WOJSKOWE OPOWIEŚCI PANA JANA.
Zaraz po wyzwoleniu w 1945 roku wzięli nas do wojska, to znaczy mnie i Józka Wagnera, też z Kamienicy. Trafiliśmy do 3. pułku piechoty I Kościuszkowskiej Dywizji stojącego w Ciechanowie. Służba jak to służba. Nadeszły żniwa, pola w okolicy obsiane, a tu ludność przetrzebiona, więc na ratunek wojsko. W opuszczonym folwarku ocalał wół, używany do prac polowych – pewnie dlatego nie został zjedzony, bo był zbyt stary i trzeba było by go z tydzień gotować. Udało nam się założyć mu jarzmo, czyli odpowiednik chomąta i zaprzęgnąć do wozu drabiniastego, aby zwozić snopki z pola.
Nikt jednak z nas nie umiał nim kierować. W końcu jakoś ruszyliśmy, szybkość była taka spacerowa – jak to wołem. W pewnym momencie, zamiast na pole, wół skręcił w kierunku pobliskiej rzeczki. Nie pomogły żadne nawoływania w rodzaju prrr, hetta, wiśta – wół wszedł do wody i zaczął pić. Zrozumieliśmy, chciało mu się po prostu pić. Jakoś wykaraskaliśmy się z tej rzeczki i jedziemy dalej, a tu wół skręca pod pobliskie drzewo i kładzie się w jego cieniu. Nie pomogło znów żadne wioo, houu, ani użycie kija, wół spokojnie przeżuwał trawę. W końcu zawołano jednego z żołnierzy, który za okupacji miał do czynienia z wołami u bauera. Przyszedł, woła potarmosił za ucho, coś do niego zagadał, wół wstał i znów jechaliśmy. Nam powiedział, że trzeba mu rozkazywać po niemiecku, bo to wół ‚trofiejny’, poniemiecki. Jako że muzyka nam w duszach grała, dostaliśmy się później do pułkowej orkiestry. Dowódca pułku rozmiłowany był w muzyce, sam grywał na pianinie, a lekcji mu udzielał pewien sierżant z orkiestry, więc muzykanci mieli fory. Kapelmistrzem orkiestry był porucznik Franciszek Kądziołka – były powstaniec śląski, a my jako uczniowie dostawaliśmy niezły wycisk. Bęben w orkiestrze był cały drewniany, ani grama metalu, skóry naturalne, naciąg sznurkowy, a bębnista – kawał chłopa.
Pewnego razu jak przyp... to pałka wpadła do środka. Sprawca załamany, bo drugiego bębna nie było, zapasowych skór też nie. A tu jeszcze koledzy dogadują, że najlepsza skóra to jest z małpy, bo ma najdonioślejszy ton. Służył w wojsku też pewien góral, który zaoferował, że może przywieźć skórę, ale z barana, bo bydlęca była wtedy nie do zdobycia. Skórę przywiózł, ale świeżą, jeszcze z wełną, dopiero na miejscu ją preparowali (aby pozbyć się sierści czy wełny moczy się skórę w mleku wapiennym, takim jak do zaprawy murarskiej, później płucze i rozciągniętą suszy – przyp. mój). Innym razem znów, a było to na pochodzie w Ciechanowie, siła poniosła czynelistę i z czyneli zostały tylko środki i uszy do trzymania (czynele to te dwa talerze wydające brzęk – przyp. mój). Kapelmistrz wezwał mnie i mówi: pojedziesz do Warszawy do mojego kolegi, który jest kapelmistrzem orkiestry w „Monopolu” i przywieziesz nowe czynele. Masz tu pieniądze, jak on nie będzie miał, to na pewno będzie wiedział, gdzie je można wykombinować.
Bez czyneli mi nie wracaj. Tak i pojechałem, kapelmistrza znalazłem, przedstawiłem się od kogo jestem i w jakiej sprawie. Ucieszył się bardzo, że od porucznika Kądziołki, chwile pomyślał i mówi tak: weź te pieniądze, idź tam i tam i kup za wszystko spirytusu (był to mocny bimber), a czynele dostaniesz za darmo. Do Ciechanowa wróciłem dopiero, jak się skończył spirytus i w nocy zrobiłem kolegom pobudkę czynelami. Z wojska wyszliśmy z Józkiem w 1947 roku i pierwszy raz w orkiestrze z Kamienicy zagraliśmy 14 lipca 1947 r. na pogrzebie Szejna. Tyle pan Jan.Pan Józef natomiast pokazał mi ciekawą pułapkę na myszy, które mu wyjadały wymłócone zboże. Przechowywał je w otwartej blaszanej beczce, napełnionej tak, że do górnej krawędzi beczki zostało około 20 – 25 cm pustej przestrzeni. Na beczce kładł w poprzek listewkę i to wszystko. Ponieważ przy beczce stały inne sprzęty gospodarskie, mysz bez trudu wchodziła na beczkę, potem na listewkę i wskakiwała do zboża. Wyskoczyć jednak nie dawała już rady, a ściany beczki były zbyt śliskie. Wtedy pan Józef wpuszczał do komórki kota, który robił to do czego został stworzony. Opowiadania wysłuchał, a pułapkę i akcję kota oglądał Stanisław Bryk.
Autor: Stanisław Bryk.
Źródło: Kwartalnik ,,Korzenie” nr105 , R XXVIII , 2/2018r
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz