Łączna liczba wyświetleń

czwartek, 4 marca 2021

Nasze Liceum.Wspomnienia. Niedźwiedzie mięso.

 Nasze Liceum.Wspomnienia. Niedźwiedzie mięso.

Mój tata był historykiem. Ale przede wszystkim humanistą. Dziś mało osób wie, co tak naprawdę znaczy to słowo.



Uczennica LO w Kamienicy Polskiej p. Zofia Ferens. Początek lat 70-tych. Udostępniła p. Irena Błaszczyk

Co do historii - trzeba ją bardzo dobrze znać, by być ateistą. Odziedziczyłam ateizm po tacie, który zawsze mówił: Chrystus był postacią historyczną. Kropka. Tata poznał moja mamę Marysię Pfabównę w szkole: w gimnazjum w Łodzi. On był nauczycielem, a ona była jego uczennicą Niemieckie geny sprawiły, że nie miała zdolności do nauki, repetowała drugą klasę i to z powodu „Fercia" -taką ksywkę nadały uczennice mojemu tacie. Była za to świetną rysowniczką i stylistką. Rodzice poznali się przed wojną podczas rejsu do Norwegii jednym z naszych trzech transatlantyków, wydaje się, zo był to „Piłsudski". Czy kapitanem był Mamert Stankiewicz, Eustachy Borkowski, czy Duńczyk Knoetgen? Nie wiem. Wiadomo, że wtedy się zaręczyli. Mama brała wówczas lekcje malarstwa w Warszawie, na co mogła sobie pozwolić, bo jej rodzice byli bogaci. Sobiesław Pfabe („Sobuś"), mój dziadek ze strony mamy, był kierownikiem przędzalni w Ozorkowie. Rejs do Norwegii wymyślili dziadkowie, by ich córka Marysia zapomniała o pewnym marynarzu, w którym kochała się nieprzytomnie, a który, co za drań, ożenił się z inną. Zatem na otarcie łez po Sławku urządzono wycieczkę do norweskich fiordów. Spotkanie z „Ferciem", dość niespodziewane, było pocieszeniem. W końcu mama miała już trzydziestkę, a więc na owe czasy to jut stara panna.



Uczniowie wraz z gronem pedagogicznym przed budynkiem LO w Kamienicy Polskiej .W pierwszym rzędzie siedzą z lewej p.Walenty Słabosz ,trzeci dyr. p. Adam Ferens, piąta p.Eugenia Rajkowska. ok 1950r. Foto do rozpoznania. Z albumu rodzinnego p.Szejn.Udostępniła p.Anna Walenta

Adaś, owszem, uroczy ale był jedynie intelektualistą, „mózgiem", jak określiła go jedna z osób. Nie nadawał się ani na męża, ani na ojca. No i był o 20 lat starszy od mamy! Adaś chciał z elegantki, która marzyła jedynie o nowych kreacjach, zrobić trampa i włóczykija. Wtłoczył ją w okropne narciarskie spodnie, kazał dźwigać namioty, śpiwory, kajaki a na dodatek kocher. Przypinał jej narty i zmuszał do wykonywania dziwnych ewolucji. Na próżno. Mama wolała paradować po Marszałkowskiej i Krakowskim Przedmieściu w modnych ciuchach, a nie mieszkać w namiocie, jeść konserwy z puszki i doglądać ognisk. Ciuchy i moda to był jej cały świat. Stanowili absolutne przeciwieństwa. To musiało się źle skończyć. Miałam siostrę Basię, która wcześnie zmarła. Ja zostałam poczęta na Mazurach nad jeziorem Roś, podczas jednej z krajoznawczych wypraw taty. Mama uwieczniła to miejsce na akwareli: prymitywny brązowy namiot przymocowany sznurkiem do sosny, obok namiotu kajak. W namiocie kocher i śpiwory. Zastanawiam się, jak mama to przeżywała. Zmarła, gdy miałam 3 lata. Adaś—wiecznie niefrasobliwy, żyjący dniem dzisiejszym, w myśl zasady: jutro nie istnieje. Jedynym jego majątkiem była walizka z książkami, którą podkładał pod głowę zamiast poduszki. I wiecznie się „palił". Spiwory, w których spał, miały wypalone dziury od papierosów.



Palił dziennie trzy paczki „sportów", wszystko przesiąknięte było dymem (skłonność do palenia papierosów też odziedziczyłam po tacie). Przychodził rano ze swej gawry i mówił: znów się paliłem. Pił mocną, „więzienną" herbatę i mocną kawę w szklance, której chyba nigdy nie mył. Czasami przyjeżdżała moja ukochana ciocia Halusia, zakładała zgrzebny fartuch i próbowała posprzątać gawrę. Miłość taty do nart też źle się skończyła. Po udarze mózgu w miarę doszedł do siebie, ale postanowił jeździć na nartach z Górki Romanowskiej.



Zimowisko uczniów na Turbaczu 1959r.Foto Kroniki LO w Kamienicy Polskiej.

W czasie przygotowywania smaru na kuchence doszło do wypadku, smar się zapalił, tata przewrócił się i złamał nogę. Było już „pozamiatane". Niesprawny wylądował w domu starców — „u Helclów" w Krakowie. Kropka. Tata i jego ukochana córeczka. No cóż, on miał swoją legionową przeszłość, zdobywał na nartach górskie szczyty, przeplynął kajakiem szlak wielkich jezior mazurskich, jeździł z młodzieżą rowerami w Tatry i Gorce. Na ten swój ukochany Turbacz. Turystykę przedkładał nad wszystko.



Uważał, że to najlepsze lekcje historii i geografii, takie, które zostają na całe życie. Żył w warunkach spartańskich, był niepraktyczny życiowo, nie przykładał żadnej wagi do stroju i wyglądu. Ku utrapieniu moich ciotek. Podziwiałam go za humanizm. Cóż, minęliśmy się w czasie. Gdy się"urodzilam, miał 64 lata. Gdy zmarł w Krakowie, miałam 23 lata. Nie zaznałam jego „Wielkiej Przygody" ani „Niedźwiedziego Mięsa".
Wspomnienia: Zofia (z Ferensów) Major Źródło: Kwartalnik ,,Korzenie” nr85, R.: XXIII, 2/2013

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz