Zioła z przykopy. Wspomnienia: Kryspina Gruszkowa
W dniu, w którym piszę kolejny fragment wspomnień z dzieciństwa i wczesnej młodości jest mroźna zima, taka prawdziwa -„jak przed wojną". Biel, mróz i wykopane w zwałach śniegu ścieżki do domostw. W wielu domach, których już dawno nie ma, a które ja doskonale pamiętam, wstawiało się na zimę żelaźniaki. Małe, walcowate piecyki żelazne zwane także kozami. Szybko się rozgrzewały i ciepło roznosiło się w wystudzonej po mroźnej nocy izbie. A izby w chałupach zamieszkiwanych głównie przez tkaczy były duże, musiały pomieścić często po trzy krosna (w niektórych nawet więcej).
Kamienica Polska.Zima .Lata 30-te.Foto do rozpoznania .Z albumu p.Henryki Mader .Udostępniła p. Wiesława Polaczkówna.
O tych dawniejszych zimach mówiło się, że były siarczyste. Zapewne były mroźne, bo przypominam sobie sanie naładowane bardzo grubymi bryłami lodu, którymi rzeźnicy wozili je do swoich chłodni. Lód gromadzili na czas letnich upałów, by można przetrzymywać mięso i wyroby. Zapamiętałam taką lodownię u rzeźnika Franciszka Rybaka mieszkającego w pobliżu mego domu. Bryły lodu przysypane były trocinami.
Pracownicy gospodarstwa ogrodniczego w Kamienicy Polskiej. Okres okupacji. Foto do rozpoznania. Udostępnił p. Andrzej Zajdel
Po zimie przychodziła wiosna, tak jak po burzy przychodzi słońce i pogoda. Wydaje mi się, że i burze bywały gwałtowniejsze. Groźne wyładowania wzniecały bardzo często pożary. Gdy wspominam burze, przychodzi mi na myśl Józek Gruca. Upośledzony na umyśle Józek (pamiętam go jako starego człowieka) pomagał w gospodarstwie rodziny. Mieszkał w domu, który jeszcze istnieje, należącym do jego siostry Moniki Molskiej. Od wczesnej wiosny do jesieni pasał krowy. Pastwiskami były wówczas trawiaste drogi, które każdy gospodarz wytyczał na swojej posesji. Na wąskiej drodze bydło trzeba było trzymać na łańcuchu i krok po kroku posuwać się w stronę lasu. Józek bardzo bał się burzy.
W ogrodzie p.Irena Szejn 12.05.1936r.Z albumu rodzinnego p.Szejn.Udostępniła p.Anna Walenta
Kiedy od zachodu ciągnęły czarne chmury i z daleka było słychać pomruki grzmotów, on biegł z krowami do domu krzycząc na cały głos: „Ludzie uciekajcie, idą Niemcy, będzie wojna". Trzy razy w roku, na Boże Narodzenie, Wielkanoc i Zielone Świątki odbywało się w domach wielkie pieczenie ciast drożdżowych. Na dwa dni przed świętami roznosił się po wsi ich zapach. W naszym domu do zarabiania ciasta służyły drewniane niecki a do jego wyrabiania długa drewniana kopyść. Niecki były wydrążone w wielkim drewnianym klocu. Zrobił je, jak wiele innych przedmiotów, °których wspominałam w poprzednich odcinkach, mój pradzia-dek. Niecki z kopyścią były używane w naszym gospodarstwie przez moją Mamę jeszcze po wojnie. Ciasto piekło się w sabatniku wypalanym długimi bierwionami. Sabatnik służył przede wszystkim do wypieku chleba. Upieczone dorodne ciasto wykładało się z rozgrzanych brytfanek na rozłożonej na podłodze słomie. Były to ciasta suche lub nadziewane serem, makiem lub farszem z suszonych śliwek, formowane w koperty posypane grubą słodką zakruszką. W święta, kiedy przychodzili do nas goście, ciocie i wujkowie z dziećmi, pośrodku stołu nakrytego białym obrusem stał ozdobny talerz, na którym piętrzyły się kawałki pokrojonego smakowitego ciasta.
Żniwa.W śrosku p.Zofia Wagnerówna.Lata 30-te.Archiwum Kwartalnika ,,Korzenie"
Nie wiem, czy był w Kamienicy jakiś dom, w którym używano niecki. W wielu domach, także u nas, do zarabiania ciasta chlebowego służyły drewniane dzieże. Nieraz przyjeżdżali do naszej wsi bednarze z Siewierza oferując do sprzedaży beczki, balie, cebrzyki, skopki do mleka zrobione z drewnianych klepek. I dzieże. Od dawna zajmuję się robótkami na drutach, z przyjemności ale najczęściej z konieczności. Na drutach nauczyła nas robić, mnie, moją Mamę i moje siostry, ciocia Pilcowa. Jęj mąż , Franciszek Pilc, był bratem mojej babki ze strony ojca. Ożenił się z nią w czasie bytności w Łodzi i przywiózł do Kamienicy. Była Niemką z pochodzenia. U wujostwa w kuchni pachniało zawsze serem, który kisił się w kamiennych garnkach ustawionych na półce. Z apetytem zjadałyśmy, wspólnie z wnukami Pilców, kromki chleba własnego wypieku z masłem i wykiszonym serem. Stary dom wujostwa Pilców stał w miejscu, w którym dziś stoi dom ich wnuczki - Lucyny Klarowej.
Pola w Kamienicy Polskiej .Na łące osoba NN .Lata 30-te.Foto do rozpoznania .Udostępnił p.Jerzy Hada
Duży drewniany dom przedzielony na połowę mroczną sienią, kryty spadzistą strzechą z podcieniem. Gdy byłam w czwartej klasie zrobiłam sobie pończo-chy na drutach z włóczki, którą przywiózł wujek Franciszek od Żydów z Koziegłów, gdzie woził konnym wozem lemoniadę w skrzynkach z rozlewni wód gazowanych Aleksandra Szmidli. Moja nauczycielka, Maria Pilcowa (inna linia Pilców), nie wierzyła, że wykonałam je samodzielnie. Moja Mama była zamiłowaną zielarką. Zbierała zioła od wiosny do jesieni. Suszyły się na strychu naszego domu na rozciagniętych płachtach. Wczesną wiosną były to młodziutkie, lepkie listki brzozy. Podobno kąpiel z suszu tych liści leczyła dolegliwości reumatyczne. W maju leżały tam kwiaty dzikiego bzu, białe o baldaszkowatym kwiatostanie i niezbyt przyjemnym zapachu. W lipcu na strychu roznosił się miodny aromat kwiatu lipy. Napar z lipowego kwiatu i dzikiego bzu podawała nam Mama przy przeziębieniach. Na polnych miedzach zrywała żółte kwiaty dziurawca i białego krwawnika. Za drogą oddzielającą tereny leśne od pól, zwaną superatem, na rozległych łąkach zbierała kminek.
Pola w Kamienicy Polskiej .Osoby NN.Lata 30-te.Foto do rozpoznania .Udostępnił p.Jerzy Hada
Kiedy zbliżały się sianokosy, łamała przy ziemi całe gałązki obsypane nasionami. Potem pęki związanych roślin suszyły się powieszone nasionami w dół na ścianie naszego domu, od strony podwórka. Pamiętam, jak przyniosła raz do domu bardzo rzadko spotykaną w naszych stronach arnikę. Wypatrzyła ją na leśnej polanie kolo przykopy oddzielajacej lasy rządowe od lasów chłopskich. Zioła rosły także w naszym przydomowym ogródku - grządki rumianku i mięty. Pod płotem rósł szorstkolistny żywokost dobry na kaszel, o fioletowopurpurowych kwiatkach, koło których kręciły się zawsze pszczoły. Rósł tam także drobnolistny piołun. Nie zapomnę gorzkiego smaku piołunu, gdy musiałam go pić przy niestrawności. Nie zapomnę także smaku herbaty gotowanej ze świeżej mięty z mlekiem i do tego podawane placki z młodych ziemniaków, pieczone na rozgrzanej blasze kuchennej, posmarowane gęstą, słodzoną śmietaną. Po zioła przychodziły do nas w potrzebie sąsiadki, znajome, ciotki i kuzynki. Mama dawała je chętnie, bo gdy przyszła kolejna wiosna z zapałem je znów zbierała.
Wspomnienia: Kryspina Gruszkowa Źródło: Kwartalnik ,,Korzenie” nr41, R.: XII, 2/2002






Brak komentarzy:
Prześlij komentarz