Trzy kartofle długu. Autor Leonard Jagoda.
Dr Adrian Rudzinski wykłada pedagogikę na Flinders University Adelajda w Australii. Tam się urodził, a kiedy trochę podrósł i był już „łebkiem” odbył swoją pierwszą poważną podróż. Przyleciał do Koziegłów, do rodzinnego domu swojego ojca Wojciecha. Emocje, jakie towarzyszyły tej podróży były bardzo wielkie toteż dobrze zapamiętał nasze miasto z roku 73-go i spotkanych tu ludzi. Odwiedził grób swoich dziadków, powędrował trochę po Jurze, a później z wujkiem Kazikiem i rodzicami pojechali do Oświęcimia, aby zobaczyć obóz i sfotografować się przed blokiem nr 24a. Jego ojciec Wojciech Rudziński zmarł w Australii w 2005 roku pozostawiając potomkom nagrane na taśmie magnetofonowej wspomnienia z Koziegłów i ponure obrazy z pobytu w trzech obozach koncentracyjnych (Auschwitz, Flossenburg i Dachau). Adrian często wraca do tych nagrań i za każdym razem odnajduje w nich coś nowego, do czego wcześniej nie przywiązywał takiej uwagi. Tak było i w roku 2014, kiedy na nowo wysłuchał opowieści o trzech kartoflach, które tam w obozie ratowały życie. Jakaś udręka w myślach kazała mu zadzwonić do Koziegłów i zapytać, komu mógłby za te trzy kartofle podziękować?
Rudzińscy przyprowadzili się do Koziegłów z Kamienicy Polskiej w latach 20-tych ubiegłego stulecia. Trudne początki, niewielkie gospodarstwo i powszechna bieda. Tuż przed wybuchem II wojny światowej, Wojciech osiągnął wiek poborowy i trafił do 4 Pułku Strzelców Podhalańskich w Cieszynie. Tam w 1938 roku poszedł odbierać Czechom Zaolzie. Wybuch i pierwsze dni wojny to cofanie się jego pułku przed Niemcami, mała potyczka pod Krakowem, a później klęska zakończona rozbrojeniem przez Rosjan na Bugu. Stamtąd ucieczka przed zesłaniem w nieznane i powrót piechotą do Koziegłów. Tu już na dobre rozgościli się Niemcy i w domu też nie było bezpiecznie. Aby pozbyć się stałej niepewności, Wojciech postanowił podjąć pracę w niemieckiej kopalni na Śląsku. Pod koniec 1942 roku też stamtąd uciekł, ponieważ pensja w markach już nie wystarczała na wyżywienie w przykopalnianej stołówce.
Niedługo po tym, 15 stycznia 1943 roku o godzinie drugiej w nocy podjechała pod dom Rudzińskich na ul. Woźnickiej ciężarówka i kilku gestapowców. Po minucie Wojciech znalazł się na pace, gdzie spotkał kilku kolegów, do których już wcześniej zapukano kolbami. Rano znaleźli się wszyscy w budynku Gestapo w Zawierciu. Zwykłe formalności: Name, adresse, kennkarte, fingerabdrücke. Żadnych innych wyjaśnień i pytań, a kiedy gestapowiec zauważył jakieś znużenie więźnia, to podchodził i wymierzał głośny policzek. Po załatwieniu tych formalności skuto ich po pięciu i odprowadzono na dworzec Warthenau (Zawiercie). Po 4 godzinach pociąg dotarł do dworca w Oświęcimiu, a stamtąd jakaś setka więźniów doszła pieszo do obozu. Najpierw marsz do łaźni, fryzura na pałę i pasiak. Słomiany siennik, koc, miska i zakwaterowanie w bloku nr 24a. Przez następne trzy tygodnie niewiele nie działo. Tylko nauka marszu, apele i ćwiczenie rozkazów typu: myce ab (czapki z głów). Jak się później okazało była to tylko kwarantanna przed skierowaniem do właściwej pracy. Ta w przypadku Wojciecha polegała na rozbudowie i naprawie torów kolejowych w mieście i wokół obozu. Kapo, który ich pilnował, jeśli zauważył, że ktoś próbuje odpocząć, to dolatywał z kijem i bił. Racje żywnościowe zawsze te same; rano herbata ziołowa, o 10-tej kawałek chleba z margaryną, w południe zupa na ziemniakach lub burakach i o 18-tej kawałek chleba z margaryną i herbatą. Wieczorem było trochę czasu wolnego i możliwość porozmawiania w najbliższym gronie więźniów. Temat rozmowy był najczęściej ten sam, czyli o jedzeniu. Przed spaniem o godzinie 20-tej można było chodzić pomiędzy piętrami i w pobliżu budynku. Jedna z takich wycieczek podziałała przygnębiająco na Wojciecha, kiedy zobaczył w oknie innego bloku swojego brata Kazimierza. Jak się później okazało bracia Kazimierz i Stanisław przybyli do obozu, aby zapytać o los Wojciecha i przyczynę aresztowania. Odpowiedzi żadnej nie otrzymali, a za swoistą arogancję wobec władz też zostali więźniami. Inne przeżycie obozowe na długo przetrwało przy Wojciech, a teraz jest udziałem jego syna Adriana i przyczynkiem tego tekstu. Otóż pewnego dnia Wojciech otrzymał od kogoś przesyłkę a w niej trzy kartofle. Po wielu dniach okazało się, że tym wielkim dobrodziejem był współwięzień Józef Znamierowski z Koziegłów. Te trzy kartofle, do których Wojciech często wracał może nie uratowały go od śmierci głodowej, ale od śmierci psychicznej. Choć na chwilę pojawiła się w nim nadzieja i wiara w człowieka. Nie było czasu i okazji do podziękowań, gdyż po dwóch miesiącach przeniesiono Wojciecha do obozu we Flossenburgu. Tam przez 2 lata pracował w kamieniołomie granitu na granicy życia i śmierci. Niemcy wciąż rozbudowywali ten obóz i dostarczali nowych więźniów. Do Bawarii przenoszono też niemiecki przemysł zbrojeniowy potrzebujący stale niewolniczych rąk do pracy. W pozostawionym nagraniu Wojciech wspomina, że skrajnie wyczerpani więźniowie rzucali się w pogoń za myszami i łapali je żeby się posilić czymkolwiek. Tak samo żaby i inne robactwo nie było w pogardzie głodujących. Kiedy pilnujący Kapo dostrzegł taką sytuację, kazał przyłapanemu więźniowi spacerować po obozie z myszą w ustach. Wielu więźniów tego nie wytrzymywało i rzucało się na druty. Ci, którzy przeżyli byli wieszani za sabotaż na oczach więźniów. Pod koniec pobytu przybywało szubienic, a tempo straceń rosło. Więźniowie tamtejsi jeszcze w roku 1944 i na początku 1945 nic nie wiedzieli o klęsce Hitlera pod Stalingradem (02.08.1943) i niewiele mogli odczytać z twarzy niemieckich majstrów, którzy nadzorowali ich pracę przy montażu kadłubów samolotowych. Ktoś klecił tylko rymowanki typu: Słoneczko wyżej, Sikorski bliżej. Jedyne wnioski do spekulacji można było wyciągać z bestialskiego traktowania więźniów rosyjskich. Jedno ze wspomnień Wojciecha jest dość zaskakujące. Opowiada o więźniu, który miał specjalny status. Nic nie robił, najadł się do syta i kiedy inni pracowali on opalał się na słońcu. Przybrał na wadze i chodził własnymi drogami. Więźniowie nie mieli względem niego podejrzeń, że jest kimś ważnym, albo też donosicielem. Najprawdopodobniej ten zakaz pracy, też był jakąś udręka i eksperymentem na więźniu. Dopiero 20 kwietnia 1945 roku SS zarządziło ostateczną ewakuację obozu we Flossenburgu i przeniesienie go do Dachau. Już dwa tygodnie wcześniej Niemcy wywiesili białe flagi, ale Amerykanie tam jeszcze nie dotarli. Wielu strażników obozowych bezpiecznie uciekło. Nie bacząc na tą sytuację w ostatnich dniach wyprowadzono z obozu wielu Rosjan i rozstrzelano w pobliskim lesie. Następnie formowano grupy po 500 osób i ruszano w drogę. Marsz śmierci odbywał się bocznymi drogami z częstym przeczekiwaniem w osłoniętych miejscach tak, aby nie dostrzegło ich lotnictwo amerykańskie. Padał deszcz, więźniowie pchali wozy z obozowym dobytkiem strażników i umierali z wycieńczenia. Skończyły się zapasy żywności i wszyscy dostawali tylko małe porcje surowego ziarna. Kto się próbował oddalić lub spowalniał marsz został zastrzelony i tak przez 8 dni. Obóz we Flossenburgu został wyzwolony 23 kwietnia 1945 roku, a obóz w Dachau 29 kwietnia. Wojciech był tam więźniem tylko przez trzy dni. Radość wolności, też przynosiła śmiertelne żniwo. Więźniowie, którzy zdobyli na mieście jakąś żywność szybko umierali. Takiego obciążenia ich organizm nie był w stanie wytrzymać. Aby utrzymać ich przy życiu, jedzenie musiało być podawane jak lekarstwo. Wojciech zachorował na tyfus, ale amerykańskie służby medyczne były na to przygotowane. W chwili wyzwolenia ważył 35 kilogramów. Niewiele pamięta, bo tracił już przytomność. Po wyzwoleniu pozostał w obozie, gdyż nie miał gdzie mieszkać. Życie zawdzięcza lekarzom z 116th Evacuation Hospital Unit 2 Camp Dachau. Jego rekonwalescencja trwała do października 1945 roku.
Po odzyskaniu zdrowia, Amerykanie zaproponowali Wojciechowi pracę w 4095 Labor Service Company US Army. Otrzymał stopień Guard, czyli wartownik. W obozie, w którym do niedawna był tylko numerem 4429, teraz otrzymał broń i strzegł bezpieczeństwa nazistowskich zbrodniarzy. Wśród nich słynna bestia Ilse Koch, prominentny zabójca Otto Skorzenny i kilka podobnych kanalii. W roku 1950 Wojciech Rudziński wyemigrował z Niemiec do Australii. Polskę odwiedził jeden raz w 1973 roku. W sprawie trzech kartofli długu zadzwoniłem do Pana Mieczysława Znamierowskiego we Wrocławiu. Jest on bratankiem Józefa Znamierowskiego i opowiedziałem mu kawałek tej historii. Kawałek, bo dużo więcej miał mi do powiedzenia Pan Mieczysław.
Autor: Leonard Jagoda.


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz