Łączna liczba wyświetleń

poniedziałek, 5 kwietnia 2021

Sylwetki kamieniczan. Jan Szmida.

 Sylwetki kamieniczan. Jan Szmida.



Przedstawienie sylwetki mojego ojca- Jana Szmidy, będzie rodzajem hołdu dla niego, dla starszych czytelników „Korzeni" przypomnieniem tamtych czasów, dla młodszych -małą historią. Slużbę wojskową odbywał w Warszawie. Ukończyły 5-tygodniowy kurs bibliotekarski przy Referacie Oświatowym Garnizonu Warszawskiego z wynikiem celującym i bardzo ładną charakterystyką swojej osobowości. Od 1 stycznia 1920 r. do 18 czerwca 1921 r. pracował w Kancelarii Komisji Transportów Zagranicznych Departamentu Gospodarczego Ministerstwa Spraw Wojskowych, gdzie otrzymał dobrą opinię. Następnym etapem jego życia było prowadzenie biblioteki żołnierskiej, gdzie wykazywał wiele inicjatyw kulturalno-oświatowych, organizując wieczorki literackie, na które zapraszał współczesnych pisarzy, min Kornela Makuszyńskiego (wspominał go, gdy byłam dzieckiem). Po zakończeniu służby wojskowej ukończył w Warszawie kursy budowlane i po powrocie do rodzinnej Kamienicy Polskiej otworzył w 1923 r. warsztat betoniarski. Wyrabial w nim dachówki, pustaki i rury studzienne. W 1929 r. rozszerzył swą działalność na Poraj i Myszków, używał roweru jako środka lokomocji jeżdżąc do tych miejscowości.



Po wybuchu wojny w 1939 r. na plac w Romanowie, gdzie byly przygotowane wyroby betoniarskie, zamówione i częściowo zapłacone przez klientów, wkroczyli Niemcy mówiąc „von Heute alles ist unsere" (od dzisiaj jest wszystko nasze). Tato został więc dłużnikiem swoich klientów. Jedynie pożyteczną pamiątką po tamtych czasach był kawałek betonowego chodnika przy szkole, poczcie i częściowo basen kąpielowy. Tato byl wielkim patriotą, po upadku powstania wspomógł dzieci Warszawy daniną. o wartości 3000 zł (przedwojennych), które były ofiarowane za pośrednictwem Kościoła. Muszę wspomnieć, że w piwnicy naszego domu podczas okupacji przechowywał rodzinę żydowską. Mnie jako ośmioletniej dziewczynce było zabronione chodzenie do piwnicy po węgiel, chociaż wcześniej byłam przyzwyczajona do tej usługi. Pamiętam jeszcze jedną rzecz z tego wojennego dzieciństwa, kiedy tato ryzykował życiem.



Nasz dom stał na odludziu, na górce, bez żadnych bliskich sąsiadów, blisko lasu. W lesie byli partyzanci (nazywano ich „chłopcy z lasu"), którzy aby przeżyć musieli coś jeść. Rodzina nasza nie miała gospodarstwa, więc inni gospodarze przynosili do nas chleb, masło, ser, gotowane jajka. Wieczorem tata robił się „elegantem" i trzepał spodnie przed drzwiami wejściowymi do domu i szczekającym psie, co było sygnałem, że „chłopcy z lasu" mogą podęjść po wikt. Po wojnie w 1946 tato uruchomił swój zakład betoniarski, aby oddać ludziom zamówiony przed wybuchem wojny towar i zarabiać na utrzymanie rodziny, którą założył w 1936 r. Przy jakiejś kontroli z Urzędu Skarbowego w Częstochowie zarzucono mu, że nie wpisuje do prowadzonych ksiąg rozchodu i dochodu dużych ilości sprzedawanych dachówek a tylko małe ilości. Pamiętam tę scenę dokładanie, kiedy tato wyszedł przed dom i mówił do tzw. „sekwestratora" - „proszę popatrzeć wkoło, kto tu w okolicy stawia nowy dom i potrzebuje kupować większe ilości?". Ludzie kupowali po 25-50 sztuk dachówek na naprawę dachu po jakiejś wichurze. To było dla Urzędu Skarbowego niewiarygodne i został ukarany dużą karą finansową- to nazywało się wtedy „domiarem". Po tym fakcie zlikwidował swój warsztat pracy i zaczął pracować w kopalni rudy żelaza w Nowej Wsi jako kierownik robót budowlanych, aby utrzymać rodzinę i w ratach spłacać wspomniany „domiar'. Został zdymisjonowany z tego stanowiska na brygadzistę z przyczyny, która dziś może wywołać dużo śmiechu. Fakty były takie , że jeden z pracowników odrobił wcześniej swoją dniówkę w sobotę, bo chciał uczestniczyć w pielgrzymce z Kamienicy Polskiej na Jasną Górę. Gdy w tym dniu pracowmk się zwalniał, tata powiedział „niech też pan za mnie się pomodli". Ktoś „usłużny" doniósł dyrekcji i sprawa przybrała przykry dla taty obrót. Pisano nawet o tym w „Trybunie Robotniczej". Szkoda, że egzeplarz gdzieś zaginął z zasobów domowych. Tak żyło się w naszej socjalistycznej ojczyźnie. Ja w tym czasie (lata50.) dostałam się na studia w Krakowie jako córka „zdegradowanego przedwojennego kapitalisty", nie przyznano mi ani stypendium, ani akademika. Z:ainteresowal się mym trudnym położeniem dyrektor naszego liceum Adam Ferens, który polecił mnie w opiekę swojemu bratu mieszkającemu w Krakowie. Zamieszkałam u niego kilka dni - do czasu rozwiązania mojego mieszkaniowego problemu. Śp. Adamowi Ferensowi jestem wdzięczna do dziś. I takie to były czasy.
Autor: Julia Zajączkowska (Kraków)



O redakcji: Pokwitowanie za tkaninę (zapewne płótno wyrabiane w Kamienicy Polskiej), wartości 3000 zl, dla dzieci z Warszawy„od dzieci Julci i Marysi", a więc córek Jana Szmidy wystawił ks. kanonik Bolesław Wróblewski, proboszcz parafii św. Rodziny w Częstochowie mocno zaangażowany w dzieło pomocy uchodźcom zWarszawy. Kilka transportów z obozu przejściowego w Pruszkowie trafiło do Częstochowy. Uchodźcy, wśród nich także dzieci z warszawskich sierocińców, lokowani byli w prywatnych domach częstochowian, w barakach przy ul. Chłopickiego oraz w domach opieki prowadzonych przez zakonnice. Piękny gest Jana Szmidy wart jest odnotowania. Źródło: Kwartalnik historyczny Kongregacji Genealogicznej ,,KORZENIE” nr 71, R. XIX, 4/2009

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz