Łączna liczba wyświetleń

wtorek, 10 maja 2022

Radości i smutki - zwyczaje rodzinne. Ślub i wesele. Część 2

 Radości i smutki - zwyczaje rodzinne. Ślub i wesele. Część 2

W progu domu rodzice witali nowożeńców chlebem i solą. Później wszyscy zgromadzeni goście wchodzili do izby, gdzie starosta przemową witał młodą parę750. Na obiad podawano kapustę z grochem, kaszę jaglaną na mleku oraz gotowane mięso751. Jednakże państwo młodzi potraw mięsnych tego dnia nie jedli, ponieważ – jak tłumaczy ten fakt Ciszewski – nie chowało by im się bydło. Na osobności spożywali natomiast potrawę składającą się z sera, tego samego, który miała panna młoda przy sobie w kościele, i słodkiego mleka752. Na zakończenie obiadu podawano kołacze i alkohol: krupnik bądź wódkę. Ponieważ, jak wspomina M. Federowski, obiad w opisywanej przez niego okolicy miał miejsce bardzo późno w nocy, po posiłku goście weselni rozchodzili się do domów.

Natomiast w okolicy Sławkowa zakończenie obiadu rozpoczynało zabawę i tańce trwające „aż do rana drugiego dnia”753 . We wtorek, drugiego dnia wesela goście ponownie schodzili się do domu weselnego, gdzie na nowo rozpoczynano tańce. Jednakże tym razem każdy z gości przynosił ze sobą jedzenie – „każdy chłop obowiązany jest postawić na zastolu kwartę gorzałki, a kobieta bochen chleba, serek lub garnuszek masła”754 . W ten sam wieczór miał również miejsce obrzęd rozplecin i ocepin755, który „odbywał się według starego, odwiecznie przyjętego w narodzie zwyczaju”756. Młoduchę prowadzono do komory, sadzano na odwróconej do góry dnem dzieży i zdejmowano z głowy ruciany wianek. Następnie każdy z krewnych rozplatał trochę warkocz, spleciony przed ślubem w „cztery, pięć lub sześć promieni”757. Po rozplecinach w komorze pozostają jedynie kobiety zamężne, które zakładały na głowę pani młodej „suto we wstążki przystrojony czepiec”758. Po założeniu czepca pan młody wchodził do komory i częstował wódką zgromadzone tam kobiety, które pijąc zdrowie młoduchy przyjmowały ją do grona kobiecego. Następnie przystępowano do ochwiarunku czyli zbierania wśród gości weselnych pieniędzy na czepiec759. Po zebraniu datków na nowo zaczynały się tańce przy muzyce, które trwały do momentu przybycia starszego drużby przebranego za Żyda (dziada)760. Ten „po kupnie” młoduchy oddawał ją panu młodemu natomiast weselnicy tańczyli tzw. przepióreczkę po czym rozchodzili się do domów761 . Niekiedy już we wtorkowy wieczór odbywały się przenosiny, tj. prze - prowadzanie pani młodej na nowe miejsce zamieszkania762. W okolicy Sławkowa, gdzie wesela często przeciągały się do tygodnia, przenosiny miały miejsce w sobotni wieczór uznawany za najszczęśliwszy dzień. Wówczas to pan młody zajeżdżał wozami po rzeczy swej żony: pościel, skrzynki i inne sprzęty, a po zapakowaniu wszystkiego, pożegnaniu się pani młodej z rodzicami, wspólnie jechali do jego domu763 . Niedziela przeznaczona była przede wszystkim na wywodziny (wywód )764. Jak podaje Federowski kobiety przed wyjściem do kościoła obcinały młodej mężatce ostatni znak panieństwa – warkocze, jeśli nie zostało to uczynione wcześniej. Po nabożeństwie nowożeńcy, ich rodzice, sąsiedzi i krewni zbierali się w karczmie, “gdzie przy pogadance, zastawiając za wspólnie złożone grosiwo miód, piwo i gorzałkę, odprawiają w taki sposób poprawiny”765 . W przeciągu wieków zmienia się obrzęd weselny na obszarze Zagłębia Dąbrowskiego. Niektóre z opisywanych w latach 80. XIX wieku zwyczaje weselne odeszły w zapomnienie, a inne zmieniły swój pierwotny charakter. Jak podkreśla G. Odoj, opisując zwyczajowość weselną Sławkowian, ślub i wesele będąc atrakcyjną formą zabawy oraz okazją do spotkań rodzinnych jest jednocześnie odbiciem „warunków życia, czynników środowiskowych, ludzkich nawyków i przekonań, jak też wpływów aktualnej mody”766 Swaty, jak wspominają Zagłębiacy, powszechne były jeszcze w pierwszych latach XX wieku, kiedy to zdarzały się przypadki, że młodzi ludzie nie mieli wpływu na wybór życiowego partnera. Czynili to za nich rodzice, a małżeństwo było swego rodzaju umową między rodzicami panny i kawalera lub wdowca. Podczas wyboru patrzono nie tylko na względy ekonomiczne, ale również na cechy charakteru, zachowanie i wyznanie partnera767 . Jeśli rodzice panny zaakceptowali kandydata do ręki córki to podczas spotkania omawiano szczegóły wesela i ustalano datę ślubu oraz „wysokość posagu w pieniądzach, gruncie i dobytku”768. Następnie szykowano poczęstunek składający się z wódki i przekąski, który świadczył o zgodzie na małżeństwo i przyjęciu oświadczyn kawalera. Pierścionek zaręczynowy chłopak wręczał dziewczynie niezwykle rzadko, „dawniej tylko bogaty kupował pierścionek pannie”769. Po ustaleniu daty ślubu i wesela młodzi wspólnie udawali się do kościoła, aby dać na zapowiedzi. Zapowiedzi wygłaszane były w kościele przez trzy niedziele z rzędu. Około dwa tygodnie przed planowaną uroczystością młoda para chodziła po domach i osobiście zapraszała rodzinę, sąsiadów i znajomych na wesele. Organizacją wesela zajmowali się rodzice, krewni i znajomi państwa młodych. Jeszcze do lat 50. XX wieku nadal powszechny był zwyczaj przynoszenia przez gości na kilka dni przed weselem sera, jajek, mąki, masła, kaszy, cukru, mleka i drobiu, z których następnie przygotowywano poczęstunek dla wszystkich weselników – żeby było „z czego piec na wesele”770. Przygotowaniem poczęstunku dla gości zajmowały się specjalnie wynajmowane i opłacane kucharki nazywane także piekarkami771 . Jak wspominają informatorzy na początku XX stulecia panna młoda do ślubu ubierała się w długą marszczoną spódnicę koloru kremowego, zielo - nego, niebieskiego lub białego oraz takiego samego koloru kaftanik, wcięty w pasie, zapinany na guziki, ze stójką i długim rękawem. Kaftanik mógł być ozdobiony gipiurą lub drobnymi marszczeniami. Do tego zakładała białe, niciane pończochy, na głowę długi welon i wianek z mirtu, a na nogi czarne buty. Około 1910 roku strój ten zastąpiono jednoczęściową, długą, białą suknią oraz obuwiem w tym samym kolorze. Nadal do sukni i welonu panny młodej przypinano małe mirtowe wianuszki, gałązki mirtu lub asparagusa. Strojem ślubnym pana młodego był czarny garnitur, kapelusz oraz takież buty, biała koszula i krawat. Ozdobą był niewielki bukiet z gałązki mirtu, ewentualnie asparagusa i białej wstążki tzw. różdżka lub wieniec. Różdżka przypinana była, według informacji mieszkańców Zagłębia Dąbrowskie - go772 – po prawej stronie. Druhny ubrane były w bluzki i spódnice w różnych kolorach, na gło - wie nosiły wianki z mirtu lub we włosy wpięte miały gałązkę tej rośliny. Drużbowie w czasie ślubu i wesela nosili takie ubranie, jak pan młody, z tą różnicą, że różdżka weselna wpięta była po przeciwnej stronie marynarki. W okresie międzywojennym obrzędy weselne na terenach wiejskich nadal najczęściej organizowano w czasie zapustów. Sama uroczystość zaślubin odbywała się w poniedziałek ewentualnie w niedzielę.


Źródło: Tropem badaczy Zagłębia Dąbrowskiego, str. 326-329. ,aut: Dobrawa Skonieczna-Gawlik, Wyd: Regionalny Instytut Kultury w Katowicach 2016

niedziela, 1 maja 2022

Radości i smutki - zwyczaje rodzinne. Ślub i wesele. Część 1

 Radości i smutki - zwyczaje rodzinne. Ślub i wesele. Część 1

U dawnych Słowian małżeństwo zawierano, jak pisze K. Kaczko, przez „porwanie, przez kupno i drogą umowy formalnej”717. Autorka tekstu o zwyczajach dorocznych i rodzinnych pozostałości dawnego zwyczaju kupna żony, dopatruje się w targach swatów oraz w zwyczaju wykupywania wianka panny młodej. Zaznaczając oczywiście, iż zwyczaj ten z biegiem czasu i zmianą stosunków społeczno-gospodarczych przekształcił się w małżeństwo zawierane drogą dobrowolnej umowy obu stron […]. Obrzędy weselne mają także na celu wyłączenie pary zawierającej związek ze społeczeństwa młodych, a włączenie ich do społeczeństwa starszych718 . W latach 80. XIX wieku kojarzenie małżeństw przebiegało stosunkowo szybko, a czas od uzgodnień rodziców do ceremonii zaślubin był dość krótki, zaledwie kilkutygodniowy. Gdy kawaler wybrał już sobie dziewczynę, a jego rodzice zgadzali się z tą decyzją, wówczas do domu panny posyłano swaka lub swachę719, życzliwą sąsiadkę, krewną lub jakąś inną osobę, która potrafiła przemawiać i wstawić się za staraniami chłopca.

Swacha udawała się do rodziców panny w niedzielę, czwartek lub w sobotę późnym wieczorem, a wchodząc do chaty pozdrawiała gospodarzy i pytała się o „jałowicę krasą”720, która się zgubiła by następnie rozwodząc się obszernie nad zaletami straconego bydlęcia i nad swojem nieszczęściem, przechodzi nieznacznie ku czemu inszemu, pyta się o córkę, o zamiary jakie względem niej mają i daje do zrozumienia, że czas by ją już i do ludzi wydać721. Gdy swacha upewniła się, że polecany przez nią kawaler został zaakceptowany przez rodziców dziewczyny, „wyjmuje spod zapaski flachę gorzałki i jeżeli przy poczęstunku nie natrafi na certacyje, to już bez ogródki wprost przystępuje do rzeczy”722. Po wstępnych rozmowach przeprowadzonych przez swachę dochodziło „do zalotów otwartych, które rozpoczynają zmó - winy ”723, mające miejsce w czwartkowy wieczór miesiąc przed ślubem. W celu poznania szansy na połączenie młodych w okolicach Żarek, Siewierza i Pilicy, do domu panny udawał się ojciec kawalera w towarzystwie swaka – żonatego, szanowanego przez społeczność gospodarza. W powiecie olkuskim do rodziców dziewczyny przychodzili swaci . Po wejściu do izby również zadawano pytanie: „Niemocie tyż tu jałóweczki na przedoż?”724. Z odpowiedzi starano się wywnioskować czy jest szansa na dalszą rozmowę o przyszłości panny. Gdy odpowiedź była twierdząca goście wyciągali wódkę prosząc dziewczynę o podanie kieliszka. Jeśli panna podała go chętnie to znaczyło, iż zaloty przez nią samą są mile widziane. Także dziewczynie podawano wódkę do wypicia. Jeśli ją przyjęła, a w zamian odesłała chłopakowi wodę, świadczyło to o jej zgodzie na małżeństwo725 . Po ustaleniu przez rodziców kwestii związanych z małżeństwem odbywały się względy. Młodzi zapraszali na nie starostów i starościny, bliskich sąsiadów i krewnych oraz druhny i drużbów. Na względach wyznaczano datę ślubu i gdy tylko została ona ustalona, chłopak „niósł na zapowiedzi”726. W olkuskim, w tej sprawie, do księdza udawali się oboje młodzi wraz z jed - nym z rodziców727 . W ostatni czwartek przed weselem dziewczyna wraz ze starszą druhną chodziła po wsi i zapraszała na zaślubiny. Od tego dnia goście znosili do domu przyszłej panny młodej dary w naturze: mąkę, kasze, cukier, sery, masło, jaja, drób i wódkę728. Wesele organizowano najczęściej w czasie zapustów – okresie, kiedy było mniejsze nasilenie prac w gospodarstwie – jesienią, po wykopaniu ziemniaków lub wiosną, zaraz po zasianiu jarzyn729. Sama uroczystość zaślubin odbywała się zazwyczaj w poniedziałek. Natomiast w wieczór poprzedzający ślub urządzano pustochę czyli dziewiczy wieczór, na który schodziły się druhny, rówieśnice i znajome panny młodej. Wiły one rózgę weselną730, a następnie przy śpiewie731 młoda przymierzała suknię ślubną. Późnym wieczorem pod dom panny przyjeżdżał starszy drużba z grajkami732 i przy muzyce dziewczęta bawiły się do późnych godzin nocnych. S. Ciszewski wspomina o urządzaniu spotkania nazywanego dobranoc – odbywającego się w poprzedzający ślub niedzielny wieczór. Dobranoc organizowana była u rodziców panny młodej i zaczynała się od przyjazdu pana młodego z muzyką. Na wieczorną zabawę przychodzili nie tylko zaproszeni goście weselni, ale też wszyscy inni, którzy mieli ochotę. Gdy muzyka przestawała grać wszyscy spożywali kolację733. Później ponownie zaczynały się tańce, które przeciągały się często do rana734 . Rano w dniu ślubu starosta z grajkiem i drużbami ponownie obchodził domy we wsi i zapraszał gości na wesele, wygłaszając żartobliwe oracje735. W latach 80. XIX wieku panna młoda do ślubu szła ubrana w białą lub kolorową suknię (tylko nie czerwoną), przewiązaną w pasie szarfą ze wstążki, włosy miała zaplecione w warkocze i ułożone w kółko. Na głowę zakładano jej wieniec z mirtu lub ruty z barwinkiem, do którego przyczepiony był długi do samej ziemi tiulowy welon736. Pan młody i drużbowie, „ponieważ zarzucono strój dawny” ubrani byli w „kurtki lub żakiety”737. Na lewym boku przypięte mieli bukiety z mirtu i białej wstążeczki. Panu młodemu bukiecik przypinała młoda pani, a drużbom – druhny738 . Druhny ubrane były, podobnie jak młoducha, w bluzki i spódnice w różnych kolorach z tą różnicą, że nie miały welonów, a we włosy najczęściej wpinały „robione kwiatki z jakiemi błyskotkami”739. Pod koniec XIX wieku w poniedziałek goście schodzili się do domu panny młodej gdzie częstowani byli kołaczem, plackami, chlebem, serem i wódką. Gdy w towarzystwie muzyki przychodził pan młody zaczynano targunek740. Panna młoda przez cały okres trwania targunku siedziała w komorze, czekając na jego zakończenie. Po wyprowadzeniu z pomieszczenia wszystkich druhen po kolei, sama wychodziła jako ostatnia. W okolicach opisywanych przez M. Federowskiego zarękowiny lub inaczej związiny miały miejsce w poniedziałek na krótko przed wyjazdem do ślubu.Jedynie w niektórych parafiach741 odbywały się w dniu zamówin. Obrzęd ten polegał na połączeniu rąk młodych, siedzących naprzeciw siebie przy stole. Starszy starosta nad chlebem i serem przewiązywał ręcznikiem dłonie narze - czonych i błogosławił im czyniąc znak krzyża. Następnie z chleba odkrawał dwie piętki, jedną mniejszą, drugą większą […] i tyleż takich samych krajanek sera, mniejsze podaje naprzód młodemu, a większe pannie młodej, mówiąc: „A tobie dziewecko więcej daje, bo ci więcej potrzeba, żebyś potem miała cem dzieci i celadź dzielić”742. Opis tego zwyczaju podaje także autor „Ludu rolniczo-górniczego…”743 . Przed wyruszeniem orszaku weselnego do kościoła starosta wygłaszał mowę skierowaną do przyszłych małżonków i wszystkich zgromadzonych gości744. Po zakończonej przemowie młodzi otrzymywali błogosławieństwo od rodziców. Zgodnie ze zwyczajem do kościoła jechali bądź szli osobno. Panna prowadzona była przez drużbów, natomiast kawaler przez druhny745, lub też dziewczyna jechała w towarzystwie starościny i starszej druhny, a mężczyzna w asyście starosty i starszego drużby746 . Samego obrządku ślubu kościelnego na terenie pogranicza małopolskośląskiego nie opisuje żadna z publikacji wydanych w 2. poł XIX wieku. M. Federowski wspomina jedynie, iż „do ołtarza prowadzą pannę młodą drużbowie, pana młodego druhny, od ołtarza młodego starościny, a młoduchę starostowie”747. Podczas ślubu czyniono zabiegi mające zapewnić trwałość związku, dlatego też panna młoda miała przy sobie kawałek kołacza, chleba i sera z zarękowin. Przed pójściem na ofiarę za ołtarz, młody wkładał do trzewika młodej „dziesiątkę” (10 groszy), żeby trzymały się ich pieniądze. Pani młoda natomiast starała się panu młodemu przyklęknąć ubranie, żeby zawsze mieć nad nim przewagę748 . Z kościoła młode małżeństwo wracało razem zazwyczaj jako pierwsi w orszaku weselnym. W okolicach Żarek, Siewierza i Pilicy goście weselni po wyjściu z kościoła, a przed powrotem na obiad do domu, który podawany był późnym wieczorem, wchodzili do gospody gdzie urządzali tańce. W dawnym zwyczaju było również wstąpienie orszaku weselnego do dworu, gdzie weselnicy otrzymywali poczęstunek i bawili się przy muzyce wspólnie z gospodarzami749.


Źródło: Tropem badaczy Zagłębia Dąbrowskiego, str. 322-326. ,aut: Dobrawa Skonieczna-Gawlik, Wyd: Regionalny Instytut Kultury w Katowicach 2016r

czwartek, 28 kwietnia 2022

Radości i smutki - zwyczaje rodzinne. Narodziny dziecka. Chrzest Część1.

 Radości i smutki - zwyczaje rodzinne. Narodziny dziecka. Chrzest Część1.

Zagadnienie związane z narodzinami i chrztem dziecka w opracowaniach z XIX wieku dotyczących Zagłębia Dąbrowskiego traktowane jest marginalnie. M. Federowski pisząc o chrzcinach twierdzi, iż „najmniej obfitują w takie szczegóły, które by zdolne były zająć uwagę badacza zwyczajów ludu naszego”662, a także M. Kantor-Mirski wspomina w swojej pracy pt. „Lud Zagłębia Dąbrowskiego…”: „Spośród obrzędów jedynie chrzciny nie posiadają żadnych charakterystycznych cech zwyczajowych”663. Jednakże, jak wynika z badań etnograficznych prowadzonych w 2. poł. XX wieku oraz współcześnie664, narodziny dziecka zawsze powiązane były z szeregiem wróżb, obrzędów i czynności magicznych, mających chronić matkę i jej nowo narodzone dziecko od tzw. złych mocy, na które w okresie połogu oboje byli wyjątkowo podatni. Kobietę ciężarną obowiązywały pewne zakazy, nakazy i wzorce zachowania. Pomimo, iż kobieta spodziewająca się dziecka wykonywała zazwyczaj te same prace w gospodarstwie co przed ciążą, to jednak musiała w pewnych momentach zachowywać szczególną ostrożność. Np. nie powinna przechodzić pod sznurami do suszenia bielizny, nosić na szyi korali czy łańcuszka, bo powodowało to problemy podczas porodu – dziecko mogło się urodzić owinięte pępowiną. Jedna z mieszkanek Koziegłów relacjonuje rozwiązanie swojej sąsiadki: „Powiedziałam jej, mało co, a Piotrusia by nie było, a matka ci mówiła, żeby nie chodzić pod sznurami, a ty nie słuchałaś”665.

Kobieta ciężarna nie mogła także spoglądać przez dziurkę od klucza lub zaglądać do pustej butelki, by dziecko nie miało zeza; nie powinna również patrzeć na ogień bądź pożar, ponieważ niemowlę mogłoby mieć czerwoną plamę na buzi. Powszechnie wierzono, że gdy przyszła mama przestraszy się myszy lub czegokolwiek innego i dotknie swojego ciała, to dziecko w tym miejscu na skórze będzie miało znamię popularnie nazywane myszką lub ogniem. Informatorka dodaje: Były takie proste zwyczaje, aby kobieta, która jest w ciąży nie zaglądała przez dziurkę od klucza, bo dziecko będzie świdro - wate, będzie miało zeza; żeby nie zapatrzyła się na coś takiego niedobrego, żeby czegoś nagłego nie zrobiła i żeby zawsze pamiętała, że jest w ciąży666 . Na zlęknięcie przyszłej matki pomóc miało włożenie środkowego palca dłoni za pasek spódnicy, co miało ratować jeszcze nienarodzone dziecko przed kalectwem i wspomnianą myszką . Wierzono w tzw. magię podobieństw667 twierdząc, że dziecko urodzi się ładne i zdrowe, jeśli kobieta ciężarna będzie przyglądać się estetycznym i pięknym przedmiotom, podziwiać przyrodę i absolutnie zakazywano jej patrzenia na ludzi brzydkich, chorych, kalekich, a także na zwierzęta – gdyż wówczas dziecko mogło posiąść jakąś ich cechę. Ciężarna będąca w ciąży nie powinna brać do fartucha zająca, „bo dziecko będzie miało zajęczą wargę”668. Ponadto przyszłej mamie zabraniano chodzić na pogrzeby i przyglądać się zmarłemu, bowiem groziło to urodzeniem bladego jak nieboszczyk, chorego, a nawet martwego dziecka669. Kobieta w ciąży nie powinna również trzymać innego dziecka do chrztu, bo mogło to być przyczyną, powicia kalekiej lub chorej pociechy. Wśród mieszkańców Zagłębia Dąbrowskiego do chwili obecnej istnieje przekonanie, że ciężarnej nie powinno się niczego odmawiać, należało spełniać każdą jej prośbę, a nawet zachcianki. W przeciwnym razie, jak twierdzono, mole bądź myszy zjedzą rzecz, którą chciała kobieta i której jej odmówiono. Informator podaje, że kobiecie ciężarnej „o co poprosi to trzeba dać, bo inaczej choroba albo nieszczęście”670, zaś mieszkanka Niegowonic wspomina, że jej ojciec odmówił kiedyś pomocy ciężarnej nie wiedząc, że kobieta spodziewa się dziecka i „myszy pogryzły mu kożuch”671. Z zachowania i wyglądu kobiety będącej w ciąży starano się wywnioskować czy urodzi się chłopiec, czy dziewczynka. Jeśli miała apetyt na kwaśne jedzenie np. ogórki kiszone, śledzie – to wróżono urodzenie się chłopca, jeśli zaś na słodkie to na świat miała przyjść dziewczynka. Gdy kobieta „ładnie wyglądała, promieniała, to miał być chłopak. Jak urody jej ubywało, to dziew - czynka”672. Wierzono bowiem, iż córka odbiera matce urodę. Płeć dziecka starano się wywróżyć z pierwszego gościa, który przyszedł w wigilijny po - ranek do domu zamieszkałego przez brzemienną. Jeśli był to mężczyzna to ciężarna urodzi chłopca, jeśli kobieta – powije dziewczynkę. Gdy w czasie ciąży kobiecie dokuczała zgaga oznaczało, że dziecku rosną włosy. W dwudziestoleciu międzywojennym, a nawet w pierwszych latach po drugiej wojnie światowej, poród odbywał się w domu, a dziecko przyjmowała babka, nazywana również wróżką673 lub akuszerką674. Akuszerki odbierały porody do lat 60. XX wieku, do momentu kiedy kobiety nie zaczęły rodzić na izbach porodowych lub w szpitalach. Babka była najczęściej starszą, doświadczoną kobietą, zajmującą się odbieraniem porodów, opieką nad noworodkiem i jego matką, z reguły przez około trzy dni po porodzie. Kobieta odbierająca poród była też zobowiązana, w razie konieczności, gdy dziecko było słabe, ochrzcić je. Mieszkańcy Zagłębia Dąbrowskiego wspominają: „Ona to nowo narodzone dziecko kropiła święconą wodą i żegnała”675 . Jeszcze w latach 40. XX stulecia po narodzinach babka kąpała dziecko w drewnianej niecce, a wodę z pierwszej kąpieli „wylewała w takie miej - sce, gdzie kury nie chodziły – żeby dziecko nie płakało”676 i „nie dostało wyrzutów”677. Czasem do wody, w której kąpano dziecko wrzucano mo - nety wcześniej przyniesione przez gości odwiedzających noworodka678. Natomiast mieszkańcy Niegowej wspominają, że do kąpieli dziewczynki wkładano kłosy ze strzechy „żeby miała ładne włosy”679. Po kąpieli na główkę dziecka ubierano białą trójkątną chusteczkę nazywaną rogóweczką, a całe ciało niemowlęcia krępowano płóciennymi powijakami. W powija - kach dziecko noszono przez ok. 4–6 tygodni, po to, „żeby się nie złamało i było proste”680 . Pod koniec XIX wieku bardzo ważne było, by po porodzie dziecko podać ojcu, który biorąc je na ręce – uznawał za swoje. Ponadto jak wspomina etnograf S. Ciszewski:Zaraz po urodzeniu się dziecka, ojciec częstuje wszystkich obecnych wódką. Kumoski zaś i znajome baby przychodzą winszować matce i przynoszą jej wódki przyprawionej z gwoździkami, cynamonem, gałganem i zafarbowanej karmelem z palonego cukru681. Na wsi, do domu nowo narodzonego dziecka schodziły się wszystkie gospodynie, przynosząc zboże, mąkę, chleb, ser, jajka, masło i inne produkty, często w dużych ilościach, aby starczyły gospodarzowi na czas połogu żony682. Również babka zostawała lub przychodziła przez trzy-cztery dni, aby opiekować się dzieckiem i położnicą.


Źródło: Tropem badaczy Zagłębia Dąbrowskiego, str 299-302. ,aut: Dobrawa Skonieczna-Gawlik, Wyd: Regionalny Instytut Kultury w Katowicach 2016r

Radości i smutki - zwyczaje rodzinne. Narodziny dziecka. Chrzest Część2.

  Radości i smutki - zwyczaje rodzinne. Narodziny dziecka. Chrzest Część2.                                    Nowo narodzone dziecko, przed chrztem było wyjątkowo narażone na wszelkie zło. „Uważano, że w tym czasie nie jest ono chronione przez Boga”683, tak więc wszelkimi sposobami starano się je ustrzec przed urokami i złymi mocami. Istniało wiele zachowań mających pomóc lub przynajmniej nie szkodzić niemowlęciu. Wierzono, że nie należy wywieszać pieluch po zachodzie słońca, bo dziecko mogło być niespokojne. Nie wolno było także patrzeć na nie bezpośrednio, gdyż samo takie spojrzenie mogło mu zaszkodzić. Wchodząc do izby, w której znajdowało się niemowlę, spoglądano najpierw na paznokcie, potem do góry, a dopiero później w kierunku dziecka często przez rozchylone palce dłoni. Ponadto młoda matka nie mogła wychodzić z domu w południe oraz po zmierzchu, a często nawet w ogóle do wywodu684 nie opuszczała domu, bo to mogłoby sprowadzić na nią i nowo narodzone dziecko nieszczęście. Do momentu wywodu kobiecie, jako nieczystej, zakazywano również noszenia wody, „bo by się robaki zaległy”685, „bo się woda mieni i nie ma tego smaku”686 .


Zdaniem mieszkańców pogranicza małopolsko-śląskiego urok na maleństwo mogły rzucić osoby, które „niedobrze patrzą”687, „mają coś w oczach”688. Często podejrzewano o uroki kobiety niezamężne, stare, kalekie. Jeśli już ktoś spojrzał w podejrzany sposób na dziecko to, aby uniemożliwić działanie uroku należało trzy razy splunąć za siebie. Czasami rodzicom wydawało się, że niemowlę już jest urzeczone, co objawiało się ciągłym płaczem, niespokojnym zachowaniem czy jego chorobą. Aby odczynić urok matka pluła trzy razy na swoją koszulę i albo przecierała czoło niemowlaka, albo czyniła na czole znak krzyża. Innym sposobem sprawdzania i odczyniania uroków było wrzucenie do szklanki z wodą trzech kawałków węgla drzewnego „ze spalonej drzazgi”689 i tyluż okruszyn chleba. Jeżeli na dno opadł węgiel, to znaczyło, że urok rzucił mężczyzna, a jeśli chleb – urok jest dziełem kobiety. Wodą z tej szklanki obmywano buzię dziecku, a pozostałą jej część wylewano w kąt izby690 lub też na zawiasy drzwi, żeby w ten sposób „to złe zamknąć”691. Środkiem zapobiegawczym przed tzw. złymi spojrzeniami był kolor czerwony. W związku z tym dziecku często zawiązywano na rączce wstążeczkę tego koloru, bądź „do wózka albo kołyski przyczepiano czerwoną kokardkę”692. Także srebrny przedmiot lub obrazek święty włożony pod poduszkę w kołysce miał uchronić noworodka przed urokami, złymi spojrzeniami i nieczystymi mocami. Według mieszkańców Zagłębia Dąbrowskiego jeszcze w latach 60. XX wieku można było spotkać się ze stosowaniem tego typu zabiegów magicznych. Do czasów współczesnych przetrwała wiara w niezwykłą, ochronną moc czerwonego koloru, który w postaci kokardki, dodatkowo często z elementem religijnym - medalikiem, przyczepiany jest do dziecięcego wózka i łóżeczka. Wiele osób nadal przywiązuje wagę do przestrzegania pewnych zakazów wspomnianych wyżej, choć nie mówią o tym otwarcie. Niektóre kobiety w ciąży pewnych rzeczy nie robią i przestrzegają starych zaleceń, jak choćby nie noszenia korali czy czasu przygotowania wyprawki dla dziecka. Wspominają jednak o tym niechętnie, aby – jak twierdzą – nie zostać posądzonym o zacofanie i wiarę w zabobony693 . Bardzo ważnym momentem w rodzinie był chrzest nowo narodzonego dziecka. Z uwagi na dużą śmiertelność noworodków, jeszcze w latach powojennych miał on miejsce trzy lub cztery dni po porodzie. Jeśli dziecko było silne i zdrowe chrzczono je do sześciu tygodni od narodzin. Dziś uważa się, że dziecko powinno być ochrzczone w pierwszym roku życia. Decyzję o terminie sakramentu podejmują rodzice i ustalają w kościele z księdzem dokładną datę uroczystości. Pod koniec XIX wieku na rodziców chrzestnych, zwanych kumosiami bądź kumotrami694, wybierano ludzi uczciwych, dobrych, mądrych i praktykujących, takich, którzy w wypadku braku rodziców byliby w stanie wychować dziecko. Twierdzono, iż dziecko przejmuje pewne cechy charakteru po rodzicach chrzestnych, tak więc starano się, aby kumotrowie byli pobożni, zaradni i gospodarni. Dawniej, wybierając ich, nie przywiązywano wagi do pokrewieństwa. Ponieważ nie wypadało odrzucić propozycji zostania chrzestnym, a odmowę uważano za grzech695, na rodziców chrzestnych proszono często tych, z którymi kłócono się o grunt, miedzę itp. Skumowanie godziło powaśnionych, zapominano wówczas o urazach, krzywdzie lub nieprzyjaźni. Od momentu chrztu żyli w zgodzie i uważali się za spokrewnionych696. Dzisiaj na chrzestnych rodzice dziecka najczęściej wybierają kogoś z najbliższej rodziny obojga np. siostry, braci, najbliższe kuzynostwo. Mogą nimi zostać również dobrzy znajomi rodziców dziecka. Niekiedy podczas wyboru ojciec i matka niemowlęcia kierują się zamożnością przyszłych chrzestnych, do cech charakteru nie przywiązując już takiej wagi jak dawniej. Za czasów M. Federowskiego kuma zobowiązana była uszyć chrześniakowi bądź chrześniaczce czepeczek i koszulkę z płótna lnianego zawiązywaną pod szyją na czerwony fontazik697. W XX stuleciu dziecko do chrztu ubierano w różowe szatki jeśli była to dziewczynka, w niebieskie w przypadku chłopca lub po prostu w ubranko koloru białego. Bardzo często dziecko, szczególnie jeśli było małe, niesiono do kościoła w poduszce przykrytej kapką i ozdobioną mirtowym wianuszkiem lub gałązkami tejże rośliny. W czasie uroczystości kościelnej niemowlę trzymała matka albo matka chrzestna. Jeszcze w latach powojennych chrzest dziecka w kościele miał miejsce w zwykły dzień tygodnia. Często, jeśli dziecko urodziło się przed świętami, czekano z chrztem do świąt. Natomiast starano się nie chrzcić dzieci w trakcie postu lub adwentu. „Żeby córka zmieściła się w poduszkę, chrzest trzeba było zrobić w poście […]. Babcia była oburzona, że chrzest odbywa się trakcie Wielkiego Postu”698 – wspomina jedna z informatorek. Dziś chrzest ma miejsce w trakcie jednego z niedzielnych nabożeństw699, podczas którego ksiądz polewa główkę dziecka wodą święconą, czyni znak krzyża i nadaje dziecku wcześniej wybrane jedno lub dwa imiona. Niegdyś wpływ na imię mieli nie tylko rodzice, ale również dziadkowie dziecka. Sugerowano się także patronem dnia, w którym dziecko się urodziło oraz imionami już obecnymi w rodzinie700 . Po chrzcie matka dziecka szła na wywód701 – dopiero po nim ponownie mogła brać udział we wszystkich pracach domowych i być pełnoprawnym członkiem społeczności, również religijnej. Zwyczaj ten praktykowany był przez mieszkanki Zagłębia Dąbrowskiego jeszcze w latach 60. XX wieku. Pod koniec XIX wieku goście po obrządku religijnym, śpiewając przez całą drogę, powracali do chaty gdzie wspólnie zasiadali do chrześnego obiadu, w którego skład wchodzi kapusta z grochem, mięso gotowane, dziewięć bułek rzannego (żytniego) chleba i nieodstępna wódka, którą na misce podając, mieszają z miodem702. M. Federowski odnotował, że po obiedzie kumoszki przystępowały do śpiewania dniówek oraz innych pieśni703. Jak piszą obaj XIX-wieczni etnografowie, „hulanka chrzestna” kończyła się zazwyczaj rano i nieraz była kontynuowana w poniedziałkowy wieczór bądź w „oktawę dnia chrzestnego”704. W okolicach Sławkowa na obiad z okazji chrzcin podawano, oprócz kapusty z grochem i gotowanego mięsa, rosół z ziemniakami oraz kaszę jęczmienną ze słodkim mlekiem705. Jeśli rodzina nie należała do najzamożniejszych, najbliższych częstowano kawą, plackiem drożdżowym z serem lub posypką, kiełbasą i wódką. W 2. poł. XX wieku, po chrzcie, gości również zapraszano do domu, gdzie podawano obiad składający się z rosołu z makaronem, ziemniaków lub klusek, pieczonego mięsa oraz surówki. Następnie podawano ciasto (tort), kawę i herbatę oraz niekiedy alkohol. W obecnych czasach w Zagłębiu Dąbrowskim po mszy chrzcielnej urządza się w domu bądź w restauracji przyjęcie. Zarówno dawniej, jak i dziś, przyjęcie z okazji chrztu uzależnione jest od możliwości i zamożności rodziców dziecka, gdyż właśnie oni najczęściej je organizują. Zazwyczaj gościom podaje się dwudaniowy obiad, ciasto, kawę oraz owoce. W wielu rodzinach, zbieżnie z zaleceniami Kościoła, tego dnia unika się spożywania alkoholu. Zgodnie z tradycją rodzice chrzestni obdarowywali chrześniaka podarkami. Dawniej najczęściej było to tzw. wiązanie – czyli pudełko, do którego wkładano obrazek o treści religijnej podpisany przez chrzestnych oraz pieniądze. Pakunek ten umieszczano pod poduszką, aby dziecko było bogate. Dziś wszyscy goście dają maleństwu pamiątkowe karty z życzeniami, kwiaty, pieniądze lub prezenty w postaci zabawek, ubranek, biżuterii oraz medalików z wizerunkami świętych. W latach powojennych do tradycji należała wspólna fotografia rodziców z dzieckiem i rodzicami chrzestnymi, wykonana w studio fotograficznym i będąca najczęściej jedyną fotografią z chrztu. Dziś fotografuje się zarówno ceremonię kościelną, jak i przyjęcie, a także rodziców oraz gości z nowo ochrzczonym dzieckiem Warto wspomnieć, iż w czasach PRL-u wprowadzono świecki obrzęd nadania imienia dziecku, który miał miejsce w Urzędzie Stanu Cywilnego. Jedna z mieszkanek Sosnowca wspomina: „Najstarszy z synów miał w Pałacu Ślubów ceremonię nadania imienia. Chcieliśmy, aby na chrzest przyjechał mój brat, który wówczas był w wojsku, a ponieważ na uroczystości kościelne nie można było otrzymać przepustki, musieliśmy zrobić ceremonię w urzędzie”706. Uroczystość ta w przeciwieństwie do ślubu cywilnego nie była wymagana prawem i tylko w wyjątkowych sytuacjach korzystano z tej formy. 

                                                         Źródło: Tropem badaczy Zagłębia Dąbrowskiego, str. 302-310. ,aut: Dobrawa Skonieczna-Gawlik, Wyd: Regionalny Instytut Kultury w Katowicach 2016r

poniedziałek, 25 kwietnia 2022

KONOPISKA i JA. WSPOMNIENIA.

 KONOPISKA i JA. WSPOMNIENIA.

Leży przede mną książka p. Barbary Herby „Dzieje Konopisk i okolic" wydana kilka lat temu. Na mapie znajdującej się na okładce szukam legendarnego dla mnie Pałysza i Dżbowa, a na drugiej (wewnątrz książki) kopalni „Maria" w Łaźcu, pleców prażalniczych w Sabinowie i Dźbowie, trasy kolejki wąskotorowej prowadzacej z tamtych terenów do Borku. Cóż te wszystkie miejscowości mają ze mną wspólnego? Przede wszystkim tam pracował mój tato, Stanislaw Kuśnierczyk. Kamienicę i Konopiska łączył ten sam teren rudonośny zarządzany przed wojną przez tego samego właściciela firmy „ Modrzejów- Hantke". Praca taty potwierdzona jest wpisami w książeczce ubezpieczeniowej z 1935 roku.


Wielokrotnie wbite są tam pieczątki: „Piece prażalne kopalń w Dżbowie"„,Kopalnia Rudy Żelaza „Maria" w Lażcu", „Warsztaty mechaniczne przy Kopalniach Rudy żelaza w Dżbowie". Pracowal tam przed wojną i czasie wojny, z przerwami na udział w wojnie obronnej we wrześniu 1939 roku (pułk artylerii ciężkiej w Armii „Lódź") i dłuższy urlop w 1941. Na zaświadczenie o tym urlopie patrzę zawsze z dużym wzruszeniem, bo wziął go tato w związku z moim urodzeniem. Jeszcze długo po wojnie jeździł do Sabinowa i Dźbowa, zwłaszcza do koniecznych remontów małych, urokliwych lokomotywek kolejki wąskotorowej, bo z zawodu był ślusarzem-mechanikiem parowozów takiej trakcji. Głowy za to nie dam, ale wydaje mi się, że na zdjęciu w książce p. Herby „Pracownicy kopalni Konopiska (r. 1944) na tle rampy kopalnianej" w drzwiach lokomotywki stoi mój tato. Do dziś pamiętam dwie niezwykłe dla mnie wyprawy, na które zabrał mnie tato - raz drezyną, za drugim razem - małym parowozikiem. Jechaliśmy z Borku przez pola w kierunku Konopisk We wspomnianej już legitymacji znalazłam także dwa podpisy dr. Kazimierza Giedryka, który był zatrudniony w Konopiskach jako lekarz kopalniany, a dojeżdżał tam z Kamienicy bryczką. Gdy pod koniec 1941 roku Niemcy zajęli nasz dom (byłam wtedy niemowlakiem) znaleźliśmy schronienie i serdeczne wsparcie w domu pp. Nalewajków na Pałyszu. Babcia Bronisława z Tomalów Kuśnierczykowa i dwaj młodsi bracia taty, Leon i Kazik, zamieszkali w istniejącym dotychczas drewnianym budynku p. Stanisława Błaszczyka, a potem w domu Hermana.


