Żydzi w historii Koziegłów. Handel.
Handel był głównym zajęciem społeczności żydowskiej w Koziegłowach. W dzień targowy, czyli w czwartek przed wojną, emocje kupieckie osiągały tu stan wrzenia. Już bardzo wcześnie na targ podążały furmanki, rowerzyści i piesi z tobołkami. Rynek z każdą chwilą stawał się pełniejszy i tętnił kupieckim rytmem do samego południa. Warme bobele, warme bobele (gorący bober) krzyczała jakaś Żydówka. Inny kupiec jeszcze głośniej: kupcie sraluchowi kaszkiet (kupcie czapkę młodzikowi). Tak samo głośno krzyczała niesiona pod pachą gęś, a gdy już ucichła, to i tak wszyscy jeszcze długo się przekrzykiwali. Masło po półtora złotego, sery po pół, a jaja od 4 do 10 groszy. Ceny zmieniały się w zależności od tego, ile wykupiły towaru handlarki na targ w Będzinie. Na straganach: obuwie, łokciówka, chłopskie portki, babskie bluzki, czapki, mycki i kaszkiety. Buty tandetne, co nie zasługiwały aby leżeć na straganie, kosztowały tylko złotówkę. Te eleganckie z wyściółką z kory lipowej, lub robione na miarę ceniono już po dziesięć. Bycze skóry z żareckich garbarni zachwalano na podeszwy, a te cieńsze z królików, kun i lisów na kurtki zimowe. Było wapno do bielenia chałupy i ultramaryna w proszku. Słonina różnej grubości i drewniane wiązki przepasane słomą. Były smolne szczapy do rozpalania pod blachą, kartofle (gitoflis), kaczki pieczone na szabas i maść na brodawki. W klatkach pod bożnicą stłoczono króliki, kury, gęsi i gołębie. Gęsi, jakieś takie ociężałe. Wcześniej w przydomowych komorach wpychano im pewnie kluski jęczmienne, a wszystko dla ich wątróbek, które i dla pana dziedzica mogły być przysmakiem. Biedne ptactwo, które nie zdzierżyło tego przymusowego obżarstwa, najczęściej kończyło swój żywot w mękach.Chłopi po przejściu przez rynek ciągnęli dalej na ulicę Targową. Tam na żeleźniakach: zboże, łubin, koniczyna i małe cielęta. Lewek Tenenberg, co handlował ziarnem, czekał do zakończenia handlu i dopiero bliżej południa przyjaźnie zagajał: Wasz ojciec to był człowiek mądry, u mnie sprzedał jesienią, a kupował wiosną. Po powrocie na rynek chłopi szukali swoich bab, co nie było takie łatwe, bo wszystkie nosiły modne wtedy zapaski i były jak muzułmanki trudne do rozpoznania. W czwartek na rynku spotykali się wszyscy roznosiciele gazet. Redagowana przez Konstantego Ćwierka (dawnego kierownika szkoły w Gniazdowie), popularna w Zagłębiu gazeta Siedem Groszy, kosztowała 8 groszy. Do wyboru były jeszcze: Tempo Dnia, Gazeta Ludowa, Niedziela, Kurier Krakowski, Kurier Zachodni, Torpeda i pismo satyryczne Wróble na Dachu. Ekskluzywne pismo, Tygodnik Ilustrowany czytał jedynie pan magister Julian Pogorzelski, właściciel apteki na rynku i pan Antoni Skotarski właściciel młyna na Pasiece. Za gazeciarzami biegał Moisio Bomber, który niewiadomo, dlaczego, stale wyrywał sobie włosy z brody. Jarmark, który trwał tak do południa nie przeszkadzał już furmanom, którzy nieco później podjeżdżali z węglem pod dom pani Danielowej. Na węglarzy czekała grochówka gotowana na kościach, żurek na podrobach i pajda żytniego chleba. Zwyczajowo opróżniali jeszcze głębszy kieliszek i udawali się w dalszą drogę. Chyba, że jakieś zuchwałe wyrostki próbowały ściągnąć z wozu większy kruszek węgla, wtedy jeszcze batem musieli pogrozić, a czasem i przylać.
O, właśnie podjechał samochód, zatrąbił dwa razy i pewnie chce wlać benzynę z pompy pana Wernera. Tym trąbieniem tak przestraszył Icka, że ten rozlał całą ćwiartkę nafty.
Trochę się już zmienił tamten rynek przedwojenny, choć nadal nie ma wokół niego urokliwych kamieniczek, zdobnych gzymsów, ani płaskorzeźby pod szczytem ratusza. Mimo tej szorstkiej urody, rynek ani na chwilę nie przestał regulować rytmem naszego miasta i okolicy.
Autor: Leonard Jagoda
Źródło: http://historia.kozieglowy.org/r-10-zydzi-w-historii.../

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz