Łączna liczba wyświetleń

poniedziałek, 13 lutego 2023

Eksponat tygodnia. Ławka szkolna. Zbiory Muzeum Regionalnego w Kamienicy Polskiej . Mebel będący podstawowym wyposażeniem klas szkolnych.

 Eksponat tygodnia. Ławka szkolna. Zbiory Muzeum Regionalnego w Kamienicy Polskiej . Mebel będący podstawowym wyposażeniem klas szkolnych.


Wynalazek sięgający korzeniami średniowiecza. Konstruktorami pierwszych ławek byli zakonnicy - jezuici i pijarzy - których misją było nauczanie. Pierwowzorem ławki było tzw. skryptorium, wyposażone w pulpit nachylony w stronę korzystającego z niego skryby. Aż do połowy XX wieku ławki szkolne wykonywano wyłącznie z drewna, a ich siedziska były zespolone z blatem, w którym na środku wycinano otwór na kałamarz. Jeszcze w latach 60. XX w. dzieci uczyły się pisać wiecznym piórem, które składało się z obsadki i stalówki, zanurzając stalówkę w atramencie wlewanym do szklanych pojemników nazywanych kałamarzami. Dla starszego pokolenia forma i kształt ławki przywołuje wspomnienia: pierwsze litery i wyrazy, strach przed klasówką, Teraz takich ławek już nie ma - drewnianej, z wyżłobieniem na piórnik i otworem na kałamarz, i z kałamarzem. Chyba, że był pusty, bo ktoś wypił atrament. A zdarzało się to, zdarzało.

Ławki były świadkami przejmujących wyznań uczniów, nosiły zresztą tego ślady. Śpiewały o tym Czerwone Gitary:

Kto za Tobą w szkole ganiał, do piórnika żaby wkładał?
Kto? No, powiedz – kto?
Kto na ławce wyciął serce i podpisał: „Głupiej Elce”?
Kto? No, powiedz – kto?

Pożółkłe kartki z dziejów Częstochowy. Oświetlenie dawnej Częstochowy.

 Pożółkłe kartki z dziejów Częstochowy. Oświetlenie dawnej Częstochowy. — Rozwój miasta w latach 20-ch ub. stulecia, — Charakterystyczne domki tkackie w Alejach. Lampy astralne czyli rewerberkowe. — Entepryzy oświetlenia miasta, warunki licytacyjne. — Oplata za oświetlenie ulic. Opis 1933r

W dwudziestych latach ub. stulecia rozwój przemysłowy i handlowy naszego miasta przybrał silniejsze tempo, a to dzięki uprowadzeniu się tutaj setek rodzin tkaczów niemieckich, przeważnie z Austrii. Budowano nowy ratusz przy placu św. Jakuba, bez którego Stara Częstochowa obchodziła się od r. 1809, to jest od daty, kiedy stary ratusz spłonął, do r. 1828, gdy obecny został ukończony. Aleje do tego czasu przedstawiające pustą, błotnistą drogę, trudną do przebycia podczas słot jesieni, zabudowane zostały murowanemi domkami, na wzór dziś jeszcze istniejących, parterowych domków z trójkątnemi facjatkami, jak np : II Aleja 38 i 88, III Aleja. 50 i 58. Wtedy to, gdy myślano o upiększeniu miasta, przystąpiono również do oświetlenia Częstochowy. W roku 1828 zaprowadzono na ulicach miasta 15 lamp astralnych, czyli, jak słuszniej i częściej były nazywane, rewerberkowych, opalanych olejem. Lampy te ustawione były na drewnianych słupach i za pomocą błyszczących blach zwanych rewerberami, wzmacniały światło. Enterpryzę wykonał w r. 1828 Kacper Benduski za 1455 złot. p. (Ak. M. m. Cz. 1867 Nr 9, W. M). Obsługa tych 15 lamp ulicznych była oddana w dzierżawę przez licytację in minus. W r. 1829-30 za opa-lanie lamp ulicznych pobierał przedsiębiorca z Kasy Ekonomicznej miasta 1416 zł. p., w roku następnym 1400 zł. p., a w r. 1831-32 już tylko 950 zł. p, Entepryza ta taniała ciągle z powodu powiększania się ilości reflektantów. A należeli do nich poważni i zamożni obywatele. Do licytacji np. na oświetlenie miasta od 1863 r. do 1866, która odbyła się 28 września 1863 r., zgłosili się między innymi tacy obywatele, jak: A. Oderfeld, M. Ginsberg, L. Elatan, Jan Poznański i Ludwik Zimnawoda (Ak. M. m. Lz. 1849 Nr 4), Początkowo, przedsiębiorcą oświetlenia miasta był dłuższy czas Herc Kohn. Po nim Pawet Gradsztein.

Długie lata był nim mydiarz Markus Ginsberg, a potem blacharz L. Zimnawoda. Główne warunki licytacyjne stawiane przedsiębiorcom oświetlenia miasta były następujące: Latarnie powinny były być opalone olejem preparowanym w dobrym gatunku. Czas codzienny oświetlenia latarniami trwał od zgaśnięcia zorzy słonecznej do 12 w nocy. Ladzie użyci przez przedsiębiorcę do obsługiwania latarni musieli być katolikami i znani z dobrej kondycji i moralnego prowadzenia się. Obowiązkiem posługiwaczów było też pilnowanie, aby lampy paliły się do przepisanej godziny. Gdyby zaś któraś latarnia przez złe urządzenie knotu lub małej ilości oleju przygasła, powinna była być zaraz oporządzona. W przeciwnym razie przedsiębiorca stał się odpowiedzialnym i ulegał karze policyjnej. Natomiast za zgaśnięcie latarni przed 12 w nocy lub nie zapalenie w przepisanej godzinie, przedsiębiorca uległ karze na korzyść Kasy Ekonomicznej miasta. W wieczory, kiedy księżyc pogodnie i stale świecił, latarnie nie były zapalane. Zaś w dni pochmurne, lub gdy księżyc późno wieczorem wschodził, latarnie musiały być przepisowym czasie zapalone. Fundusz na oświetlenie latarni ulicznych brany był zazwyczaj z rocznych składek obywateli i zamożniejszych kupców. W r. 1829- 30 w Starej Częstochowie było 357 płatników za oświetlenie ulic z opłatą roczną od 4-ch do 2 zł. 14 gr. (Ak. M. m. Cz. 1829 Nr. 
😎. Nie trudno się domyśleć,że oświetlenie miasta tymi 15 latarniami przy ulicach tak długich jak Aleje, mające przeszło dwie wiorsty, nie było zbyt rzęsiste. Gdy więc miasto się rozbudowało, musiano w r. 1847 założyć nowych 12 latarń, sprowadzonych od warszawskiej firmy Mintera za 216 złotych. Za opalenie wszystkich 27 latam płacono przedsiębiorcom około 372 rb. z czego Stara Częstochowa płaciła 248 rb,, zaś Nowa Częstochowa (Częstochówka) 124 rb. rocznie. Przyczem obywatele Nowej Częstochowy płacili zawsze składkę na oświetlenie z własnych funduszów, podczas gdy w Starej Częstochowie składka ta przez pewien czas była opłacana za ogół z funduszu propinacyjnego (Ak. M. m. Cz. 1849 Nr. 4).
Inż, H Wilczyński,
Źródło: Słowo Częstochowskie : dziennik polityczny, społeczny i literacki, poświęcony sprawom miasta Częstochowy i powiatu. R.3, nr 218 (24 września 1933)

Wspmnienia prof. Adam Ferens i tajne nauczanie

 Wspmnienia prof. Adam Ferens i tajne nauczanie

W latach ponurej okupacji, my, przedwojenne uczennice Gimnazjum i Liceum im. J. Słowackiego zaznałyśmy szczęścia mogąc uczyć się na tajnych kompletach u profesorów naszej szkoły. Z prawdziwą radością odwiedzałyśmy dom w Alejach, gdzie w mieszkaniu doktora Ferensa jego brat, Profesor Adam Ferens udzielał lekcji historii przez dwa lata: w I i II klasie liceum. Były to wspaniałe wykłady. Mam jeszcze dwa grube zeszyty notatek. Pamiętam słowa Profesora i nieraz używam pewnych zwrotów, które mi szczególnie utkwiły w pamięci. Jakiś fakt stał się „dziejowotwórczym czynnikiem", „Habsburgowie mieli dewizę: bella gerant alii, tu felix Austria, nube" i mnóstwo innych.

Wchłniałyśmy z zachwytem wiadomości podane nam w sposób fascynujący. Na maturze dostałam szalenie ciekawy temat: „ Wolne elekcje w Polsce i ich związek z europejskimi zatargami". Temat - rzeka. Po maturze zaprosiłyśmy Pana Profesora na domową uroczystość. Była lampka wina własnej produkcji, patefon, a wśród płyt oczywiście melodie walca angielskiego „Na pewno", „ Winna jest wiosna, dziewczyno" i inne. Wspominam też często naszą profesorkę, panią Marię Pfabe, która byla przez krótki okres - w II klasie - naszą wychowawczynią - połączonych klas A i B. Jesienią 1939 r okupanci zamknęli naszą szkolę. Pod kierunkiem pani Pfabe nauczyłam się szyć a uszyte wówczas rzeczy nosiłam przez cały czas okupacji i długo potem. W Łodzi, gdzie przez pewien czas studiowałam medycynę, dowiedziałam się od koleżanki, która spotkała na ulicy doktora Ferensa, brata Profesora, że Profesor poślubił panią Marię Pfabe. Bardzo nas to ucieszyło. Niestety, warunki powojenne nie pozwoliły nam na kontakty z naszymi ukochanymi profesorami.

Autor: Irena Zawadzka (Warszawa)
Źródło: Kwartalnik ,,Korzenie” nr47, R XIII , 4/2003r

O WYSTAWACH. Wióry, baźki i siódemki. “Koziegłowy – zapomniany ośrodek twórczości rękodzielniczej”.

 O WYSTAWACH. Wióry, baźki i siódemki. “Koziegłowy – zapomniany ośrodek twórczości rękodzielniczej”.

Krystyna Kolasińska relacjonując na łamach „Stolicy" swój kulturalny przemarsz ulicami Warszawy, obok ważnych wydarzeń organizowanych w ramach Panoramy kulturalnej XXX napomyka o wyjątkowej wystawie, prezentowanej w łazienkach Królewskich. Widać wrażenia, których dostarczała, oddziaływały na odbiorcę niezwykle pozytywnie, gdyż w szarzyźnie stycznia była w stanie dostrzec barwne akcenty. Ekspozycja, o której wspomina autorka artykułu, to Kwiaty Polski Ludowej, przygotowana przez „Cepelię" z okazji XXX-lecia PRL. Na wystawie zaprezentowano prace około osiemdziesięciu twórców ludowych z czterech spółdzielni cepeliowskich - w Zawadzie, Opocznie, Kadzidle i Łowiczu. Obok kwiatów z papieru i słomy moźna było na niej obejrzeć również barwne pająki oraz kolorowe ptaki. Kwiaty z wiórów osikowych święciły wówczas największe triumfy w kraju i na arenach międzynarodowych. Niemalże dziesięć lat wcześniej zadebiutowały na warszawskich „salonach" i od tego czasu ich popularność rosła. Janusz Mielczarek w artykule,,Z Zawady w cały świat" wylicza że spółdzielnia do roku 1974 eksportowała kwiaty i inne ozdoby z wiórów osikowych między innymi na rynki - hiszpański, północnoamerykański, fiński, szwajcarski, holenderski, niemiecki, włoskie.


W Starej Kordegardzie więc kwiaty z Koziegłów były już prezentowane jako element zdobniczy doskonale znany i pożądany. Z Warszawy wyjechały do Gdańska, gdzie można było je podziwiać od 1 marca 1974 roku. Zagadką pozostanie, kto rozpoczął to całe kwiatowe szaleństwo. Co takiego skłoniło kobiety z Koziegłów i okolic, by spróbować sił w tej tematyce. Zapewne miało to miejsce po II wojnie światowej, ponieważ ani twórczynią ani światownicy nie przypominają sobie, aby znajdowały się w asortymencie przed 1939 rokiem. W artykule Bożeny Kural Ludowe (?) kwiaty z wiórów pojawia się teoria jednej z informatorek, że nieznana z nazwiska mieszkanka Koziegłów (nieżyjąca już wówczas) przywiozła wzory kwiatów tuż po wojnie gdzieś spod Wrocławia. Hipoteza ta nie znajdowała jednak pokrycia w innych źródłach, prowadząc badania również nie natrafiłam na takie informacje. Jadwiga Kotarska, która w 1980 roku podjęła się nakreślenia krótkiego rysu twórczości osikowej w spółdzielni „Zawada", sugeruje, że pierwszym kwiatem zapewne była czerwona róża, a jej kolor został uzyskany poprzez zanurzenie w zaprawionej octem najtańszej farbie do tkanin. Przez lata na jarmarkach sprzedawane były pojedyncze kwiaty - po różach powstały maki, groszki, a największą popularnością cieszyły się w okolicach świąt - Bożego Narodzenia oraz Wielkanocy. Prawdopodobnie nikt przed 1965 rokiem nie wpadł na pomysł łączenia kwiatów w bukiety. A to stało się kluczem do sukcesu i sprawiło, że osikowymi kwiatami zachwycił się cały świat. Czesław Wielhorski, odpowiedzialny za stworzenie ekspozycji Kwiaty dla Warszawy, zorganizowanej przez „Cepelię" i Towarzystwo Przyjaciół Sztuk Pięknych w pałacyku przy ul. Rutkowskiego 5, wypełnił przestrzeń sztucznymi kwiatami, które od progu atakowały odwiedzającego wprost niebywałą paletą barw. Elementem centralnym był pokaźnych rozmiarów wianek wykonany z kwiatów osikowych, w jego środku zaś autor wystawy podwiesił wieniec żywiecki. Przedsięwzięciu towarzyszyły trzy myśli przewodnie: • ukazanie twórczości artystów ludowych różnych regionów; • zachęcenie do ozdabiania mieszkań i wnętrz utyteczności publicznej dekoracjami o prawdziwych walorach artystycznych • dowiedzenie,że prezentowane eksponaty są doskonałym elementem przestrzennym, idealnie nadającym się do wykorzystania plenerowego - podczas pochodów, uroczystości odbywających się w otwartych przestrzeniach, a mających charakter radosnego święta'.Koziegłowskie ozdoby miały nawiązywać do trzeciej tezy, a tak o wspomnianym wyżej wieńcu pisała warszawska prasa: „Kwitnący tysiącem kwiatów z barwnych wiórek centralnie umieszczony »bóg radości«, jest jednocześnie świecznikiem, żyrandolem, wieńcem i gejzerem koloru. Wrażenie jest tak zaskakujące świeżością pomysłu i kolorem, że w pierwszej chwili nie zauważa się w ogóle pozostałych eksponatów. Co może zwielokrotniony, mały kwiatek wykonany w spółdzielni »Zawada« na Śląsku. Kwiaty z wiórów barwionych są specjalnością wsi Koziegłowy i pobliskiej Zawady - przybierają formy tulipanów, róż, peonii, goździków. Koziegłowskie zatknięte na wysokiej tyczce, przy podobnie eksponowanych dwóch bukietach radomskich znów przywodzą na myśl weselny pochód. Wiszące u sufitu trzy piękne




»pająki«, zwane też »światy«, albo »podłaźniki« nie wytrzymują tej konkurencji(...). Jeśli dodać do tego informację, że wystawę reklamował plakat stworzony przez wybitnego artystę, Waldemara Świerzego, to przedsięwzięcie zaczyna nam się jawić jako precyzyjnie zaplanowane zrobione z dużym rozmachem. Choć dziś z pełną odpowiedzialnością możemy stwierdzić, ze wystawa byłu bardzo ciekawym wydarzeniem, traktującym przekrojowo wycinek twórczości tradycyjnej, to jednak jej otwarciu towarzyszyły skrajnie różne odczucie Anno Kuczyńska-Iracka w uwagach po wysławie, które opublikowała w „Polskej Sztuce Ludowej", pisze, że była ona wielkim zaskoczeniem. Sztuczne kwiały, które kojarzyły się z drobnomieszczaństwem i złym smakiem, zaprezentowały się jako zjawisko artystyczne o wiełkiej wartości.

Ukazanie ich w zróżnicowaniu regionalnym, materiałowym, a także w bogactwie form (od wiernego naśladowania przyrody po zupełnie oryginalne kompozycje zrodzone z wyobraźni twórczyń) spowodowało, że zachwyciły nie tylko jako element zdobniczy. Zwróciły również uwagę na fakt, że do lat 60. XX wieku nie podjęto się głębszej analizy tej najmłodszej, dynamicznie się rozwijającej dziedziny polskiego, ludowego zdobnictwa wnętrz. W literaturze fachowej co najwyżej odnotowywano ich istnienie. Dopiero „Cepelia", przygotowując się do organizacji wystawy, spenetrowała teren pod tym kątem.

Autor: Ewelina Mędrala-Młyńska.

Źródło: Wióry, baźki i siódemki. “Koziegłowy – zapomniany ośrodek twórczości rękodzielniczej” , wyd. Muzeum Częstochowskie 2021, str 87-92

sobota, 11 lutego 2023

GRANICA I PRZEMYT W CZASIE ZABORU. (Rudnik Mały, Rudnik Wielki, Starcza). Część3. aut: Józef Bakota

 GRANICA I PRZEMYT W CZASIE ZABORU. (Rudnik Mały, Rudnik Wielki, Starcza). Część3. aut: Józef Bakota


Według opowiadań starych ludzi, pamiętających te czasy w tym okresie, wśród ewakuowanych było dwóch strażników, którzy na pewno przepuszczali przez granicę przemytników co najmniej przez okres trzech lat. Określa się, że musieli oni mieć w schowku po około pół wiadra złota, które zostało w ziemi, gdyż nikomu tych pieniędzy nie przekazali na przechowanie, a zabrać ich nie mogli, bo nie było na to czasu i warunków. Na tej podstawie przypuszczać można, że złoto to również leży zakopane w ziemi w Rudniku Małym. Znane były też przypadki nieuczciwości ze strony przechowującego. Kiedy strażnik zażądał zwrotu swojego złota, bo kończył służbę w wojsku i odchodził do cywila, przechowujący znikał z pola widzenia. Po prostu przekraczał granicę i urządzał się na jakiś czas po niemieckiej stronie w dawno przygotowanym miejscu aż do odjazdu wartownika do Rosji. Oszukany, nie miał możliwości odzyskania swojego złota. Bywało jednak czasem, że pokrzywdzony powierzał rozprawienie się z oszustem swojemu koledze, który nie odchodził do cywila, a nadal pełnił tu swoją służbę. Krążyła wieść przynajmniej o jednym zabójstwie z tego powodu. Przez cały okres rozbioru Polski, w Rudniku Małym była Strażnica Graniczna. Przez cały ten okres odbywał się tu przemyt z różnym nasileniem. W okresie tym przemytnicy zawsze mieli swojego przekupionego strażnika, a czasem nawet dwóch, którzy przepuszczali ich przez granicę Zdziwienie budzi fakt, że w tak długim okresie prawie stu lat, nie było ani jednej poważniejszej wpadki, która doprowadziłaby do zdemaskowania i rozbicia zorganizowanej szajki przemytniczej. Jak już wspomniałem, starzy ludzie z Rudnika Małego, pamiętający czasy zaboru, określali zarobki przepuszczających strażników za okres całej służby na około pół wiadra złota. Nie jeden z nich na skutek różnych okoliczności, a nawet śmierci, złota tego nie zdążył zabrać. Spoczywa ono do dziś spokojnie, zakopane w ziemi w nieznanym miejscu w Rudniku Małym lub w bliskich jego przyległościach. Nie byłbym wcale zdziwiony, gdybym się dowiedział, że ktoś z Rudnika Małego przy wykonywaniu jakichś robót ziemnych natknął się na jeden z tych ukrytych skarbów. Mam też nadzieję, że nie będzie to skąpiec i pazerniak, który ponownie zakopie w ziemi znalezione złoto, lecz zrobi z niego użytek. Nasuwa się pytanie, że jeżeli przez tyle lat mieszkańcy Rudnika Małego zajmowali się przemytem i bądź co nie bądź musieli na tym dobrze zarabiać, to co zrobili z tymi pieniędzmi, bo we wsi po pierwszej wojnie światowej, nie było widać tego bogactwa. Nędzne, drewniane kryte słomą chatynki, skrajna bieda i to wszystko, co tutaj było. Na to moje uporczywe pytanie otrzymywałem zawsze tę samą odpowiedź: zarobionych na przemycie pieniędzy nie można było inwestować na miejscu, gdyż Rosjanie domyśliliby się źródła ich pochodzenia. Dlatego ludzie bardziej przedsiębiorczy, wzbogaceni na przemycie opuszczali wieś, osiedlali się w zupełnie innych oddalonych rejonach. Tam kupowali majątki i układali sobie życie. W miarę upływu czasu słuch o nich zaginął. Korespondencji nie prowadzili z powodu swojego analfabetyzmu. Pozostali zaś w Rudniku, trzymali swoje złoto zakopane w ziemi, w tylko im znanych kryjówkach. Zdarzało się, że na skutek nagłych wypadków lub niespodziewanej śmierci, zgromadzonego złota nie zdążyli zabrać i do dziś spoczywa ono też bezużytecznie w ziemi. Wielu z nich w podeszłym wieku zapomniało nawet miejsca, w którym swoje złoto schowali. Typowym przykładem, że tak mogło być, niechaj będzie opowiadanie mojego ojca. Oto jego treść: Miałem wówczas może piętnaście lat. Na naszym podwórku rosły dwa duże i rozłożyste dęby. Pod dębami tymi była zbudowana wielka szopa. Całość konstrukcji szopy opierała się na czterech drewnianych skipach, wkopanych w ziemię. Pewnego dnia przed południem przychodzę do szopy po drewno opałowe i widzę, że stoi przy niej mój ojciec bardzo zmartwiony i zakłopotany. Obok zauważyłem świeżo wykopany dołek w ziemi . Pytam ojca czym jest tak zmartwiony i co zamierza tu robić. On początkowo mówi, że chce wzmocnić szopę nowymi słupami i kopie w ziemi dołki pod te skipy. Popatrzyłem się na to i widzę, że wykopany dołek w ziemi do niczego takiego nie pasuje i mówię mu o tym. Po pewnym namyśle, nieśmiało ojciec zdradza mi swoją tajemnicę, że kiedyś przed laty, zakopał tu w miedzianym wiadrze złote ruble i teraz ich nie ma w tym miejscu. Mówi, że musiał je ktoś wykopać i zabrać. Usiedliśmy razem przed szopą i zacząłem go szczegółowo pytać dlaczego wykopał tę dziurę akurat w tym miejscu. On mówi do mnie, że złoto zakopał w odległości trzech kroków od narożnego słupa szopy w kierunku rosnącego dębu z lewej strony. I to wypada w tym miejscu, gdzie wykopał ten dołek Zastanowiłem się nad tym i przypomniało mi się, że przed kilku laty naprawialiśmy szopę i wymieniali dwa narożne słupy, które zostały przesunięte i wkopane w ziemię w odległości około metra od dawnego miejsca. O tym fakcie ojciec mój już zapomniał. Chodziło wówczas o to, aby okap szopy nie dotykał dębu, gdyż w czasie uderzenia pioruna, mógł powstać pożar. Ustaliłem dokładnie, w którym miejscu stał uprzednio słup. Od tego miejsca odmierzyłem trzy kroki w kierunku lewego dębu i powiedziałem ojcu, że w tym miejscu należy kopać. Ojciec, w nowo wyznaczonym punkcie, zaczął kopać dołek i na głębokości około osiemdziesięciu centymetrów dokopał się do swojego skarbu. Wyjął z ziemi wiadro i ucieszony tym bardzo, przykrył je workiem i poszedł z nim do domu, nie pokazując mi nawet ile tego złota w wiadrze było. Poszedłem za nim do domu i stwierdziłem, że zamknął się z tym złotem w komorze. Pobiegłem z drugiej strony domu, gdzie było okienko do komory, bo byłem bardzo ciekawy ile tego złota jest. Ostrożnie zacząłem go podglądać, co robi z tym złotem. Ojciec siedział na podłodze przy wiadrze, wyjmował monety i zaczął je liczyć. Ponieważ wszystko działo się na podłodze, a okienko było wyżej, więc dokładnie widziałem, że jest tego złota mniej więcej ponad pół wiadra. Było to miedziane wiadro, jakich wówczas powszechnie używano, o pojemności około ośmiu litrów. Po jakimś czasie, a było to jeszcze przed wybuchem pierwszej wojny światowej, jeździli po wsiach Żydzi i skupowali złote ruble, płacąc za nie bardzo wysoką cenę papierowymi banknotami. Ojciec złakomił się na to i wymienił całe złoto na banknoty papierowe. Wkrótce wybuchła pierwsza wojna światowa i banknoty stały się zwykłym, bezwartościowym papierem. Tak postąpiło wtedy wielu mieszkańców wsi. Ojciec mój zakończył opowiadanie taką konkluzją: gdybym wiedział, że tak się stanie i złoto zostanie zmarnowane, nie powiedziałbym ojcu, gdzie ma kopać ten nieszczęsny dołek i złoto byłoby moje. Ale przecież nie mogłem tego zrobić własnemu ojcu. Po pierwszej wojnie światowej w latach 1930 - 1935 w domu mojego dziadka i w moim domu również poniewierały się jeszcze szczątki tych banknotów, którymi jako dzieci bawiliśmy się, a często nawet używane były na podpałkę. Na temat przemytnictwa w tej okolicy przed pierwszą wojną światową wiele ciekawych faktów zanotowano w kronice Parafialnej w Starczy przez proboszczów tej nowoutworzonej parafii. Jak wspomina ksiądz Piotr Borycki, to bardzo silną grupą przemytników była „szajka" w Starczy pod przewodnictwem J. Sirka. Grupa ta w sposób zorganizowany systematycznie przemycała różne towary z Niemiec do Rosji, ale specjalnością jej był przemyt okowity, czyli surowego spirytusu, nazywanego tutaj "Bryndką". Okowitę przemycano ze Śląska i rozprowadzano ją po swoich potajemnych punktach wyszynku. Tam okowitę rozcieńczano wodą i sprzedawano jako wódkę. Takich potajemnych punktów wyszynku, czy też detalicznej sprzedaży okowity, w samej tylko Starczy i Własnej było czternaście Z tego powodu pijaństwo w okolicy szerzyło się w zastraszający sposób. (...) Po wybuchu pierwszej wojny światowej przemycano okowitę w wielkich ilościach, w beczkach wozami konnymi. Główny skład okowity był właśnie u J. Sirka w Starczy. Stąd rozprowadzano ją na dalsze okolice. (...) Źródło: ,, Rany i Blizny Małej Ojczyzny” , aut: Józef Bakota, Warszawa 2000r, str. 45-48
 

GRANICA I PRZEMYT W CZASIE ZABORU. (Rudnik Mały, Rudnik Wielki, Starcza). Część2. aut: Józef Bakota

 GRANICA I PRZEMYT W CZASIE ZABORU. (Rudnik Mały, Rudnik Wielki, Starcza). Część2. aut: Józef Bakota


W Rudniku Małym wszyscy mężczyźni umieli skakać o tyczce, ale umiejętności tej nie demonstrowano ponieważ służyła ona tylko do przekraczania granicy bez zostawiania śladów. Bronowany pas graniczny z łatwością można było przeskoczyć o tyczce, ale bez obciążenia. Zostawiony ślad po tyczce nie budził podejrzeń, a jeżeli wydawał się takim, zasiewało się go też suchym piaskiem i był on wtedy niezauważalny. Tyczkę zabierało się ze sobą na niemiecką stronę, chowając ją w zaroślach w pobliżu granicy do powrotnego skoku. Takie indywidualne przeskoki o tyczce nie służyły do przemytu, lecz do wzajemnych kontaktów i uzgodnień w sprawie organizacji i terminów dostaw towarów do przemytu. Tych indywidualnych przeskoków dokonywano nawet w dzień, korzystając z dokładnej obserwacji strażnika, w którym miejscu się znajduje, z jego nieuwagi, a często z drzemki. Położenie wsi do granicy było tak bliskie, że przejście na drugą stronę granicy nie zajmowało więcej niż pięć do dziesięciu minut. Sytuację sprzyjającą do przejścia na drugą stronę granicy można było zawsze wypatrzyć, obserwując strażnika i zniknąć niezauważenie w zaroślach krzaków, które w niektórych miejscach po niemieckiej stronie dochodziły do samej granicy. Bardzo ważnym elementem przedsięwzięć przemytniczych była obserwacja Strażnicy, jej organizacji i zasad pracy, obserwacja poszczególnych strażników, ich upodobań i słabości. Strażnicy służyli na granicy przez okres pięciu lat. Można było zatem dokładnie poznać ich charaktery, psychikę, zwyczaje, ich ulubione miejsca wypoczynku, chronienia się przed deszczem i wiatrem lub też ulubione miejsca drzemki na służbie, uwzględniając przy tym porę roku, stan pogody i temu podobne okoliczności. Na podstawie obserwacji ludzie przemytu dokładnie wiedzieli wszystko o każdym wartowniku z osobna. Znali również zwyczaje dowództwa strażnicy i sposoby kontroli wartowników. Znajomość tych spraw dawała pewność i zmniejszała ryzyko przedsięwzięć przemytniczych Zdarzało się często nawet tak, że zaprzyjaźnieni strażnicy byli powiadamiani przez przemytników za pomocą odpowiednich sygnałów optycznych lub dźwiękowych o tak zwanym podsłuchu na ich odcinku, gdzie pełnili służbę. Strażnik wówczas miał się na baczności. Zachowywał się czujnie i nie podpadał za złe pełnienie służby. Dowództwo Strażnicy nękało kontrolami swoich strażników bez wyjątku. Wysyłano na odcinki tak zwane "Sekrety". Byli to zwiadowcy, którzy dyskretnie obserwowali jak pełni służbę dany wartownik i czy dobrze pilnuje granicy, czy jest czujny na służbie. Zdarzało się często, że wartownicy spali na służbie w ulubionych swoich miejscach. Ponadto dowództwo dyskretnie obserwowało strażników poza służbą: szczególnie czy nie piją alkoholu lub nie palą niemieckich papierosów, albo czy nie mają przedmiotów niemieckiego pochodzenia. Bardzo ważną rolę dla przemytników w porozumiewaniu się lub ostrzeganiu przed niebezpieczeństwem odgrywała sygnalizacja optyczna i akustyczna, którą stosowano powszechnie. Jeżeli ktoś na przykład przekroczył granicę do Niemiec i umówił się, ze znajomymi lub rodziną w Rudniku, że chce przejść granicę z powTotem w umówionym miejscu przed wieczorem, wówczas rodzina lub znajomi dyskretnie obserwowali strażnika, w którym miejscu się znajduje. Jeżeli strażnik znajdował się daleko od tego miejsca i gwarantowało to bezpieczne przeli-oczenie granicy, wówczas wieszano na płocie, niby po praniu, do wysuszenia zielony szalik lub chustkę Barwa ta była umówionym kolorem, że można bezpiecznie w ustalonym miejscu przekroczyć granicę. Kolory lub przedmioty były zmieniane i każdorazowo uzgadniane. Jeżeli na płocie nie było niczego lub był wywieszony inny kolor niż umowny, to oznaczało, Ze przez granicę w tym miejscu przechodzić nie można. Amator przejścia oczekiwał w knakach tuż przy granicy po niemieckiej stronie na właściwy sygnał w takim miejscu, gdzie mial dobre pole obserwacji, a sam był niewidoczny. Miejsc takich było dowolnie dużo, bo jak wspomniałem, wzdłuż granicy po niemieckiej stronie był las lub luzaki, skąd dokładnie można było obserwować każdą wybraną zagrodę wsi. Pi Zeskok przez granicę wymagał zaledwie kilku lub kilkunastu minut. Jeżeli było już dość ciemno, umówionym znakiem do bezpiecznego przejścia przez ganicę była określona melodia, którą pogwizdywano sobie na podwórku niby dla rozweselenia przy gospodarskich czynnościach. W razie potrzeby wieczorem i w nocy do ustalenia miejsca, Adzie znajduje się wartownik używano wyszkolonych psów gospodarskich. Pies taki na komendę : „Szukaj Moskala!" • obiegał odcinek granicy i gdy go odnalazł, zaszczekał w tym miejscu. Wówczas na podstawie głosu psa, wiadomo było dość dokładnie, gdzie znajduje się wartownik. Takiego wyszkolonego psa miał mój dziadek, Franciszek Bakota. Był on używany również do samodzielnego przemycania przez granicę drobnych ładunków. Odbywało się to w taki sposób, że psu zakładało się coś w rodzaju szelek specjalnie uszytych do tego celu. Po bokach tych szelek były obszerne kieszenie, do których można było włożyć drobne artykuły. Do kieszeni szelek wkładało się kartkę z zamówieniem. Tak wyposażonego psa wysyłało się wieczorem na niemiecką stronę do sklepu, który był u Oleksika we wsi Pakuły. Była to odległośc około pół kilometra. Po zgłoszeniu się psa, właściciel sklepu wyjmował z kieszeni kartkę i należność. Wkładał zamówione artykuły i pies biegiem wracał do domu, przekraczając ostrożnie granicę. W taki sposób wyręczał on swoich właścicieli od konieczności przekraczania granicy osobiście, co zawsze łączyło się z ryzykiem. Trzeba wiedzieć, że najbliższy sklep po stronie rosyjskiej był w odległości czterech kilometrów. Oczywistym jest, że takich operacji dokonywano tylko wieczorem, a pies na samym początku przyzwyczajany był do tych czynności. Był on bardzo dobrze przedtem zapoznamy z właścicielem sklepu. Po opanowaniu jednak tej sztuki, służył właścicielom przez wiele lat. Luks, bo tak się nazywał pies mojego dziadka, przemycał przez granicę przez okres ponad dziesięciu lat i nigdy nie miał żadnej wpadki. Wszystkie te metody służyły przeważnie do drobnego przemytu i indywidualnych przejść przez granicę. Prawdziwy przemyt na większą skalę odbywał się zawsze za wiedzą opłacanego strażnika. Wartownik przepuszczający przez granicę przemytników zarabiał bardzo dużo i stać go było na wszystko, ale z tych pieniędzy, póki służył na granicy nie mógł korzystać ponieważ zaraz byłby rozszyfrowany przez dowództwo. Musiał zatem przez całe pięć lat zachowywać się jak każdy żołnierz i żyć skromnie jak wszyscy. Dowództwo zwracało nawet uwagę czy wartownik zjada normalnie wszystkie posiłki na Strażnicy. W przeciwnym bowiem przypadku był już podejrzany, że ktoś go dokarmia smakołykami za opłatą poza koszarami. To stawało się również wysoce podejrzane. Dlatego strażnicy, którzy mieli pieniądze za współpracę z przemytnikami, przez zaufanego wysyłali część tych pieniędzy do rodziny i później pisali listy o przysłanie drobnych sum na wydatki. W taki sposób legalizowali posiadane pieniądze i mogli chociaż częściowo już korzystać ze swojej fortuny w czasie służby. Przepuszczający wartownik nie mógł trzymać nielegalnych pieniędzy przy sobie, gdyż dowództwo Strażnicy robiło dyskretnie, na przykład z okazji kąpieli, dokładną rewizję garderoby strażników. W związku z tym taki przekupny wartownik, należność za przepuszczanie przez granicę przemytników pobierał od nich w monetach złotych i przechowywał je gdzieś w schowku ziemnym albo oddawał te pieniądze na przechowanie zaufanemu mieszkańcowi wsi aż do zakończenia służby wojskowej. Zdarzały się czasem losowe wypadki, że strażnik taki nagle zachorował albo uległ wypadkowi, w wyniku czego zmarł .W takim przypadku zgromadzone złoto zostawało w zielni i do dziś tam leży albo właścicielem fortuny stawał się przechowujący. Bywało też i tak, że strażnik został nagle przeniesiony na granicę do innego rejonu Rosji lub do innego rodzaju wojsk i nie miał możliwości zabrać ze schowka zgromadzonych monet. Podobna sytuacja wynikła z chwilą wybuchu pierwszej wojny światowej, kiedy w popłochu ewakuowano natychmiast cały personel Strażnicy, a budynki i wyposażenie podpalono.

Źródło: ,, Rany i Blizny Małej Ojczyzny” , aut: Józef Bakota, Warszawa 2000r, str. 41-45

GRANICA I PRZEMYT W CZASIE ZABORU. (Rudnik Mały, Rudnik Wielki, Starcza). Część1. aut: Józef Bakota

 GRANICA I PRZEMYT W CZASIE ZABORU. (Rudnik Mały, Rudnik Wielki, Starcza). Część1. aut: Józef Bakota



Drugim stałym zajęciem, którym trudnili się w Rudniku Małym tylko mężczyźni, był przemyt. Do uprawiania tego procederu zachęcały przede wszystkim dobre zarobki. Sprzyjały warunki lokalizacyjne wsi, dokładna znajomość terenu i wieloletnia tradycja. przechodząca z pokolenia na pokolenie. Było w tym również coś z hazardu, przygody, ryzyka, odwagi i chęci sprawdzenia się. Zajęcie to podnosiło prestiż mężczyzny w opinii współplemieńców. Jednym słowem - nobilitowało jego uczestników. Z uprawianiem przemytu wiązało się również wielkie ryzyko, bo w przypadku wpadki i przyłapania na poważniejszym przemycie, groziła nie tylko kara grzywny lub więzienia, ale i nawet kara zesłania na stałe całej rodziny przemytnika w dalekie rejony Rosji bez prawa powrotu. Dlatego z obawy przed tymi konsekwencjami przemytem trudnili się przeważnie kawalerowie, którzy ryzykowali, narażając tylko siebie. Mimo tych obaw, przemyt trwał i rozwijał się swoimi prawami. Główną siłą sprawczą przemytu byli Żydzi zamieszkali w Częstochowie, Siewierzu i w Źarkach. Oni to ustalali rodzaj przemycanych towarów z Niemiec, a nawet finansowali często całe przedsięwzięcie. Przemytnicy otrzymywali wówczas tylko zapłatę za samo fizyczne przeniesienie towaru przez granicę i dostarczenie go do odpowiedniego punktu. Ale najczęściej przemyt odbywał się na własny rachunek i własne ryzyko. Przemycano w zasadzie tylko w jednym kierunku: z Niemiec do Rosji. W Rudniku Małym działała zorganizowana kontrabanda. Trudno powiedzieć w jakiej wielkości, bo była to rzecz zmienna, ale średnio uczestniczyło w niej około dwudziestu pięciu osób. Na czele kontrabandy stał przewodnik, którym był zawsze ten, co był w zmowie z przekupnym wartownikiem. Przewodnik kontrabandy każdorazowo dobierał według swojego uznania odpowiednich ludzi do przerzutu przez granicę zamówionych towarów. Nie było to tak, że każdorazowo musiała brać udział cała grupa. Dobór grupy zależał od wielkości ładunku, który miał być przemycony. Biorący udział każdorazowo oddawali jednego rubla przewodnikowi za każde przejście przez granicę, który z tego opłacał przekupionego wartownika, a część zatrzymywał dla siebie. Zarabiał na tym wartownik i zarabiał na tym przewodnik. Przewodnik nie przenosił żadnych ładunków bo jego uwaga musiała być skupiona na bezpiecznym przeprowadzeniu całej grupy. Zarobek przemytników za jednorazowe udane przejście granicy wynosił prawie równowartość połowy miesięcznego zarobku górnika w kopalni węgla kamiennego. Było to bardzo dużo, zważywszy że ludzie za czasów rosyjskich w tej okolicy nie mieli żadnych możliwości zarobkowania Zorganizowana kontrabanda zawsze miała swojego wartownika, który przepuszczał za opłatą przez granicę całą grupę. Przewodnikiem grupy przemytniczej W Rudniku Małym przez pewien czas był brat mojej matki Piotr Sirek. Został on nim w niezwykłych i ciekawych okolicznościach. Mój dziadek, a ojciec mojej matki, Andrzej Sirek, miał zawsze dobre konie. Niezależnie od pracy na roli, pełnił on funkcję furmana interwencyjnego do dyspozycji Strażnicy Granicznej w Rudniku Małym i w Hucisku. Polegało to na tym, że na każde żądanie tych strażnic musiał być gotowy do wyjazdu swoim zaprzęgiem według ich dyspozycji. Zdarzało się to nawet w nocy w czasie alarmu do pościgu za przemytnikami. Ale najwięcej używany był do przewozu zaopatrzenia tych strażnic Zdarzało się czasem, że dziadek mój z powodu choroby albo nieobecności w domu, nie mógł pojechać ze strażnikami. Zastępował go wówczas jego syn, a mój wujek, Piotr. Z tego powodu był on znany komendantowi strażnicy w Hucisku jak i jego żonie. Wujek Piotr, niezależnie od tego, zajmował się intensywnie przemytem. Pewnego razu nastąpił taki zbieg okoliczności, że wujek Piotr z całą grupą przemytników znajdował się po niemieckiej stronie w miasteczku Woźniki. W miasteczku tym był rozbudowany handel różnymi towarami. Handel ten prowadzili Żydzi, od których przemytnicy kupowali hurtowo różne artykuły do przemytu. Tam, po niemieckiej stronie przemytnicy czuli się pewnie i w dzień robili zakupy w składach żydowskich. Krzątali się po mieście, a czasem w miejscowej karczmie wypili gorzały aby sobie dodać kurażu przed przejściem granicy wieczorem.

Pech chciał że w tym dniu przyjechała na zakupy do Woźnik żona rosyjskiego komendanta ze Strażnicy w Hucisku Zdarzało się bowiem, że czasem w ramach czynienia sobie uprzejmości, komendant niemieckiej Komory Celnej w Woźnikach przepuszczał żonę rosyjskiego komendanta na zakupy. Ona to właśnie w Woźnikach, w jednym ze składów zobaczyła młodego Piotra Sirka w towarzystwie całej grupy przemytniczej z Rosji. Zauważył ją również Piotr Zniknął jej z oczu ale miał świadomość, że ona go rozpoznała. Przewidział co może nastąpić w wyniku tego przypadku. Zostawił całą grupę przemytników, a sam podążył natychmiast na granicę. W znanym sobie miejscu przekroczył ją szczęśliwie i jeszcze w dzień przyszedł do swojego domu. Przed samym wieczorem do dziadka Sirka przyjechał na koniu sam komendant strażnicy w Hucisku. Zażądał widzenia się z jego synem, Piotrem. Dziadek odpowiedział, że Piotr jest w sieni i miele cały dzień mąkę na żarnach. Otworzył drzwi i komendant zobaczył na własne oczy Piotra stojącego przy żarnach. Wszedł do sieni, popatrzył uważnie ile tej mąki jest, a było jej sporo i powiedział do niego: sprytny jesteś! Dlatego będziesz mi potrzebny. Zgłoś się jutro przed południem do mnie na strażnicę! Po czym wsiadł na konia i odjechał. Piotr był pewny, że komendant został powiadomiony przez swoją żonę o jego pobycie z całą grupą przemytników za granicą i przyjechał tylko dlatego aby potwierdzić otrzymaną informację. Chciał on bowiem wydać swoim podwładnym takie dyspozycje, które by umożliwiły złapanie w potrzask całej grupy przemytników wracających z towarem z Woźnik. Komendant był też całkowicie pewny, że młodego Piotra Sirka nie zastanie w domu. Tymczasem ku wielkiemu jego zaskoczeniu, zobaczył go na własne oczy przy mieleniu mąki na żarnach. Nie mogły mu się jakoś pogodzić w głowie zebrane fakty i może nie dałby wiary opowieściom swojej żony, gdyby nie okoliczności, jakie miały miejsce przedtem. Mianowicie: komendant jechał z Huciska do Rudnika Małego na koniu drogą dziadka Sirka i spotkał tam jego córki pracujące w polu. Zatrzymał się przy nich i zapytał : Starik damoj? One odpowiedziały, że jest w domu. „A małodyj Pieta toże damoj?" - zapytał. One odpowiedziały, że Piotra nie ma w domu ,bo poszedł na jarmark do Koziegłów. Komendant nadal natrętnie pytał: „A szto diełajet starik damoj?" One, nieświadome niczego, odpowiedziały tak, jak było, że miele mąkę na żarnach. Dlatego komendant wiedział już teraz dokładnie, że mąkę mielił ojciec, a nie Syn i że młody Piotr był z przemytnikami w Woźnikach, a nie w Koziegłowach na jarmarku, jak to oświadczyły jego siostry. Ciekawiło go bardzo tylko to, w jaki sposób tak szybko dotarł on z Woźnik do domu i w którym miejscu przekroczył granicę. Właśnie dlatego między innymi wezwał go na strażnicę, aby się o tym dowiedzieć. Na drugi dzień Piotr zgłosił się na strażnicę w Hucisku .Komendant strażnicy przyjął go w swoim biurze a wartownikowi przykazał aby nikt mu nie przeszkadzał w prowadzonym śledztwie. Był bardzo surowy i z miejsca stwierdził, że on, Sirek Piotr, jest przemytnikiem, że jest od dłuższego czasu obserwowany i widziano go w Woźnikach nie tylko wczoraj ale wiele razy przedtem i są na to świadkowie. Wiadomo dla niego jest również który wartownik przepuszczał go przez granicę i wymienił jego nazwisko. Wobec takich niezbitych dowodów, jest on od tej chwili aresztowany i będzie sądzony_ Po rozprawie sądowej jako stroźn\- ,kontrabandior", zostanie zesłany na Sybir bez prawa powrotu mb-swoje rocl7inne strony. Po tej rozmowie kand Ro zamknaćw ciemnicy_ Na drugi dzień przyprowadzono aresztanta ponownie do gabinetu komendanta. Teraz komendant był jakby łaskawszy Poczęstował go nawet „czajem" z samowaru i oświadczył, że ma już sporządzone wszystkie protokóly jako dowody jego przestępstwa i może go przekazać do więzienia, 2dzie biedzie siedział do rozprawy sądowej. Ma jednak z nim taki kłopot. bo żona prosi go o darowanie mu winy jako, że nie chce mieć jego młodego życia na sumieniu On, jako komendant strażnicy, skłonny jest ulec prośbie swojej żony i darować mu winę_ ale nie za darmo Proponuje mu zatem aby nadal, jak dotąd, był przewodnikiem przemytników i przepuszczał go będzie przez granicę ten sam wartownik, który aktualnie też siedzi w areszcie. Z tą jednakże różnicą że opłatę za przepuszczanie przez granicę przemytników będzie odbierał od Piotra on osobiście przy okazji korzystania z ich transportu konnego. Sprawę przepuszczającego w artownika on bierze na siebie. W obliczu zagrożenia więzieniem, rozprawami sądowymi i zsyłką na Syberię, Piotr zgodził się na propozi cję komendanta. Jego sytuacja własciwrie nic się nie zmieniła z wyjątkiem tego, że pieniądze za. przepuszczanie przez granicę ma oddawać bezpośrednio komendantowi strażnicy. Piotr i wartownik zostali zwolnieni z aresztu bez rozgłosu.
Od tej pory przemyt zaczął się na większą skalę i planowo ponieważ komendant rozstawiał warty w taki sposób, aby było to wygodne dla przemytników. Sielanka taka trwała przez wiele lat aż do chwili odwołania komendanta z tej strażnicy i wysłania go w inny rejon w ramach zwykle stosowanej profilaktyki. Komendant odszedł stąd skromnie i bez rozgłosu z sakwami wypełnionymi złotem. Odszedł również wartownik do cywila, bo skończyła mu się służba na granicy. Z Niemiec do Rosji przemycano singerowskie maszyny do szycia, zegary ścienne i stojące, zegarki kieszonkowe, surowe filcowe kapelusze, karty do gry i sacharynę. Przemycano również alkohole wyższych gatunków jak: likiery, arak i rum oraz wielkie ilości okowity. Przemycano również ładunki anonimowe w zaklejonych szczelnie paczkach, które trzeba było dostarczyć w nienaruszonym stanie. Za przemycenie ich płacono najwięcej. Co w tych paczkach było, nikt nie wiedział. Podejrzewano, że były to lekarstwa lub broń krótka. Sama technika przekroczenia granicy przez większą grupę ludzi: od pięciu, a czasem nawet dwudziestu pięciu osób równocześnie, musiała być szczegółowo opracowana i uzgodniona z przekupionym wartownikiem. Nie było możliwości przejścia większej grupy osób przez granicę na dziko bez ryzyka i bez uzgodnienia z przepuszczającym wartownikiem. Rosjanie pilnowali granicy bardzo ściśle. Rozstaw wartowników w dzień był na odległość mniej więcej zasięgu wzroku na prostym i nie zalesionym odcinku. Z zasady była to odległość nie większa niż pięćset metrów. W nocy odcinki do pilnowania były nawet krótsze. Cala granica w obrębie Rudnika Małego była podzielona na odcinki tak zwane „uciastki". Pierwszy i drugi odcinek obejmował granicę północną wzdłuż rzeki, od Odrzywołów aż do końca wsi. Trzeci i czwarty odcinek obejmował granicę zachodnią od rzeki aż do końca pól Rudnika Małego. Pozostały, piąty odcinek obejmował granicę południową wzdłuż gruntów dworskich Czarnego Lasu aż do strumienia na Hubkach. Jak z tego wynika pas graniczny podległy strażnicy w Rudniku Małym, dzielił się na pięć ponumerowanych odcinków. W czasie dnia pilnowało ich jednocześnie pięciu strażników, a w czasie nocy ochronę zwiększano w zależności od potrzeb. Poza tym równocześnie wysyłano na pas graniczny patrole konne. Wartownik nigdy nie wiedział na jakim odcinku będzie miał wartę. Dowiadywał się o tym przed samym wyjściem z rozprowadzającym. Dlatego nie mógł się wcześniej umówić z przemytnikami. Nie na każdym odcinku była techniczna możliwość przekroczenia granicy bez zostawienia śladów, a był to podstawowy warunek, który musiał być zachowany. W tym celu wykorzystywano odpowiednie miejsca i metody. Częstymi miejscami przejścia bez śladowo granicy, były mostki na strumykach, które płynęły z niemieckiej strony na rosyjską, a łączyły one bronowaną drogę pasa granicznego. Mostki te były wykonane z okrąglaków drewnianych, na powierzchni których nie było ziemi i można było po nich przejść na drugą stronę granicy bez zostawienia śladów. Takich miejsc w rejonie Rudnika Małego było dwa. Jeden mostek drewniany był na granicy zachodniej, gdzie obecnie mieszka w polu rodzina Władysława Ziory i drugi mostek -na strumyku, który płynie z pól dworskich Czarnego Lasu na Grocholki. Polegało to na tym. że drewniany mostek przerywał bronowaną drogę i idąc obok koryta strumienia można było po nim przejść na drugą stronę granicy, nie zostawiając śladów. Nie było to jednak takie proste ponieważ przy mostkach od niemieckiej strony była wysoka palisada z drewnianych kołków wbitych w odstępach w dno koryta strumienia wzdłuż całego mostka i jego przyległości. Był to pewnego rodzaju płot, który uniemożliwiał przejście na drugą stronę granicy pod mostkiem i po mostku. Wystarczyło jednak obruszać, a następnie wyciągnąć z ziemi jeden albo dwa kołki aby stworzyć na tyle szeroką szczelinę w tym płocie aby można było swobodnie przez nią przejść. Przejście takie robił przepuszczający wartownik. Po przejściu kontrabandy, kołki wciskał lub wbijał w to samo miejsce i nie było żadnych śladów. Oczywistym jest, że przejścia przez granicę można było dokonać tylko wtedy, kiedy przepuszczający wartownik miał służbę na odcinku, gdzie znajdował się mostek. Aby jednak powiadomić o tym przemytników, że mogą przejść musiał on zejść z odcinka, przyjść skrycie do wsi i powiadomić o tym osobiście przewodnika przemytników. Było to możliwe tylko w nocy. Przejście w jedną i w drugą stronę musiało się odbyć na jego służbie .W tym celu towary do przemytu musiały być przygotowane po niemieckiej stronie, w miarę blisko tego przejścia. Takim stałym punktem, gdzie gromadzono te materiały był dom rodziny Oleksików we wsi Pakuły. Była to odległość taka, że w ciągu niecałej godziny można było dokonać przejścia tam i z powrotem. Bywało nawet tak, że na jednej służbie wartownika, obrócono tam i z powrotem kilka razy. Czasem nie przynoszono przemycanych materiałów bezpośrednio do wsi, lecz zostawiano w polu w przygotowanych uprzednio kryjówkach. Zabierano je później w dogodnych warunkach, nawet wozami przy okazji prac polowych, co nie wzbudzało żadnych podejrzeń. Wszystko to jednak zależało od sytuacji, rodzaju przemycanych materiałów i okoliczności nawet pogodowych. Drugim dość pewnym sposobem przejścia przez granicę było miejsce piaszczyste w rejonie do dziś istniejącej kapliczki świętego Jana na odcinku zachodnim. Aby nie pozostawić śladów, przez zagrabioną drogę ustawiano specjalnie zrobioną do tego celu z drewnianego bala, ławę z podstawami imitującymi ślady zwierząt. Po tej ławie przechodzono na drugą stronę bronowanej drogi. Taką ławę przynosili przemytnicy ze sobą, a po przejściu zabierali na drugą stronę granicy i chowali w krzakach. Po przyjściu z ładunkiem, ustawiali ponownie ławę i po przejściu z powrotem granicy, zabierali ją ze sobą do najbliższej kryjówki lub domu. Ewentualne podejrzane ślady, przepuszczający wartownik zasiewał suchym piaskiem dla ich rozmycia. Zdarzała się czasem taka sytuacja, że po przejściu za granicę nie można było z różnych powodów wrócić. Wówczas trzeba było czekać w melinie na sygnał nawet kilka dni. Była to jednak ostateczność i bardzo unikano tego, bowiem brak we wsi mężczyzn, stałych mieszkańców, rzucał się w oczy i Rosjanie łatwo mogli się domyślić, co jest tego przyczyną. W takich przypadkach starano się wrócić bez ładunku innymi sposobami.
Źródło: ,, Rany i Blizny Małej Ojczyzny” , aut: Józef Bakota, Warszawa 2000r, str. 36-41 

1965r. Kariera w rytmie passdoble.