Kuzynostwo z Częstochowy. Wspomnienia: Wiesław Macoch
Wiedliśmy na wsi życie proste ale pełne pomysłów. Szczególnie mózg zaczynał pracować jak trzeba było zaimponować kuzynostwu z Częstochowy odwiedzające nas (to znaczy naszych dziadków Najnigierów) czasami z okazji czyichś imienin czy po prostu wycieczek rowerowych latem. Zbyszek miał rowerek młodzieżowy z którego był bardzo dumny i nie dał się nim „przejechać” nikomu. Krystyna jeździła na „damce”. W domu mówiono, że jak ja ze Zbyszkiem się spotkamy to zawsze coś musi z tego wyniknąć. No i właśnie! Szczególnie zachowały mi się w pamięci trzy zdarzenia. Słomka w butelce po spirytusie, skoki z ustępu i wyprawa wczesną wiosną na bagna.
Kamienica Polska .Przed domem Bronisława i Natalii Najnigrów na drabinie p.Wiesław Macoch z kuzynostwem Zbigniewem i Krystyną Maciejewskimi z Częstochowy.Lata 50-te.Udostępnił p.Wiesław Macoch.
To ostatnie miało swoją „mokrą” powtórkę po latach kiedy ze Zbyszkiem dobijaliśmy do matury. Mieliśmy może po cztery, pięć lat. Była niedziela lub jakiś inny dzień świąteczny. Ubrani byliśmy w piękne aksamitne, granatowe ubranka z białymi kołnierzykami, krótkie spodenki i piękne białe rajtuzki. Na nóżkach gustowne odświętne buciki. Starsi odprawiali jakąś imprezę na górze u dziadków, a nam się nudziło to powędrowaliśmy podwórkiem w stronę ogrodu. Za oborą na wysokości ustępu na gnojowniku dostrzegliśmy piękną, pachnącą lekko parującą kupę świeżego gnoju, którą rano lub dnia poprzedniego przez zmyślne okienko dziadek wyrzucił z obory. Z rozpędu wykonałem skok na obie nogi i tak spodobało nam się chlupnięcie, że trzeba było sprawę powtórzyć. Raz i drugi i było za nisko. Wdrapywaliśmy się kolejno na ustęp i stamtąd skok na kupę gnoju. Buciki i białe rajtuzki przybrały kolor mile brązowy, a ten zapach i chlupot przy lądowaniu to było TO! Potem już nie było tak fajnie...
Kamienica Polska 1950r. W ogrodzie p. Szejnowej: p.p Barbara i Teresa Macochówne, p. Wiesław Macoch na rękach u p. Ireny Szejn, a z prawej p. Janina Macoch (z d.Najnigier). Z albumu rodzinnego p.Szejn. Udostępniła p.Anna Walenta
Kiedy indziej, były to chyba chrzciny Marka obserwowaliśmy bacznie jak wujek Stasiek z moim tatą mieszali w kuchni spirytus z skokiem i rozcieńczali go wodą. W użyciu były wtedy litrowe butelki z wąską szyjką zatykane prawdziwym korkiem nie żadnymi zakrętkami czy kapslami. Jako baczni obserwatorzy wiedzieliśmy, że w butelce po spirytusie zbiera się odrobina płynu, który po podpaleniu fajnie fuknie! Tak to podpalali dorośli. Czatowaliśmy na chwilę zamieszania i już ja z butelką, a Zbyszek ze zdobycznymi zapałkami posuwaliśmy do stodoły w której części wuje Stasiek trzymał dwa fajne konie. Było tam dużo różnych ciekawych sprzętów i wielka cynowa wanna wypełniona wodą z której piły konie. Rozpoczęły się przygotowania do „wielkiego wybuchu”. Do butelki wetknąłem słomkę (żeby ogień miał po czym wędrować – a co?), a Zbyszek ją podpalił. Ja musiałem trzymać butelkę. I ….nic! Trzeba było zajrzeć do środka! No i stało się! W tej chwili opary spirytusu dostały zapłonu i wypaliły mi piękne kółko na czole. Wiedziałem, że oparzenia leczy się wodą więc pięknie wsadziłem głowę do stojącej obok wanny. Konie miały to gdzieś, a Zbyszek jak zwykle gdy mi się coś stało w ryk. Stodoła się ostała, pożaru nie było.
Kamienica Polska .Na motocyklu p.Bonifacego Najnigra od prawej córka Lila i dalej rodzeństwo Teresa, Wiesław i Barbara Macoch na podwórku posesji państwa Natalii i Bronisława Najnigrów.Początek lat 50-tych .Udostępnił p.Wiesław Macoch.
W któreś święta wielkanocne początku lat pięćdziesiątych, a była piękna choć rześka pogoda postanowiliśmy wybrać się na bagna za rzekę na karasie. Trzeba było ukopać parę dżdżownic koło gnojownika (najlepsze były takie czerwone bo żywotne i dobrze widoczne), wziąć wędkę z kija leszczynowego, bańkę na mleko i w drogę. Na rzece brzegami widać było gdzieniegdzie resztki lodu. Na „Łebkowym” pomiędzy dwoma pniami zanurzonymi korzeniami w wodzie po starych potężnych olchach przerzucona była deska o długości paru metrów, która stanowiła przeprawę. Z brzegu wchodziło się na korzeń z korzenia na pniak i deskę i balansując na drugi pniak i skok na drugi brzeg. Tyle! Ja idę pierwszy, Zbyszek za mną ale na środku kładki chciałem postraszyć kuzyna i zacząłem huśtać deską klasycznymi przysiadami. Zbyszek się wycofał na korzeń, a wredna deska „trach!”. Już byłem w wodzie! Bańki i wędki nie puściłem gramoląc się na korzenie przy pniu. Z ryb nici! Trzeba wracać do domu! Ociekając wodą i powoli się trzęsąc z zimna w dwójkowym pochodzie wlekliśmy się pod górkę drogą wzdłuż ogrodu. Koło gruszki spotkaliśmy sąsiada Kazika, który szedł z wiadrami do rzeki po wodę. Zapytał o naszą przygodę, a później opowiadał jak mnie z rzeki wyciągał. Zdarzenie to miało po latach drugą odsłonę.
Mówiąc o drugiej odsłonie mam na myśli porę (święta) i kąpiel w ubraniu. Tym razem to jednak nie ja. W słoneczne przedpołudnie początku lat 60-tych będąc u babci na święta zamiast do kościoła wybraliśmy się nad basen. Zbyszka skusiły stawidła i szczególnie gruby bal przerzucony nad spadem wody z jednej strony na drugą konstrukcji opusty. Postanowił przewędrować z jednej na drugą stronę pokazując swój niebywały zmysł równowagi. W początkowej fazie przemarszu trzymał się cieniutkiej gałązki wierzbiny zwisającej nad wodę, a potem gałązka się skończyła i Zbyszek miał do wyboru skok do rzeki lub na omszałe deski opusty. Wybrał drugą wersję. Nogi pojechały po śliskich glonach i wyrżnął na wznak zamaczając dokładnie cały tył swojego ciała przybranego w świąteczny garniturek. Wstał powolutku i posuwistym krokiem dotarł do brzegu opusty gdzie czekała moja pomocna dłoń. Szliśmy przez wieś do cioci Dzidzi, żeby ciocia Marycha zawału nie dostała na widok syna w celu suszenia i czyszczenia. Tak to historia zatoczyła koło.
Autor: Wiesław Macoch 2019



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz