Łączna liczba wyświetleń

środa, 15 lutego 2023

Spółdzielnia ,,ZAWADA". Wióry, baźki i siódemki. “Koziegłowy – zapomniany ośrodek twórczości rękodzielniczej”. Część3

 Spółdzielnia ,,ZAWADA". Wióry, baźki i siódemki. “Koziegłowy – zapomniany ośrodek twórczości rękodzielniczej”. Część3

Wskazali oni również, że najlepszą formą współpracy z chałupnikami byłby skup. Naczelnik Wydziału Artystycznej Wytwórczości Ludowej „Cepelii" po zapoznaniu się z proponowanym asortymentem (kapelusze, kwiaty, koszyczki) stwierdził, że jest on bardzo ubogi i wymaga „przepracowania" przez technika i plastyka. W latach 60. Xx wieku „Cepelia" czuła już na plecach oddech polskiego wzornictwa, które po powojennej stagnacji zaczęło się dynamicznie rozwijać i stanowić dla wytworów opartych o tradycję ludową sporą konkurencję.

Koniecznym było więc stworzenie dodatkowych etatów dla specjalistów. w archiwach „Cepelii" zachowało się pismo z prośbą o wsparcie artystyczne skierowane do profesor Danuty Etgens. Dane jej na tymże piśmie są jednak przekreślone, nie wiadomo więc, czy dotarło ono do adresata. Brak również bliższych informacji na temat tej osoby. Nazwisko to nie pojawia się w dalszych dokumentach dotyczących nadzoru artystycznego spółdzielni. Osobą, która wspierała rękodzielniczki na początku ich działalności spółdzielczej, była Maria Wierzbicka. Naczelnik wspomniał również o planowanym uruchomieniu chałupniczej produkcji abażurów, do której stelaże z drutu mieli wykonywać etatowi pracownicy „Zawady". 4 sierpnia 1964 roku do spółdzielni zostało skierowane pismo z „Cepelii" Związku Spółdzielni Przemysłu Ludowego i Artystycznego informujące, że powierza ona Zawadzie zorganizowanie chałupniczej produkcji z wiórów osikowych. Zdając sobie sprawę, że działalność rękodzielników z Koziegłów nie współgra z profilem działalności zakładu, wskazuje na czynniki społeczno-ekonomiczne, które w znacznym stopniu miały wpływ na tę decyzję. Często wykonywano w ówczesnych cza-sach podobne posunięcia, przykładem jest chociażby Studio Filmów Rysunkowych w Bielsku-Białej, które w kilka lat po stworzeniu zostało objęte „opieką" Wielobranżowej Spółdzielni Pracy z Chorzowa. SFR nie miało zamocowania prawnego, było niejako samozwańczą jednostką, w której upatrywano duży potencjał. I nad którą, uważano, należy sprawować nadzór, by nic niewłaściwego poza jej mury się nie wydostało, a także by położyć rękę na przyszłych, ewentualnych przycho-dach. Zwłaszcza tych w dewizach. Dla studia taka sytuacja była o tyle korzystna, że dawała mu jakiekolwiek finansowanie. Mariaż ten nie trwał zbyt długo", inaczej niż w przypadku wytwórczości z wiórów. Choć początki były trudne, gdyż kobiety z Koziegłów nie ufały nowemu zakładowi pracy, w którym upatrywały kres swojej dobrze prosperującej działalności chałupniczej, z czasem ten stan się zmienił. W 1964 roku, gdy drzwi spółdzielni otwarły się dla twórczości z osiki, zaproszenie do pracy przyjęły jedynie cztery panie - Anastazja Grzybek, Elżbieta Jędruch, Maria Nowicka i Stanisława Sojska. W 1965 roku dołączyło do nich kolejnych sześć osób, a w 1980 roku dla „Zawady" pracowało już ponad sto rękodzielniczek.

Autor: Ewelina Mędrala-Młyńska.

Źródło: Wióry, baźki i siódemki. “Koziegłowy – zapomniany ośrodek twórczości rękodzielniczej” , wyd. Muzeum Częstochowskie 2021, str 43-48

Spółdzielnia ,,ZAWADA". Wióry, baźki i siódemki. “Koziegłowy – zapomniany ośrodek twórczości rękodzielniczej”. Część4

 Spółdzielnia ,,ZAWADA". Wióry, baźki i siódemki. “Koziegłowy – zapomniany ośrodek twórczości rękodzielniczej”. Część4


Zanim produkcja kwiatów i innych ozdób z wiórów osikowych ruszyła na dobre, pojawił się bardzo istotny problem, z którym na początku nie potrafiono sobie poradzić. Spółdzielnia była zobligowana do dostarczenia materiałów, z których miały powstawać osikowe wytwory. Nie umiała się jednak z tego wywiązać, ponieważ to mieszkańcy Koziegłów najlepiej wiedzieli skąd i jaki rodzaj osiki jest im niezbędny. Kupowanie jej w hurcie i prze-kazywanie twórczyniom nie miało sensu, gdyż żaden kupujący nie byłby w stanie zwrócić uwagi na jej wilgotność czy strukturę, zaopatrując się w duże ilości materiału. Nie wiedziano również, jak rozliczać się z chałupnikami - zarówno tymi przygotowującymi wiórki, jak i twórczyniami, które zmieniały je w ozdoby i przedmioty użytkowe. Dużą nadzieję wiązano z nowymi przepisami dotyczącymi chałupnictwa, które miały się ukazać w 1965 roku. Nowa ustawa miała dopuszczać posługiwanie się chałupnika zarówno materiałem powierzonym, jak również własnym. Póki jednak ona nie obowiązywała, wydawano zgodę średnio co trzy miesiące na produkcję w domu. Do działań tych podchodzono dosyć eksperymentalnie. Próbowano drewno osikowe traktować jak materiał pomocniczy, zapewniany sobie własnym sumptem, pozostałe zaś niezbędne do tworzenia ozdób elementy jak drut, bibułka, barwniki, miały być materiałem podstawowym, który dostarczała spółdzielnia. Cały czas starano się jednak szacować normy materiałowe oraz wydajność chałupników, co miało w przyszłości przełożyć się na w pełni kontrolowane zlecanie pracy w domach. Oczekiwania na ustawę przedłużały się, w 1966 roku „Zawada" wciąż korespondowała z „Cepelią" w sprawie przedłużenia zezwoleń na pracę chałupniczą. Wystąpiono do Centralnego Związku Spółdzielni Pracy o rozszerzenie listy surowców własnych (na której znajdowały się między innymi słoma czy wiklina) o wióry osikowe, a także o zawarcie w przyszłej ustawie zapisu o zasadzie obliczania norm surowcowych metodą szacunkową, a nie szczegółową, zwłaszcza tych, których udział w tworzeniu przedmiotów był niewielki. Radząc sobie z nieco skomplikowaną procedurą rozliczenia z chałupnikiem, Spółdzielnia Pracy Przemysłu Artystycznego „Zawada" w Zawadzie ruszyła z twórczością osikową. Na pierwsze efekty nie trzeba było długo czekać. W 1965 roku na wystawie Kwiaty dla Warszawy wiórkowe maki, groszki i słoneczniki miały swój debiut. Polska, a dzięki prowadzonemu przez „Cepelię" eksportowi również świat, zachwycili się nową propozycją dekorowania nie tylko domów. „Gazeta Częstochowska" odnotowując sukces wytwór-czości z wiórków osikowych w Warszawie, donosiła, że wyroby te tak bardzo przypadły go gustu mieszkańcom kraju i tak zachwyciły odbiorcę zagranicznego, że wzór koziegłowskiego nakrycia głowy znalazł się na stronach międzynarodowej biblii mody - „Vogue'a". Ciężko dziś stwierdzić, co miała na myśli autorka artykułu i czy rzeczywiście zdjęcie takiego nakrycia głowy zostało tam opublikowane. XXI wiek wychodzi naprzeciw takim rozterkom, proponując użycie narzędzi, które choć w pewnym stopniu mogą pomóc w weryfikacji zapisów prasowych sprzed sprawie sześćdziesięciu lat. Po dogłębnym przejrzeniu archiwów periodyku, które są dostępne online, dotarłam do okładki przedstawiającej kobietę mającą nakrycie głowy skomponowane ze sztuczek, które przypominają te koziegłowskie. Numer pochodzi z lutego 1965 roku, więc zakres datowy został zachowany. Po konsultacji z Izabelą Churas jestem pełna obaw, czy ten kapelusz wykonany został z wiórek - jako argument przeciw wskazywany jest kolor materiału - zbyt słomiany - oraz samo otagowanie zdjęcia, na któ-rym modelka wystrojona jest w słomkowe nakrycie głowy. Biorąc pod uwagę fakt, że osoba tworząca identyfikację zdjęcia w XXI wieku nie musiała dysponować wiedzą na temat wykorzystanego materiału oraz dając wiarę słowom Halszki Adamczyk, można postawić hipotezę, ze błozna z łyka osikowego ozdobiły okładkę „Vogue'a". I choć cały świat widział na fotografii letni kapelusz, badacz lat 20. XX wieku widzi kapelusz osikowy. Bo bardzo tego chce. Sprawa wymaga dogłębniejszej analizy. Ponieważ już wiem, że rok pracy nad tak szerokim zagadnieniem jak wytwórczość z wiórów osikowych to zdecydowanie zbyt mało, żywię nadzieję, że w toku dalszych analiz tematu uda mi się rozstrzygnąć, co nałożono kobiecie na głowę w roku 1965. „Cepelii" zależało na tym, aby pewne przedmioty użytkowe, ozdoby, produkowane najpierw dla potrzeb własnych, a później również na rynek miejski, tak upowszechnić, by nadać im znaczenia niezbędności w codziennym życiu. Taki los spotkał szmaciaki, które początkowo wykonywane ze skrawków niepotrzebnych materiałów, zostały „wrzucone" do produkcji zmechanizowanej, a proces ich powstawania uległ skomplikowaniu. Podobny los spotkał kwiaty, nie tylko z wiórków osikowych, ale także piórek i bibułek, które po wspomnianym wyżej 1965 roku stały się towarem pierwszej potrzeby. Wyciągał po nie rękę nie tylko klient detaliczny. Zaczęły być stałym punktem uroczystości propagandowych, tworzono z nich dekoracje w teatrach, zdobiły półki i witryny sklepowe. Sama pamiętam kogucika znajdującego się w świecącym pustkami sklepie mięsnym w latach 80. XX wieku. Mieszkałam ponad sto kilometrów od centrum wytwórczości osikowej, pasjami odwiedzałam z babcią sklepy w celu zdobycia produktów spożywczych i ten piękny, kolorowy kogut, na tle smutnych haków rzeźnickich, na całe życie utkwił w mojej pamięci. Autor: Ewelina Mędrala-Młyńska.

Źródło: Wióry, baźki i siódemki. “Koziegłowy – zapomniany ośrodek twórczości rękodzielniczej” , wyd. Muzeum Częstochowskie 2021, str 48-51

wtorek, 14 lutego 2023

Eksponat tygodnia - garnek z kamionki, bunclok, „żurok”. Zbiory Muzeum Regionalnego w Kamienicy Polskiej.

 Eksponat tygodnia - garnek z kamionki, bunclok, „żurok”. Zbiory Muzeum Regionalnego w Kamienicy Polskiej.

Naczynie z kamionki, w kolorze ciemnobrązowym, pokryty w środku i na zewnątrz glazurą (za wyjątkiem krawędzi wylewu). Kształt naczynia w górnej i dolnej części zwężany; w górnej części naczynia jedno prostopadle ułożone duże ucho. Na zewnętrznej części dna sygnatura producenta.
Tego typu naczynie, ze względu na swoją odporność na kwasy czy nieprzepuszczalność wody, doskonale nadaje się do przechowywania cieczy. Z racji taniej produkcji kamionki, garnek były niezbędnym obiektem w każdej kuchni. Naczynia te wykorzystywano zwłaszcza przy kiszeniu warzyw, np. ogórków czy kapusty. Bunclok z przygotowaną kiszonką był nieraz zamykany pasującą kamionkową pokrywką. Na Śląsku używany do robienia żuru.
Naczynia kamionkowe były znane i używane już w starożytności. Na obecnych ziemiach polskich ich obecność została potwierdzona w XVI w. Pierwszy cech kamionkowy powstał w Bolesławcu na Dolnym Śląsku. Tereny te obfitowały w złoża gliny, a od XVIII w. ośrodek uważano za najbardziej liczącą się fabrykę ceramiki na świecie.

Spółdzielnia ,,ZAWADA". Wióry, baźki i siódemki. “Koziegłowy – zapomniany ośrodek twórczości rękodzielniczej”. Część5

 Spółdzielnia ,,ZAWADA". Wióry, baźki i siódemki. “Koziegłowy – zapomniany ośrodek twórczości rękodzielniczej”. Część5

Produkowany na szeroką skalę asortyment służący celom nie tylko użytkowym, ale przede wszystkim estetycznym, szybko tracił świeżość i atrakcyjność. Nowości były w cenie. Chciano dłużej zatrzymać uwagę klienta, dawać mu coraz to nowsze powody do zachwytu. Nadzór artystyczny, który miał na celu czuwanie nad właściwym i dokładnym wykonaniem dzieła, nie miał w sobie mocy, by sam tworzyć nowe wzory. Mógł sugerować, popychać twórczynie do kreatywnego myślenia, podpowiadać. Żeby jednak artystyczność w ośrodku nie wygasła, postawiono na organizację konkursów. Być może w „Zawadzie" takim impulsem to organizowania własnych przedsięwzięć konkursowych była informacja, która przyszła do spółdzielni w 1969 roku i donosiła, że w przeglądzie pamiątkarstwa „Zawada" otrzymała wyróżnienie w wysokości pięciuset złotych. Była to całkiem rozsądna kwota, nie zdobyła jej żadna konkretna osoba, ale temat „chwycił". Organizacja przedsięwzięć miała nie tylko pozyskiwać nowe wzory - liczono również na odkrycie kolejnych talentów, które wyrażałyby chęć tworzenia na rzecz spółdzielni.

Co prawda problemu z chałupniczkami już nie było, po okresie nieufności z każdym rokiem chętnych przybywało, jednak żywiono nadzieją że jeszcze nie wszystko w terenie zostało odkryte. W 1971 roku Spółdzielnia Pracy Przemysłu Artystycznego „Zawada" rozpisała otwarty konkurs na wyroby ludowe -lalki, koszyczki, kwiaty, abażury, serwetki i jaja wielkanocne. Mogli w nim wziąć udział twórcy z Koziegłów, Wojsławic, Koziegłówek i Cynkowa. Pokłosiem konkursu miały być wzory, które pozytywnie ocenione przez nadzór etnograficzny w Warszawie, miały trafić do masowej produkcji". Nie trzeba było być członkiem spółdzielnie by vvziąć w nim udział. Nagrody finansowe byty przyznawane dzięki Funduszowi Rozwoju Twórczości Ludowej i po części wliczane w koszty działalności spółdzielni. Twórczynie zapraszane były również na konkursy organizowane poza siedzibą spółdzielni „Zawada". W przeglądzie Kwiaty dla Polski Ludowej w 1974 roku zdobyły aż trzynaście trzecich nagród, każda po czterysta złotych. Chcąc uhonorować tak spektakularny sukces „Zawady", „Cepelia" zdecydowała o przyznaniu, w podzięce za przygotowanie i zaangażowanie, nagród dla prezesa spółdzielni oraz kierownika do spraw technicznych w wysokości ośmiuset złotych dla każdego z nich. „Cepelia" w tym samym roku wystosowała również pismo do zarządu spółdzielni, chwaląc osiągnięcia konkursowe oraz doceniając trud w rozwój wzornictwa z wiórów osikowych. Dokument, podpisany przez samego prezesa Tadeusza Więckowskiego, niesie ze sobą również prośbę o rozszerzenie asortymentu wzorów o wiórkowe koguty. Prośba „góry" została spełniona, a wiórkowe koguty stały się jednym z najpopularniejszych motywów realizowanych przez chałupników i, obok herbu miasta, symbolem Koziegłów. W dokumentach będących w posiadaniu Archiwum IS PAN w Warszawie znajduje się regulamin konkursu datowany na rok 1985. Dotyczył on pojedynczych kwiatów, elementów dekoracyjnych, ptaków, kogutów, pawi, ozdób choinkowych, choinek i kompozycji kwiatowych oraz koszyków. Pula na nagrody wynosiła prawie sto sie-demdziesiąt cztery tysiące złotych, co przy średniej pensji miesięcznej w tym roku, która oscylowała wokół dwudziestu tysięcy, było całkiem pokaźną kwotą. Konkursy cieszyły się bardzo dużym zainteresowaniem rękodzielników z Koziegłów. Była to dodatkowa okazja, aby nieco dorobić, poza tym prestiż. z którym wiązało się zwycięstwo, również nie byt bez znaczenia.

Autor: Ewelina Mędrala-Młyńska.
Źródło: Wióry, baźki i siódemki. “Koziegłowy – zapomniany ośrodek twórczości rękodzielniczej” , wyd. Muzeum Częstochowskie 2021, str 51-58

Spółdzielnia ,,ZAWADA". Wióry, baźki i siódemki. “Koziegłowy – zapomniany ośrodek twórczości rękodzielniczej”. Część6

 Spółdzielnia ,,ZAWADA". Wióry, baźki i siódemki. “Koziegłowy – zapomniany ośrodek twórczości rękodzielniczej”. Część6

Przez kilkanaście lat organizacji przedsięwzięcia rozszerzyły się w sposób znaczy wzornictwo oraz asortyment. Do połowy lat 80. XX wieku zatwierdzono i wprowadzono do produkcji około dwustu nowych wzorów, w tym około osiemdziesięciu samych kwiatów.

Oprócz konkursów spółdzielnia dwa-trzy razy w roku wysyłała do centrali w Warszawie nowe propozycje asortymentowe, które były analizowane i akceptowane przez nadzory - etnograficzny i artystyczny. Z formularza przygotowanego dla „Cepelii" przez Biuro Wzornictwa „Zawady" za pierwsze półrocze 1986 roku dowiadujemy się, że wyprodukowano wówczas:

• sześćdziesiąt wzorów kwiatów i bukiecików kwiatowych; dziewiętnaście nowych wzorów zostało wdrożonych do produkcji, a dziewiętnaście kolejnych poddano ocenie komisji etnograficznej i wszystkie otrzymały jej akceptację,
• dwadzieścia trzy wzory kogutów i elementów dekoracyjnych; pięć nowych wzorów zostało wdrożonych do produkcji, a osiem przedstawiono komisji etnograficznej i wszystkie otrzymały jej akceptację,
• dwadzieścia pięć ozdób choinkowych; osiem nowych wzorów zostało wdrożonych do produkcji, a jedenaście kolejnych poddano ocenie komisji etnograficznej i dziesięć otrzymało jej akceptację,
• koszyczki i wyroby ze sznurka produkowano w kilku tylko wzorach, nie były one kwalifikowane jako wzory tradycyjne, a artystyczne. Dzięki konkursom organizowanym w tymże półroczu pozyskano siedemdziesiąt dwa nowe wzory oraz trzy nowe osoby do współpracy. Wartość produkcji szacowana była prawie na dwa miliony siedemset pięćdziesiąt tysięcy złotych. Z formularza wyczytujemy również informację, że w 1986 roku dla „Zawady" pracowały już tylko trzydzieści trzy chałupniczki. W tym samym roku „Zawadę" wizytowała z ramienia „Cepelii" doskonale wszystkim znana Teresa Stokowska. Z przygotowanej przez nią analizy produkcji w latach 1983-1985 wynikało, że co prawda ilość chałupniczek wykonujących na rzecz spółdzielni wyroby z wiórów osikowych malała, to jednak zyski nie spadały. Udział wytwórczości z łyków w zyskach spółdzielni oscylował wokół dwudziestu czterech procent i wykazywał tendencje wzrostowe. To co przykuwa uwagę, to kwoty prezentowane w tabelach zysków czternaście, siedemnaście, dwadzieścia jeden milionównów (kwoty zaokrąglone, odpowiadają analizowanym latom produkcii) jako całoroczny przychód ze sprzedaży. Porównując je z oszacowanym na około trzy miliony kosztem skupu ozdób od rękodzielników pierwsze półrocze 1986 roku, widzimy, jak opłacalna była dla Spółdzielni Pracy Rękodzieła Ludowego i Artystycznego „Zawada" kooperacja z chałupnikami. W 1975 roku po raz kolejny zmieniono nazwę spółdzielni. Bardzo ciężko rozeznać się we właściwych nazwach, ponieważ sami pracownicy i członkowie zarządu ,,Zawady" używali jej w oficjalnych pismach niekonsekwentnie. Na potrzeby tej publikacji zostały przyjęte następujące miana zakładu pracy oraz daty ich obowiązywania - 1958-1963 - Spółdzielnia Przemysłu Ludowego i Artystycznego „Zawada", 1964-1974 - Spółdzielnia Pracy Przemysłu Ludowego i Artystycznego „Zawada", od 1975 - Spółdzielnia Pracy Rękodzieła Ludowego i Artystycznego „Zawada". Nie należy zapominać, że obok chałupniczej działalności „Zawada" przez cały czas realizowała swoją główną misję statutową, czyli produkowała tkaniny. Zakład stale był modernizowany, działały tkalnie mechaniczne i działy pomocnicze, jak farbiarnia tkanin, a dzięki finansowej pomocy „Cepelii" wybudowano lokalną oczyszczalnię ścieków. Tkaniny z jedwabiu poliamidowego powlekanego środkami wodoodpornymi, czyli popularny ortalion, sprzedawane były zakładom odzieżowym i szyjącym torby podróżne. Próbowano się przestawić na produkcję tkanin naturalnych, ale na przeszkodzie stanął problem z dostępem do surowca.
Autor: Ewelina Mędrala-Młyńska.

Źródło: Wióry, baźki i siódemki. “Koziegłowy – zapomniany ośrodek twórczości rękodzielniczej” , wyd. Muzeum Częstochowskie 2021, str 58-60 

„La Czenstochovienne” 1908r

 „La Czenstochovienne” 1908r

W 1884 roku grono kapitalistów krajowych wybudowało pod Częstocho-wą zakłady fabryczne. mające wyrabiać tkaniny lniane. Następnie zakłady te nabyła firma żyrardowska „Hielle i Dittrich• i wyrabiając tkaniny oraz worki dżutowe (jutowe) eksploatowała je at do 1900 r. W tym czasie przedsiębiorstwo to przeszło do rąk kapitalistów przemysłowców francuskich, którzy utworzyli osobne towarzystwo akcyjne „La Czenstochovienne" i nadali zakładom impuls do nowego, intensywnego, rozlewnego, życia produkcyjnego. Zachowując dawne budynki dla wyrobu juty, wznieśli oni caly szereg nowych. A więc postawiono nową przędzalnię, tkalnię, wykończalnię (apreturę) i farbiarnię. Poczęto sprowadzać bawełnę z gorących krajów i wyrabiać z niej cały szereg towarów wykwintnych, które są specyalnością przemysłu francuskiego. W ten sposób dzięki inicyatywie, pomysłowości i niezrównanemu gustowi francuskich techników u nas w kraju powstał cały przemysł, którego tak zazdrościliśmy Francyj.


Wyroby fabryki „La Czenstochovienne" są to wszelkiego rodzaju korty gładkie, jak również w desenie, na męs-kie ubrania, podszewki i t. p., tkaniny bawełniane, apreturowane w tak umiejętny sposób, że do złudzenia naśladują wełniane materyały. Rzecz prosta, iż nic pozostało to bez wpływu na sztukę gustownego a zarazem taniego ubierania się. Należy przyznać, że tradycyjna praktyczność francuska odnalazła dla przemysłu częstochowskiego znakomitą drogę rozwoju i postępu. FabrykiN: towarzystwa La Czenstochovienne są ogromne. Zatrudniają one 3500 ludzi. Produkcya jutowa dochodzi rocznie do pięciu I milionów worków. Fabryka bawełniana zużywa rocznie okolo 3 milionów kilogramów surowej bawelny i sprzedaje okolo 2 mil. kg. przędzy bawełnianej oraz około 3, 1/2, miliona arszynów tkanin; 3300 koni parowych stanowi siłę konieczną na poruszanie wszystkich maszyn i warsztatów. Głównym dyrektorem tych zakładów jest pan Achille Marchal. Personel składa się z samych francuzów i polaków. A przy wspólnej pracy polacy mają przed oczami wzór istotnie wielkoeuropejskiej inicyatywy, wytrwałości, systematyczności i porządku. Francuzi bowiem jako pracownicy posiadają więcej zalet i to gruntowniejszych aniżeli niemcy, u których istnieje trudno dające się wykorzenić dążenie do tandety; a po za stusunkami ściśle fabrycznemi są to ludzie o kulturze wyższej i głębszej. Jeżeli nie wszędzie tam, gdzie pracują oni, śród nas wytworzyły się tak doskonałe stosunki współżycia, jak tego tradycye by wymagały i jak było by pożądanem, to należy wziąć pod uwagę, że dla wyrobienia się stosunków takich potrzeba przecież i czasu, i dobrej woli z naszej strony, przez dłuższy okres działającej.

„La Czenstochovienne" dba o swój personel. Przy zakładach istnieje szkoła elementarna na 120 dzieci robotników i ochronka na tyleż dzieci. Robotnicy i ich rodziny mają zapewnioną pomoc lekarską; towarzystwo optaca stałego lekarza i felczera. Z innych urządzeń społecznego charakteru na pierwszem miejscu należy postawić straż ogniową fabryczną, z 70 osób złożoną, posiadającą jedyną w mieście sikawkę parową. Bogato też się przedstawia orkiestra fabryczna, z 24 amatorów— muzykantów złożona. Istnieje sala teatralna, gdzie robotnicy dają przedstawienia amatorskie. Wzniesiono też kąpiele wannowe i natryskowe dla robotników. Inaczej mówiąc, kierownicy fabryki, pomimo te dopiero lat kilka tu gospodarują, pomyśleli o różnostronnych potrzebach robotników swoich, kulturalnych i zdrowotnych. Mar.


Źródło: ,,Świat ", Pismo tygodniowe ilustrowane , R III, Dnia 27 Czerwca 1908, http://mbc.cyfrowemazowsze.pl/.../00073155-_Swiat-pismo..

Eksponat tygodnia. Stołek i babka do klepania kosy. Zbiory Muzeum Regionalnego w Kamienicy Polskiej

 Eksponat tygodnia. Stołek i babka do klepania kosy. Zbiory Muzeum Regionalnego w Kamienicy Polskiej .

Wraz z rozwojem rolnictwa przyszła konieczność szybszego ścinania większych ilości zbóż. Myśl ludzka stworzyła kosę.
Cała tajemnica kosy tkwi w odpowiednio ukształtowanej klindze – lekko wygięta do wewnątrz, zaopatrzona w usztywniający grzbiet i naostrzona jest w stanie ścinać nawet cienkie źdźbła trawy. Aby tak było ostrze kosy należy dodatkowo wyklepać. Używa się do tego celu małego kowadełka, tzw. „babki” i młotka. Na „babce” opiera się ostrze kosy i delikatnie, miejsce w miejsce uderza się młotkiem czyniąc ostrze jeszcze cieńszym, jednocześnie utwardzając je. Przed samym użyciem, jak i w trakcie koszenia kosę należy dodatkowo ostrzyć specjalną osełką. Pierwotnie były one wykonane z piaskowca. Zarówno klepanie kosy jak i jej ostrzenie wymaga wprawy ponieważ niewłaściwie wykonane może spowodować zniszczenie ostrza. Dawniej rozróżniało się kosy „miękkie” i „twarde”. Te pierwsze nie były hartowane, pomimo to podobno kosiło się nimi lepiej.

Łatwiej było je wyklepać, za to częściej wymagały ostrzenia. Kosy „twarde” – hartowane – wyklepać jest dużo trudniej. W opracowaniu ,,Rok obrzędowy mojego regionu, Stowarzyszenie Twórców Ludowych, Lublin 2003, autor: Alfreda Magdziakowa piszę „Bardzo ważne było posiadanie dobrej kosy, co czyniło robotę o wiele lżejszą. Wśród chłopów byli znawcy kos, których proszono o pomoc przy kupowaniu tego narzędzia. Taki znawca przytknął paznokciem do żelaza i po dźwięku poznawał, czy jest zrobiona z dobrego materiału. Dźwięk czysty, wysoki oznaczał dobry materiał. Dźwięk głuchy wskazywał na zły materiał i takiej kosy nie kupowano. Żydzi często brali takich znawców jak jechali po towar. ….. Po przyszykowaniu kos szło się kosić łąkę grubo przed wschodem słońca, na tzw. rosę. Zaczynano tak wcześnie, gdyż lżej, lepiej kosi się trawę z rosą. Pracę podejmowano wspólnie, jedni szli kosić do drugiego, ponieważ w kilku robota szła sprawniej, szybciej. … W południe kobiety szły na łąkę z grabiami i rozbijały grube pokosy, żeby szybciej schły. A po dwóch pogodnych dniach odwracały siano grabiami, co również przyśpieszało schnięcie. Po kolejnych pogodnych dniach siano zgrabiano w wały i składano w kopice. Potem zwożono je do stodół, brogów albo układano w stogi”.

Wracając do kosy tradycyjnej – to narzędzie na przestrzeni wieków pełniło jeszcze jedną rolę. Wystarczy bowiem drobna modyfikacja pozwalająca na osadzenie kosy na sztorc i przemienia się ona w jedną z najstraszniejszych broni jaką człowiek kiedykolwiek się posługiwał. Składa się na to zarówno jej długość (kosisko 1,6-2 m, klinga 0,6-0,8 m) jak i niesamowita ostrość połączona ze sztywnością klingi. Poza dużym zasięgiem rażenia kosa umożliwia też zadawanie bardzo silnych, oburęcznych uderzeń. Do tego klinga nie jest bardzo ciężka co z kolei wpływa na szybkość operowania taką bronią. No i jej dostępność – w dawnych czasach była w każdym gospodarstwie i w razie czego mogła zostać użyta również do odparcia ataku najeźdźcy.

Użycie kosy w charakterze broni najczęściej kojarzy się z kosynierami Tadeusza Kościuszki. Jednak kosy używane były zarówno wcześniej, np. podczas „potopu szwedzkiego”, jak i później – w XIX wiecznych powstaniach. Jeszcze na początku II wojny światowej, w 1939 roku istniał oddział Kosynierów Gdyńskich używających kos do czasu zdobycia innej broni. 
P