Łączna liczba wyświetleń

sobota, 24 stycznia 2026

Dworska codzienność. Pałac w Czarnym Lesie. Autor Leonard Jagoda.

 Dworska codzienność. Pałac w Czarnym Lesie. Autor Leonard Jagoda.


Kiedy 25 letni Jan Marchewka z Czarnego Lasu, wrócił szczęśliwie z III Powstania, stał się zarządcą majątku dziedzica Rogowskiego. Razem z cegielnią był to obszar około 750 hektarów. Dzień pracy rozpoczynało bicie dzwonu, do którego melodii rodziny dworskie układały przeróżne słowa. Np. Gałgany gałgańskie, wychodźcie na pańskie. Weźcie se kosycki, zbierajcie kamycki. Ten sam dzwon, ale już weselej oznajmiał przerwę obiadową oraz futer pauzę dla koni,. Jan Marchewka rozdzielał zadania w miejscu gdzie stała dworska waga, a później doglądał ich wykonania. W chlewni przy osiemdziesięciu krowach pracowało osiem kobiet, a ich brygadzistą był niejaki Młotek. Do przywileju zarządzania miał dodany obowiązek usuwania gnoju z krowich stanowisk. Służyły do tego widły i sanie, czyli laweta zwana śleprem (schlepper). Choć nie było chłodni jak dzisiaj, mleko schładzano skutecznie, stawiając bańki na rusztowaniu zanurzonym w źródlanej wodzie. Zimnych źródełek wokół dworu było kilka. Taka chłodnia nie robiła hałasu nie zużywała energii i stale utrzymywała właściwą temperaturę. Innym potrzebom schładzania służyła lodownia. Był to bunkier przy stawie obsypany ziemią, na którego stropie rosły drzewa. W zimie gromadzono w nim tafle lodu, które później w ciągu upalnego lata służyły za lodówkę. O trwałości przechowywanej żywności, a szczególnie mięs decydowała długość chłodnego wędzenia, dla innych umiejętność marynowania, a jeszcze dla innych sposoby solenia. Chleb czyniony na zakwasie nie ulegał czerstwieniu. Podobnie konfitury długo wysmażane trwały w świeżości.


Najtrudniejsze prace, takie jak orka i młocka wykonywano przy użyciu maszyn parowych. Małe parowozy stały na dwóch krańcach oranego pola i przeciągały linę. Do siebie z doczepionym dwustronnym pługiem (każdy po pięć lemieszy) i od siebie na biegu jałowym. Na pługu siedział operator i kierownicą naprowadzał pług do bruzdy Praca na luzie zmuszała palacza do mocnego palenia pod kotłem, by pary starczyło na orkę. Węgiel i wodę do maszyn dowożono parą wołów. Bywało, że oracze na pochyłym polu nie widzieli się wzajemnie, wtedy używali parowego gwizdka, sygnalizując jakieś stany. Co pięć lat był zwyczaj głębokiego orania ziemi dworskiej, wtedy pot z maszyn i ludzi lał się ciurkiem. Jeśli pług natrafił na pień starego drzewa lub większy kamień, to operator na pługu był w niebezpieczeństwie.
Młocarnie napędzane były również maszynami parowymi. Ich wydajność była imponująca. Dość powiedzieć, że do ogromnej gardzieli maszyny wrzucało snopy aż czterech mężczyzn. Przy tej pracy występowało stale zagrożenie pożarowe. Jedna stodoła i kilka stogów spłonęło. Komin maszyny parowej był podciągany korbą i mierzył 4 metry. Te same maszyny służyły do napędzania pił tartacznych, a nawet młynów, jak w Koziegłowach przy ulicy Żareckiej. W dworskiej cegielni używano ich do transportu i przerobu gliny, jak również do tłoczenia cegieł i rurek drenarskich. Nie zdarzyło się, aby komuś we dworze zabrakło pracy. Zawsze było można posłać robotników do cegielni, by tam pryzmowali glinę do zmarznięcia. Z opowiadań ostatniego właściciela cegielni wiem, że w ścianie gliny odkryto kiedyś skamielinę ogromnego dębu.
Na wzgórzu po wschodniej stronie dworu znajdował się cielętnik z owczarnią. Tam też mieszkał gajowy Franciszek Kuczyński, zwany festrem. Gajowy decydował o wyrębie drzewa i przydzielał okolicznej biedocie pniaki do kopania. Kierował grube drewno na tartak, a gałęzie przydzielał rodzinom dworskim na opał. Prowadził szkółki z sadzonkami i zalesiał wcześniejsze wyrębiska. Część zabudowań w tym kompleksie miała charakter polowy. Grube świerki służyły za filary stodół, a deski gorszego gatunku za ściany.
Praca gajowego Kuczyńskiego była bardzo niebezpieczna. Nieustannie na dworskim terenie grasowali i kłusownicy. Nie zawsze mieli broń, ale posiadali inne umiejętności łapania dzikiej zwierzyny. Wypatrzony zając na podorywce, rzadko miał szansę ucieczki. Dwaj osobnicy uzbrojeni w lekkie widły krążyli wokół niego zataczając coraz mniejsze koła. Tak skołowany zając kończył tragicznie. W dniu 17 czerwca 1933 roku, prasa donosiła o postrzeleniu jednego z kłusowników przez gajowego Kuczyńskiego. Był nim Antoni Masonik z Rudnika. Jego zuchwalstwo polegające na nieprzestrzeganiu żadnych reguł w łowiectwie i było znane w całej okolicy. Wtedy groził gajowemu widłami, choć ten miał fuzję i był szybszy. Na zwierzynę grubszą zakładano wieczorem wnyki, a wcześnie rano je zbierano, by uśpić czujność gajowego. Z lasu stale ginęło drewno, z łąk siano, a z pól zborze. Kiedy je ścięto i stało w kozłach, chytry złodziej przyjeżdżał na pańskie pole rowerem. Rozciągał na ściernisku płachtę i ustawiał na niej rower odwrócony kołami do góry. Rozpędzone szprychy, skutecznie młóciły czuprynę snopka. Dalszej selekcji dokonywały już kury w chałupie szkodnika. Dwór miał własny spichlerz, z którego Marta Krawczyk wydawała ustalone limity zboża na mąkę dla dwudziestu rodzin. Piec chlebowy stał na zewnątrz pośród dworskich zabudowań Miał dwa paleniska i pracował wg ustalonej kolejki. Wtedy we dworze mieszały się różne zapachy. Przez wysoki na 28 metrów komin wydobywał się zapach z gorzelni. Czasem przyjemny zapach pieczonego chleba i wędzonego boczku mieszał się z mniej przyjemnym zapachem z krowich obór. Komin gorzelni rozebrano w 1937 roku, a cegła miała posłużyć zarządcy, Janowi Marchewce na budowę domu, jednak Niemcy w 1939 roku zadecydowali o utwardzeniu nią drogi. Dziedzic Rogowski junior organizował polowanie raz w roku, ale za to z dużym rozmachem. Nagonka zataczała ogromne koło od Siedlca, Rudnika i Mzyk. Wielkie święto, jakim było polowanie zatrzymywało wielu gości na dłużej, a nawet długo dłużej. Ucztowanie i picie osiągało wtedy najlepsze standardy polskiej tradycji szlacheckiej. Bywało, że Rogowski budził się tylko na chwilę i nie mógł zabawiać zaproszonych tu pań. Znudzone i rozkapryszone musiały się zadowolić towarzystwem kredensowego, Józefa Bakoty, któremu wszyscy zazdrościli uprzywilejowanej pozycji. Sceny z damą na huśtawce, lekko kołysaną przez kredensowego były bardzo romantyczne. Opowiadał też pospólstwu, że kieliszki u Rogowskiego są jednorazowe. Po wypiciu tłuczono je z rozmachem. Rogowski często też podróżował do znanych kurortów w otoczeniu szczebioczącej damskiej młodzieży. Takie problemy i praktyki syna doprowadziły w końcu Rogowskiego tatę do bankructwa. Kiedy nie płacił robotnikom, ginęły szyny w cegielni i potrzebny sprzęt do gospodarstwa. Zadłużony majątek zlicytowało wkrótce Przedsiębiorstwo Osadnicze „Ślązak” sp. z o.o. w Katowicach. Dokonano wtedy parcelacji majątku, który nadal liczył 500 hektarów. Po podziale na mniejsze i tańsze kawałki, ziemię tą mogli już kupić mniej zamożni chłopi. Wśród nich był mój dziadek, Leonard Lis z Gniazdowa. W ten sposób przejąłem dawne serwituty przodków. Kilka starych dębów opowiada mi o tamtych czasach. Zamek z zabudowaniami dworskimi i przyległym gruntem 29, 65 ha, kupił w 1938 roku za 48 000 zł. Wojciech Kaczorowski. Zapłacił gotówką 33% ceny, a resztę miał spłacać przez 20 następnych lat. Po wojnie odzyskał majątek z dworkiem, a w roku 1963 sprzedał go Tadeuszowi i Marii Wojtaszak. Po 10 latach kolejnym właścicielem za 900 000 zł została Rolnicza Spółdzielnia Produkcyjna „Przełom” z pobliskiej Lubszy. Socjalistyczna Spółdzielnia zarządzała też u siebie dawnym majątkiem księcia Donnersmarcka.
Autor: Leonard Jagoda.
Źródło: http://historia.kozieglowy.org/r-7-zakamarki-historii.../


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz