastąpił gwałtowny spadek wydobycia rudy. Niezależnie od kryzysu w przemyśle hutniczym duży wpływ na ograniczenie do minimum produkcji górniczej miała polityka wspomnianego dyrektora Gużewskiego: dowodził, że należy sprowadzać rudę żelazną wysokoprocentową z Krzywego Rogu a kopalnie miejscowe zamknąć ze względu na ich nierentowność. W czasie kryzysu 1902-1904 liczba czynnych kopalń wahała się w granicach od dwóch do trzech. Ja sam byłem zredukowany przez dyrektora Gużewskiego i pracowałem przez dwa lata w hucie „Częstochowa” w charakterze pracownika przy ekspedycji żelaza handlowego. Dopiero w roku 1904 po usunięciu dyrektora Gużewskiego z zajmowanego stanowiska nowomianowany dyrektor techniczny Adolf Makomaski wyraził zgodę na uruchomienie kopań, kiedy okazało się, że koszty wydobycia rudy krajowej były niższe od sprowadzania rudy krzyworoskiej.


Z końcem 1904 roku wróciłem z powrotem do pracy w górnictwie żelaznym. Wtedy byłem kierownikiem nowo uruchomionych w latach 1905-1906 kopalń na terenie gminy Kamienica Polska „Dolina”, „Juliusz”, „Stanisław – Helena” i „Włodzimierz”.


Fragmenty relacji Józefa Probierza spisanej rzez Henryka Rolę w 1959 r. ( Teki Henryka Roli, zespół akt nr 1034 Archiwum Państwowego w Częstochowie, sygn.6).


Źródło: Kwartalnik „Korzenie”, nr 101 (2/2017), s, 3.

Wspomnienia. Fryzjer Kimla i inni.

 Jako młody chłopiec uczyłem się w Szkole Podstawowej im. Marii Konopnickiej w Kamienicy Polskiej. A poza tym chodziłem na naukę zawodu fryzjerskiego do pana Kimli. Zakład fryzjerski znajdował się naprzeciw plebani w Kamienicy Polskiej. Proboszczem parafii był ksiądz Stanisław Duda. Były to lata 1946-1947. Zakład fryzjerski był własnością Piotra Kimli. Ja jako adept w tym zawodzie zaczynałem od sprzątania zakładu, omiatania klientów z włosów i nauki golenia. Swoje pierwsze kroki zaczynałem ćwicząc na namydlonej butelce. Uczyłem się ruchów brzytwą, aby później samodzielnie golić klientów. W czasie mojej nauki klien-tów obsługiwał mój kolega Marian Nocoń. Był naprawdę dobrym fachowcem w tym zawodzie. Z naszych usług korzystał również ksiądz Stanisław Duda. Jego wizyty cieszyły nas, ksiądz dawał duże napiwki. Piotr Kimla uczył mnie ponadto gry na skrzypcach.


Instrument kupił mi ojciec, Józef Banasiak Wyjeżdżał na tzw. „saksy" na Śląsk i tam prowadził handel wymienny. Za żywność otrzymywał potrzebne nam rzeczy. Między innymi przywiózł mi skrzypce. Ale z nauki gry nic nie wyszło. Miałem za krótkie palce i nie mogłem nimi operować na strunach. Jedynie zostało mi coś niecoś z fryzjerstwa. Ksiądz Duda to był wspaniały człowiek. Dobry proboszcz i pracowity. Służył nie tylko przed ołtarzem, ale i pracował w polu. Rano wyjeżdżał z drabiniastą taczką i kosą w pole. Nakosił zielonki, żeby przed mszą nakarmić trzodę. W większych pracach polowych pomagali mu parafianie. Po omłotach, czy wykopkach byli suto goszczeni. W tamtych czasach ludzie byli otwarci dla siebie, wzajemnie sobie pomagali. Wojna bardzo ich zjednoczyła. Po wojnie nie byto sprzętu rolniczego, usprawniano więc sprzęt istniejący. Byłem świadkiem, jak ksiądz pożyczył od sąsiada pług do orki. Pług miał zamocowane koło, które ułatwiało koniowi pracę. To były trudne czasy. Ludzie byli zdani tylko na siebie. Ksiadz Duda poruszał się po parafii rowerem. Jeździł do Romanowa-Podlesia uczyć młodzież religii. Był organizatorem wielu kursów: szycia na maszynie, gotowania, opiekował się kółkiem teatralnym w remizie straży pożarnej. Znał każdego parafianina, każdemu doradził. Był bardzo uczciwy. W pobliżu parafii były sklepy z wy-robami mięsnymi: p. Hornika i p. Fazana. 
Po ukończeniu pracy w zakładzie fryzjerskim u Piotra Kimli kusił mnie zapach tych mięsnych wyrobów. Za drobne napiwki kupowałem sobie smaczną wędlinę. W czasach, gdy chodziłem do szkoły w Kamienicy Polskiej wszystkie uroczystości państwowe odbywały się z udziałem naszej szkoły. Ze sztandarami wyruszaliśmy do kościoła, a potem na plac straży pożarnej. Głównym prowadzącym uroczystości byt wychowawca p. Kierat. Do jego obowiązków należało ćwiczenie marszu i nauka pieśni patriotycznych. Ulubioną pieśnią była „Somosierra". Bez niej nie było żadnej nauki śpiewu ani marszu na placu szkolnym. Po wojnie dzieci były niedożywione. Posiłki dostawaliśmy w szkole. Była to porcja zupy. Na placu szkolnym ustawiona była kuchnia i kocioł ok 150 - litrówy. Gotowanie zaczynało się bardzo wcześnie, aby na dużej przerwie można było podać talerz cieplej zupy. Przed zupą podawany był tran, a do niego kawałek chleba z solą. Tran podawano wszystkim ustawionym dzieciom jedną łyżką. Nie lubilem tranu i wielkim szczęściem byk zmylenie czujności nauczyciela. Pamiętam nauczycieli uczących w tamtych czasach. To p. Kierat, p. Kieratowa, p. Warcicka. Pani Bronisława Fazan była moją wychowaczynią. Miała gospodarstwo i w czasie zajęć szkolnych wysyłała mnie i kolegów do rżnięcia sieczki. W klasie byli młodsi i starsi uczniowie.Przerabialiśmy materiał z dwóch w lat w ciągu jednego roku. Do najlepszych uczennic należała Danuta Kucia. Mieszkała w Wanatach. Nieraz spisywałem od niej zadane lekcje. W mojej klasie były m. in. Kazimiera Blachnicka, Zofia Kidawa, Anna Chłądzyńska, Lucyna Terlecka, Krystyna Nowotna, Urszula Nowotna, Wiesława Jabłońska. Z kolegów pamiętam Zenona Chłądzyńskiego, Jana Muchlę, Mariana Grzyba, Zbyszka Kardyńskiego i Zdzisława Landeckiego. W pamięci najbardziej została mi postać księdza Dudy. Został pochowany na cmentarzu w Kamienicy Polskiej. Kiedy tylko jestem na cmentarzu, staram się zatrzymać przy jego grobie. Autor: Jan Banasiak (Częstochowa)

Źródło: Kwartalnik ,, Korzenie” , nr64 , R. XVIII, 1 /2008

1965r. Kariera w rytmie passdoble.