Mama często chodziła pieszo - wioząc mnie w wózku - z Pałysza do Kamienicy i z powrotem, aby chłopcom zrobić pranie i coś tam ugotować po śmierci babci w 1942 roku. Jak się jej te wyprawy udawały? Na Pałyszu bywali także Leon z Kazikiem. Z pp. Nalewajkami rodzice utrzymywali kontakt jeszcze długo po wojnie, a w Kamienicy odwiedzała nas Ziutka Nalewajka. Z pobytu na Pałyszu prawie nic nie pamiętam poza jakimiś wybuchami, łunami pożarów i ...psem Łapą. Do Kamienicy wróciliśmy stamtąd na początku 1945 roku. 6 marca tego roku tato ma już w książeczce wpis: „Zjednoczenie Kopalń Rudy żelaza, podrejon Borek", a potem już „rejon Borek". W Konopiskach mieszkała także z mężem Henrykiem moja ciocia Halina Glińska z domu Szejn. Pamiętam, że gdy przyjeżdżali do rodziny w Kamienicy, często wspominali swoją działalność konspiracyjną w czasie wojny w Konopiskach, w AK. Byłam zafascynowana ich pseudonimami: „Dym" i „Jaśmin" i konspiracją. A potem na wiele lat Konopiska zniknęły z mojego horyzontu i niespodziewanie pojawiły się w Warszawie w 1968 roku, gdy poznałam tam Hankę, córkę pp. Przybylików, a potem jej siostrę Bożenę i brata Marka. Znajomość wtedy zawarta pogłębiona przez wspólne wyprawy kajakowe, górskie, krajoznawcze i spotkania prywatne w Warszawie i Zakopanem przerodziła się w serdeczną przyjaźń trwającą do dziś. Po pewnym czasie, w trakcie „długich rodaków rozmów", okazało się, że łączą nas także Konopiska, bo ich tato Jan i mama Władysława tam uczyli, a tato był kierownikiem szkoły od 1938 roku, po odejściu z powodów zdrowotnych Gustawa Kolmana. Rodzice Hanki mieszkali w budynku starej szkoły w Kopalni, gdzie Hanka przyszła na świat, potem w szkole w Konopiskach. W 1940 roku p. Jan został aresztowany i osadzono go w obozie w Dachau, potem w Mauthausen-Gusen. Uwolniony po prawie pól roku wrócił do Konopisk. Uniknął powtórnego aresztowania, gdyż nie pojechał z innymi nauczycielami na zorganizowaną specjalnie przez Niemców konferencję w Kłobucku.


Został ostrzeżony przez wójta. Państwo Przybylikowie i inni nauczyciele otrzymali dokumenty zatrudnienia w kopalniach prowadząc równocześnie tajne nauczanie. Pod koniec stycznia 1945 roku p. Przybylik rozpoczął starania o reaktywowanie szkoły. Pracował w niej wraz z żoną do roku 1968, do chwili przejścia obydwojga na emeryturę i wyjazdu do Warszawy. Hanka po ukończeniu Liceum im. J. Słowackiego w Częstochowie udała się na studia do Warszawy, Bożena pracowała do emerytury jako nauczycielka w szkole w Dżbowie, Marek urodzony w Konopiskach został dziennikarzem, czasami występuje w telewizyjnym programie „Szkło kontaktowe". Na moje pytanie, jak wspomina Konopiska Hanka odpowiedziała: „ [.. jako krainę szczęśliwego dzieciństwa. Konopiska były śliczną wsią pełną zieleni, zamieszkałą przez wspaniałych, miłych ludzi, stąd nasze najstarsze przyjaźnie. Marek czasem wspomina Klub Sportowy„ Lot" Konopiska czy orkiestrę szkolną znaną w całym województwie i in. sprawy, ale jest to temat na długie opowiadanie. Konopiska to ważny rozdział naszego życia". W rozmowie padały nazwiska Frydrychów, Sączków, Kieratów, Glińskich. I jeszcze jedno. Gdy wracałam któregoś razu z Warszawy, zostałam poproszona przez pp. Przybylików o przekazanie pozdrowień dla p. Waci Kieratowej. W czasie spotkania rozmawiałyśmy o ich zażyłej przyjaźni, ale i o moich szkolnych latach, gdy p. Wacia uczyła mnie geografii. Ale to już inna bajka. Aut: Barbara Kaczkowska (Kraków) Źródło: Kwartalnik ,,Korzenie” nr74, R XX ,3/2010r

niedziela, 24 kwietnia 2022

HAŁDY I CEGIELNIE

 HAŁDY I CEGIELNIE

W latach pięćdziesiątych ubiegłego stulecia Kamienica Polska była jedną z nielicznych miejscowości powiatu częstochowskiego, która miała utwardzone drogi i niewiele domów krytych słomą. W okolicznych wioskach drogi wyglądały jak piaszczyste trakty leśne a domy miały słomiane strzechy. Z tego powodu wybuchały często pożary, które niszczyły cały dobytek. Drewno było wówczas dosyć tanim budulcem, dlatego rzadko budowano domy z cegły czy kamienia wapiennego. Po wojnie jak grzyby po deszczu pojawiały się prywatne firmy, które miały odpowiednie maszyny do wyrobu cegły. Napędzano je silnikami dieslowskimi. Jako materiał do wyrobu cegły wykorzystywano stare pokopalniane hałdy, na których zalegały grube warstwy iłowców.

Po usunięciu kamieni iły zmieszane z piaskiem i polewane wodą stanowiły doskonały materiał do produkcji ceramicznych materiałów budowlanych. Uformowana cegła musiała wyschnąć, aby potem wypalano ją w specjalnie wykonanym do tego celu piecu. Na polach Jastrzębia, Kamienicy Polskiej i Osin budowano specjalne szopy, w których suszono cegłę. Układano ją w określony sposób, przesypywano miałem węglowym tak, aby był ciąg powietrza poprzez kanały wentylacyjne, doszczelniano boki i podpalano od dołu. Proces wypalania trwał około miesiąca.
Gdy węgiel się spalił, rozbierano piec wyjmując dobrze wypaloną cegłę. Jednorazowo można było wypalić kilkanaście tysięcy cegieł. Produkcja taka była tańsza niż zakup gotowego produktu. Dostęp do materiałów budowlanych był w tamtych czasach utrudniony, więc ludzie musieli radzić sobie sami. Kto dysponował na swoim polu materiałem do produkcji cegły, zamawiał firmę. Młodzi, kilkunastoletni chłopcy znajdowali przy produkcji cegieł zatrudnienie. W ten sposób pomagali rodzicom w utrzymaniu domu. Nikt wówczas nie pytał, czy młodzież może wykonywać tak uciążliwe prace. Zatrudniano się głównie w czasie wakacji. Uważam, że była to dobra metoda, która uczyła poszanowania pracy i odpowiedzialności.
Dzięki zaradności naszych rodziców wieś z drewnianej stawała się murowana.
Wspomnienia. Marian Bednarczyk (Ruda Śląska) Źródło: Kwartalnik ,,Korzenie" , nr63, R XVII, 4/2007r

wtorek, 19 kwietnia 2022

Zielone Świątki i poświęcenie pól . Autor: Dobrawa Skonieczna-Gawlik

 Zielone Świątki i poświęcenie pól . Autor: Dobrawa Skonieczna-Gawlik

Zielone Świątki, nazywane w Kościele świętem Zesłania Ducha Świętego, a będące pozostałością dawnego słowiańskiego święta agrarnego, są trzecim z kolei najważniejszym świętem w roku – po Bożym Narodzeniu i Wielkiej Nocy586. Zielone Świątki należą do świąt ruchomych i obchodzone są pięćdziesiąt dni po Niedzieli Wielkanocnej, przypadając zazwyczaj w maju bądź na początku czerwca. W zwyczajach zielonoświątkowych na dawne wierzenia pogańskie nałożyły się elementy religijne, czyniąc z tego święta ważną uroczystość kościelną. Obchodzone niegdyś bardzo uroczyście i trwające dwa dni (niedziela oraz poniedziałek) dziś tracą swój dawny wymiar. Na obszarze Zagłębia Dąbrowskiego w niewielu miejscowościach można odnaleźć pozostałości tradycyjnych praktyk magicznych, takich jak przystrajanie domów zielonymi gałązkami i tatarakiem587. Mieszkanka Psar podaje: „Tatarak był i w wazonie, przy obrazach, w pościeli. Robactwo miało się dzięki temu nie wdawać”588. Ale jeszcze w latach 40. XX wieku powszechne było majenie chałup, przyozdabianie bram oraz dekorowanie wnętrza izby brzozą, kasztanowcem, gałązkami lipy, buku i tatarakiem: Na Zielone Święta w każdym domu ustrajano drzwi wejściowe od zewnętrznej strony zielonymi gałązkami, najczęściej brzozy oraz tatarakiem. Obecnie […] zwyczaj zaniknął […], mało kto przystraja tego dnia domy czy okna […], kiedyś wszystkie domy były pięknie przystrojone589. Jedna z mieszkanek Sosnowca wspomina: Przystrajano wszystkie domy zielonymi gałęziami brzozy, wierzby i tatarakiem.

Pamiętam mój ojciec zawsze na Zielone Świątki chodził po tatarak, który rósł gdzieś przy wodzie i mokradłach. Nazywało się to pałkami lub gałami tataraku. Przynoszono je do domu i przystrajano drzwi wejściowe oraz okna590 Do zwyczajów zielonoświątkowych należały uroczyste procesje obchodzące pola, które wyruszały spod kościoła po mszy świętej. Na początku niesiono krzyż ozdobiony kwiatami, następnie obrazy i figury świętych oraz chorągwie. Potem szedł ksiądz, a za nim podążali wierni. Uczestnicy procesji idąc granicami pól, modlili się i śpiewali pieśni religijne, a ksiądz święcił pola, aby były urodzajne591. Według informatorów zwyczaj ten w zagłębiowskich wsiach zaczął zanikać już w latach 20. ubiegłego wieku, jednakże w niektórych okolicach jeszcze po drugiej wojnie światowej spotkać można było procesyjne obchodzenie pól uprawnych. Obecnie, szczególnie na obszarach wiejskich, odbywa się poświęcenie pól, jednakże bez ich uroczystego, procesyjnego obchodzenia592. Zazwyczaj po nabożeństwie, które odprawiane jest przez kapłana przy odświętnie przybranej zielonymi gałązkami i kwiatami kapliczce lub też pod krzyżem. Odmawia on modlitwę, w której zwraca się do Boga o ochronę plonów przed klęskami i kieruje prośbę o urodzaj, po czym symbolicznie kropi wodą święconą najbliżej leżące pola i łąki. W drugi dzień Zielonych Świątek urządzano sobótki593. Jak pisze autor „Ludu okolic Żarek…” jest „to zwyczaj pogański do naszych czasów przechowany i, jak wiadomo, należy do najdawniejszych obrzędów na cześć słońca odprawianych”594. W czasie tych spotkań płonęły ogniska, a dziew - częta i chłopcy skakali przez nie. Śpiewano wtedy i tańczono. Ognie pło - nęły najczęściej na wzgórzach, w okolicach Będzina na wzgórzu Doroty595, w Niegowie na Bukowcu596 . Zanik zwyczaju palenia ognisk sobótkowych zauważył Ciszewski pisząc tak: „Zwyczaj ten jednak coraz bardziej zarzucają. Pieśni nie śpiewają […] żadnych; skaczą tylko przez ogień”597. Również M. Federowski zwrócił uwagę na zacieranie się tradycji palenia ogni sobótkowych i pod koniec XIX wieku poczynił takie spostrzeżenie: Być może, że jak i w innych okolicach kraju naszego, tak i tu za lat kilka lub kilkanaście nie rozświetli nocy tej ogień bylicowy […] i nie zakłóci jej ciszy daleko roznoszącym się echem śpiewu dziewcząt, tańczących wkoło ognisk, niby fantastyczne postacie duchów598 . W czasach, gdy tradycja ogni sobótkowych była jeszcze żywa, dziewczęta ze wsi zbierały się dzień wcześniej i układały pieśń o cnotach oraz przywarach chłopców, tzw. ochwiarę. W pieśni tej tekst pozostawał corocznie ten sam, lecz zmieniały się imiona chłopców przypisanych do zalet i wad wymienianych w ochwiarze599. Na drugi dzień, gdy ogniska już wygasły, przeganiano przez nie bydło, „ażeby je nogi nie bolały”600 . Zwyczaj sobótki w szczątkowej formie zachował się jeszcze do lat 90. XX stulecia. Jak wspominają informatorzy, w okresie międzywojennym w oko - licy np. Będzina palono około sześćdziesięciu ognisk. Natomiast w latach 60. już tylko dwa do trzech. Mieszkanka Niegowy podaje: Zielone Świątki to u nas są na Bukowcu, jest to góra […]. Gałęzi dawniej to nanosili, wszystkie dzieci, jak my byli, to i kawaler, i panny, i nosili gałęzie i zanieśli snopek słomy […]. Jak słońce zachodziło to wtedy najstarszy kawaler z Niegowej [zapalał ogień, przyp. aut.] […]. Żadnemu nie wolno było zaświecić [pod - palić, przyp. aut], tylko on mógł601. Dzisiaj rzadko płoną ognie sobótkowe, a współczesna sobótka zdaniem wielu mieszkańców Zagłębia ma niewiele wspólnego z prastarą obrzędowością ludową. Jest to przede wszystkim okazja do spotkania towarzyskiego, które inicjowane jest zazwyczaj przez Koło Gospodyń Wiejskich lub miejscowe organizacje. Po dopaleniu się sobótki wszyscy rozchodzą się do domów. G. Odoj pisze o teraźniejszych ogniskach zielonoświątkowych, które w Sławkowie są jedynie rozrywką młodych: Młodzież pali czasem z okazji Zielonych Świątek „sobótkę” gdzieś za miastem. Oczywiście nie ma to nic wspólnego ze świętowaniem religijnym. Wezmą magnetofon na baterie, popijają piwko lub wino i szaleją przy ogniu aż do rana602.

Źródło: Tropem badaczy Zagłębia Dąbrowskiego, str 244-253, ,aut:
Dobrawa Skonieczna-Gawlik, Wyd: Regionalny Instytut Kultury w Katowicach 2016r

1965r. Kariera w rytmie passdoble.