Tam gdzie rodziły się przyjaźnie.
„Klub nad basenem" - od ponad pół wieku ośrodek kulturalno-rekreacyjno-sportowy, usytuowany w urokliwym zakolu Kamieniczki. To niepowtarzalne miejsce jest i było dla setek, a może tysięcy kamieniczan „zaczarowane".
Nad Basenem. Koniec lat 40-tych. Udostępnił p. Lesław Słomian
Jak błonia i planty są miejscem specyficznym dla Krakowa, tak właśnie „klub nad basenem" był takim zakątkiem dla mieszkańców Kamienicy Polskiej. To tutaj spotykały się kolejne pokolenia, tu tworzyła się swoista lokalna kultura, rodziły się pomysły na rzeczywistość, zawiązywały się przyjaźnie, rodziły się miłości. Od czasów zakończenia II wojny kąpielisko z zielonymi skarpami, boiskiem do piłki siatkowej, koszykówki i szczypiorniaka, świetlica ze skromnym bufetem było zawsze „magnesem" dla wielu, wielu kamieniczan. Przyjeżdżali tu również mieszkańcy Częstochowy.
Gminny Ośrodek Kultury, Sportu i Rekreacji w Kamienicy Polskiej (Basen) .Lata 80-te.Foto z albumu p.Stanisława Krakowiana .Zbiory Muzeum Regionalnego w Kamienicy Polskiej.
Spędzałem dużą ilość wolnego czasu w „klubie nad basenem". Pod koniec lat pięćdziesiątych, wspólnie z rówieśnikami kierowaliśmy swoje kroki wąską alejką w kierunku bramy usytuowanej wówczas ponad pięćdziesiąt metrów od głównej ulicy, na wysokości szkoły podstawowej. Zależnie od pory roku, znajdowaliśmy swoje miejsce w „klubie"; latem na ławeczce między boiskiem a basenem, zimą w świetlicy wśród znajomych. Interesowały mnie wówczas nie tylko spotkania z rówieśnikami, ale również ze starszymi osobami, których opowieści przyciągały moją uwagę, a szczególnie o „klubie nad basenem".
Bywalcy "Klubu nad basenem" (Spóldzielni Tkaczy i Dziewiarzy) .Od lewej: p.Leszek Szmida, p.Andrzej Kowalewski, p.Zosia Blachnicka, p.Ewa Dziedzic, p.Zbyszek Bałdyga, p.Wojciech Łebek, p.Ryszard Tyc. Lata 70-te.Z albumu Wojciecha Łebka.
Pamiętam Jana Fazana, gospodarza obiektu, który potrafił godzinami zajmować swoich słuchaczy opowiadaniami o zaciętych meczach koszykówki i rybach. Popularny Jasiu Fazan w wędkarstwie zakochany jest po dzień dzisiejszy, a opowiadać potrafił jak nikt wówczas. Lubił wokół porządek, kulturalne zachowanie, ganił młodzież za palenie papierosów, nieodpowiednie zachowanie, ale był jej przyjacielem. Pamiętam, jak wychwalał „czarodzieja koszykówki", Tadeusza Sołtysika, ojca mojej koleżanki klasowej, Danusi. Mały wzrostem, ale techniką przewyższał wszystkich, nawet tych z częstochowskiego klubu, który nie raz dostawał baty od zespołu Kamienicy.
Boisko do siatkówki i koszykówki nad Basenem w Kamienicy Polskiej. Koniec lat 70-tych.Osoby do rozpoznania .Z albumu p.Zbyszka Jankowskiego .(Zbiory Muzeum Regionalnego w Kamienicy Polskiej.)
Opowiadał również o Stanisławie Skowrońskim, równie utalentowanym sportowcu, ojcu Henryka. Z kolei Henryk to świetny piłkarz MZKS Kamienica i wieloletni prezes piłkarskiego klubu. Pochłanialiśmy te opowieści. Równocześnie obserwowałem w latach sześćdziesiątych innych bohaterów lokalnej społeczności, starszych ode mnie o kilka lat, którzy stawali się wzorcem do naśladowania. Pamiętam, jak z podziwem patrzyliśmy na sportowe wyczyny na boisku do siatkówki i koszykówki Włodzimierza Goldsztajna, wysokiego, dobrze zbudo-wanego przystojniaka, wyróżniającego się wszędzie tam, gdzie był obecny. Jego pływackie popisy na basenie budziły u licznych widzów podziw i uznanie. Później, przez krótki czas, byliśmy obecni w jednym klubie MZKS Kamienica: Włodek w bramce (a był już piłkarskim oldbojem) i zarządzie, ja na stołku prezesa mając zaledwie ćwierć wieku życia za sobą. Włodek przez wiele lat walczy z okrutną chorobą. Otaczałem się kolegami, którzy siłą fizyczną i inteligencją przewyższali swoich rówieśników. Pamiętam Tadka Patyka, niewielkiego wzrostem, ale wielkiego duchem twardziela.
Na schodach nad ,,Basenem " Grupa J-D .Od lewej : p.Marek Dziedzic,p.Marysia Sobótka ,p.Zenon Ciekański,p.Andrzej Kuśnierczyk.1972r. Z albumu p.Andrzeja Kuśnierczyka .
Rozbudził w nas, bardzo młodych wówczas chłopcach, miłość do sportu. Graliśmy na łąkach w piłkę nożną, organizowaliśmy lokalne „igrzyska" w lekkiej atletyce, gdzieś w polach należących do Antoniego Wałaszka. Jednocześnie byliśmy stałymi słuchaczami sprawozdań radiowych z wielkich światowych i krajowych imprez sportowych, bo telewizja dopiero raczkowała. Gdy jednak „pokazało" się kilka telewizorów w naszej miejscowości, uciekaliśmy rodzicom ukradkiem do tych szczę-śliwych (czytaj: bogatszych) mieszkańców, którzy pozwalali na oglądanie tajemniczego okienka. Moje pierwsze oglądanie miało miejsce w domu Jana Cianciary, ojca Leszka, nieco młodszego kolegi. Pamiętam również Mistrzostwa Świata w Piłce Nożnej w Chile w roku 1962 (bez udziału Polski), które transmitowała czechosłowacka telewizja. Włodek Goldsztajn postanowił zbudować antenę odbiorczą na swoim rodzinnym piętrowym domku, aby lokalni sympatycy „kopanej" mogli podziwiać mecze . Z dużym trudem przebijaliśmy swój wzrok przez gęstą mżawkę niewyraźnego obrazu, z którego nie zawsze wynikało, gdzie jest piłka.
Klub Rolnik nad Basenem w Kamienicy Polskiej .Na schodach p.Zofia Blachnicka i p.Jerzy Hada . Początek lat 70-tych.Udostępnił p.Jerzy Hada Nad Basenem.
Z kulturą też starałem się nie być na bakier. Nawet udało mi się doznać nauki gry na klarnecie w miejscowej orkiestrze dętej Ochotniczej Straży Pożarnej. Próby odbywały się w starej remizie przy rzece na Szwamberku. Szybko zakończyłem jednak „dętą" edukację, gdyż moim rodzicom bardzo dokuczały moje jęki na ustniku do dmuchania. Poznałem wówczas osobę dyrygenta ówczesnej orkiestry, a był nim pan Kisiel. Wspominają go pewnie niejednokrotnie. Z panem Kiślem spotkałem się w „klubie nad basenem", kiedy postanowił stworzyć zespół muzyczny, który mógłby przygrywać do tańca. Postanowiłem zmienić instrument na nieco większy - perkusję. Uczyłem się krótko i grałem też niedługo, ale zaliczyłem wspólnie z Jasiem Haczykiem, Andrzejem Paruzelem i innymi, dwie lub trzy zabawy taneczne. Jedną z nich pamiętam szczególnie, we wsi Klepaczka. Znaliśmy wówczas chyba z piętnaście utwo-rów muzycznych, ale ku rozpaczy miejscowych tancerzy były to wszystkie szybkie kawałki. Z tego powodu, o mały włos, nie oberwałoby się nam pod koniec zabawy. Graliśmy koncert życzeń, w którym podkreślano dobitnie jak wolny ma być to utwór, a my znów swoje. Udało się jednak zabrać pierwszą zarobioną w pocie czoła gotówkę i rowerami powrócić wczesnym rankiem do Kamienicy. Później zaniechałem „występów estradowych" z przyczyn wstydliwych do dnia dzisiejszego, po prostu nie miałem poczucia rytmu i słuchu.
Młodzież nad Basenem. Od lewej p. Wojciech Polaczek obok p. Anna Wagner, Henryka Brzeska zd.Skurlat, p. Alfreda Skurłat, p. Andrzej Kowalewski . Lata 60-te. Z albumu p. Zajdel.
Zająłem się więc tworzeniem podwalin i warunków do uprawiania piłki nożnej - budową prawdziwego boiska. Byliśmy w paczce wspólnie z Zygmuntem Ratmanem, jego bratem Bogdanem, Stasiem Krakowianem, Jurkiem Ratmanem, a pomagało nam w tym przedsięwzięciu - marzeniu wiele osób, wśród nich między innymi Marian Korzekwa z fabryki „Częstochowianka", prezes Spółdzielni Tkaczy i Dziewiarzy, kierownik Kółka Rolniczego i oczywiście Gromadzka Rada z panem Klarem - przewodniczącym. Ale głównym „motorem" pomysłu na piłkę nożną w Kamienicy był Zygmunt Ratman. Pamiętam jego emocjonalne przemyślenia, odważne i co najważniejsze realne. Boisko robiliśmy społecznymi siłami, w tym samym miejscu, w którym jest do dzisiaj. Pracowaliśmy również nocami, bo ciągnik użyczony z kółka rolniczego potrzebny był w dzień do prac polowych. Nawet zużyte świdry wiertnicze, zdobyte w którejś z pobliskich kopalń rud żelaza, służą po dzień dzisiejszy jako słupki ogrodzeniowe. Powstało prawdziwe boisko, a później pierwsza drużyna, pierwsze mecze, pierwsze zwycięstwa i porażki, pierwsze posiedzenia zarządu, pierwsze problemy finansowe, transferowe i prawdziwe sukcesy.
Nad Basenem p. Jadwiga Polaczek (Herman) , p. Ewa Dziedzic. Początek lat 70-tych. Z albumu p. Polaczek.
W międzyczasie ożeniłem się z kobietą poznaną nie gdzie indziej jak w „klubie nad basenem" i przyszła na świat nasza córka. Mieszkaliśmy w wynajętym mieszkaniu w domu pani Bronisławy Fazan, w sąsiedztwie „klubu nad basenem". Dużo czasu spędzałem odtąd w dwóch klubach - sportowym i tym z basenem. Kiedy ocknąłem się, że rodzinie potrzebny jest mąż i ojciec, postanowiłem wyjechać w poszukiwaniu pracy, która zabezpieczyłaby moją rodzinę. Wyjechałem z Kamienicy do Krakowa w roku 1973 i do dzisiaj w nim pozostałem. I tylko „klubu nad basenem" nie potrafiłem przenieść w nowe strony, bo „zaczarowane" miejsce pozostanie tam, gdzie pasuje najbardziej - w Kamienicy Polskiej. Nie powrócę na starość do Kamienicy, bo błoń i plant krakowskich też nie da się przenieść. I jak śpiewa, zakochany w królewskim Krakowie, Andrzej Sikorowski „nie przenoście nam stolicy do Krakowa", tak pozwolę sobie zanucić nie-śmiało przekornym słowem: „pozwólcie powspominać „klub nad basenem". Wspomnienia: Zdzisław Wagner (Kraków)
Źródło: Kwartalnik ,,Korzenie” nr67 , R XVIII , 4/2008r
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz