Znów za rok matura.
Tegoroczną maturę nazwano maturą wstydu: nie zdał jej co piąty polski uczeń. Ilu mędrców, tyle sposobów wyjaśnienia tego przykrego zjawiska. To skutek chaosu w systemie oświaty -mówił prof. Bogusław Wolniewicz, uczniowie niewiele umieją- dopowiadał prof. Marcin Król, brakuje pieniędzy na dokształcanie nauczycieli - grzmi prof. Jadwiga Staniszkis. Ten ostatni głos nie jest odosobniony ani szczególnie oryginalny, od wielu, wielu lat słyszymy z ust polityków ten sam refren: nie ma pieniędzy. Na służbę zdrowia, na oświatę, stypendia, szkolnictwo wyższe, kutry rybackie, kopalnie, kinematografię, promowanie za granicą polskich produktów i dorobku kulturalnego.
Miłościwie nam panujący (na skutek koalicyjnych podziałów łupów) minister oświaty (przez litość i by nie robić niepotrzebnej reklamy komuś, kto na to nie zasługuje) znalazł winowajców: to absolwenci techników i liceów uzupełniających podłożyli świnię maturalnej statystyce. Zaniżyli poziom. Niestety, przyłożyłem rękę do katastrofy edukacyjnej. Przez pewien czas uczyłem, dla chleba i ZUS-u, w szkole ponadgimnazjalnej przedmiotu zwanego językiem polskim. Zreformowana matura? Najkrócej mówiąc to skrócenie do trzech lat procesu nauczania literatury polskiej, który to proces młodzieży niezreformowanej zabierał cztery lata życia, a w technikach nawet pięć. W czasie spotkania z rodzicami pierwszoklasistów, ku mojemu zdumieniu, dowiedziałem się, że traktuję ich pociechy niczym studentów i mam zbyt rozległą wiedzę. Zrezygnowałem.
Dyrektor, matematyk, próbował mnie zatrzymywać. Zbyt go jednak szanowałem (oby wszystkie licea miały takich dyrektorów jak IV LO w mieście K), nie chciałem dopuścić do stytuacji, w której moja osoba stanie się zarzewiem konfliktów, moralnych rozterek rodziców, czy też interwencji lokalnej telewizji. Po jakimś czasie spotkałem grupkę moich byłych uczniów. Właśnie przyjechali pod opieką katechety pomodlić się na Jasnej Górze o szczęśliwe zdanie matury. Życzyłem połamania piór i odprowadziłem do autokaru na parkingu ojców paulinów. Dziwne, ale poczułem ulgę, że to nie ja uczyłem ich socjotechniki wypełniania arkuszy, które po zakodowaniu odsyłano do komisji egzaminacyjnej w Jaworznie. Uczenie cudzych dzieci nie było największym nieszczęściem, jakie mnie w życiu spotkało. Doprowadziłem - w tym samym mieście K - do matury klasę technikum. Niestety, było to za nieboszczki PRL a nie w III Rzeczpospolitej, przeto moje zasługi w oczach współczesnych sterników oświaty bledną - a właściwie bladną, jak mówi pewna posłanka Samoobrony. Dlaczego jest tak źle, skoro miało być tak dobrze? Nie trzeba reformować czegoś, co funkcjonuje poprawnie. Poziomu wiedzy z matematyki, biologii, historii i szeroko rozumianej humanistyki mogli nam przez lata zazdrościć wychowankowie amerykańskich szkół publicznych. Ale od czego rzesza urzędników oświatowych? Zaczęli wdrażać to, co zachodnie kraje właśnie odrzuciły: model tępego wypełniania testów - kwestionariuszy.
Dawna polska szkoła „stała nauczycielem" i autorytetem dyrektora. Matura była sprawą honoru a nie owczego pędu. Że nie wszyscy musieli mieć maturę? Ano nie wszyscy. Jakieś sito w egalitarnym społeczeństwie musiało istnieć. Mniej zdolni zdobywali fach w Szkołach zawodo-wych, które z przytupem niedawno zlikwidowano. Postawiono, jak za Gomułki (chichot historii) na masową produkcję, tym samym katastrofalnie obniżając standardy nauczania w szkołach wyższych, które muszą, z konieczności, przyjąć niedouczonych. Dzieci stanu wojennego. Wiem, o czym piszę, bom przykładał rękę do obniżania standardów szkoły wyższej. Coraz bardziej „miękkie" pokolenia humanistów trafiają mi się na uczelni. Jakoś dziwnie namnożyło się bowiem w szkołach ponadgimnazjalnych (zwanych kiedyś szkołami średnimi) dyslektyków, dyskopatów, dyspepsyków i wszystkich tych, którym troskliwi rodzi-ce zapewnili maturę lekką, łatwą i przyjemną.
Bez stresów, bez matematyki i bez pisania rozprawki z języka polskiego. Za to z ogromną ilością korepetycji. Czy Polskę stać na rzeczową dyskusję o modelu edukacji? Watpię. Zagadnienie mocno się upolityczniło. Barbarzyńcy weszli nie tylko do przedmieść ale i do parlamentu. Narzekanie na brak znajomości kultury śródziemnomorskiej nie ma najmniejszego sensu. Zlikwidowano łacin; ćwiczenia pamięci, godziny pozalekcyjną, nauczyciela przerobino w urzędnika ślęczącego po nocach nad durnymi papierami (by zadowolić działaczy oświatowych nudzących się w kuratoriach). Od moralizowania poziom wiedzy się nie podniesie. Jeśli w herba-cie nie ma cukru, mieszanie łyżeczką nic nie da. Chyba, że o samo mieszanie chodzi.
Autor : Andrzej Bohdan Źródło: Kwartalnik ,,Korzenie” nr58, R.: XVI, 3/2006




Brak komentarzy:
Prześlij komentarz